1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Co słychać w telefonie zaufania dla dzieci i młodzieży

Jeśli nasze dziecko choćby między zdaniami zasugeruje, że nie dożyje jutra, czy powie mimochodem: „Nie mam siły żyć” – nie wolno nam tego bagatelizować.(Fot. iStock)
„Od początku roku do dziś, do chwili, w której rozmawiamy, były już 122 interwencje. 122 dzieci zadzwoniło pod numer 116 111, że chce odebrać sobie życie. I te statystyki z każdym rokiem są coraz gorsze” – mówi psycholożka Aleksandra Milczarek. 

Z najnowszego raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, ABR SESTA i SYNO POLAND wynika, że aż co ósmy nastolatek czuje się nieszczęśliwy! To są przerażające dane…
Bycie nieszczęśliwym niejako wpisane jest w ten okres rozwojowy, w okres dojrzewania, bo to czas, kiedy człowiek szuka swojej tożsamości. To trudny, rozdzierający proces i często powoduje wiele przykrych i niezrozumiałych dla nastolatka emocji. Jednak mimo to przytoczone przez Panią dane rzeczywiście są przerażające. Szczególnie w połączeniu z inną statystyką wskazującą, że co siódmy nastolatek przyznaje, że nie ma wokół siebie ani jednej osoby, do której może się zwrócić z problemami. To potęguje zagubienie tych młodych ludzi.

Z raportu wynika także, że grupą wiekową, która czuje się najgorzej, są nastolatki od 15 do 17 roku życia.
I znowu, to jest właśnie dla wielu ten najtrudniejszy okres w czasie dorastania. Jeszcze nie są to osoby dorosłe, ale już też nie dzieci. Zadaniem rozwojowym jest oddzielenie się od rodziców, odnalezienie swoich własnych wartości, ukształtowanie się osobowości – to wielkie wyzwanie. Jeśli wcześniej była nić porozumienia z dorosłymi z bliskiego otoczenia – jest zdecydowanie łatwiej przejść przez ten czas i w razie potrzeby poprosić o pomoc. Jeśli jest inaczej – ten trudny z psychologicznego punktu widzenia moment przechodzi się w samotności. W samotności, którą na tym etapie przeżywa się ze zwielokrotnioną siłą. Mówiąc wprost: to jest wielkie cierpienie.

Pani jest psycholożką, która pracuje w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i pełni dyżury w telefonie zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111. Z czym dzwonią dzieciaki?
Dzwonią ze wszystkim. Słysząc hasło „telefon zaufania”, wiele osób ma właściwie jedno skojarzenie – myśli samobójcze. I tak, niestety, każdego dnia odbieramy z koleżankami i kolegami także takie dramatyczne telefony. Ale, proszę wierzyć, dzieci dzwonią naprawdę z bardzo różnymi tematami. Czasem dzwonią pod wpływem impulsu – chwilę wcześniej wydarza się coś, co nimi wstrząsnęło, i nie potrafią poradzić sobie z intensywnymi emocjami, które to zdarzenie w nich wywołało. To na przykład zdrada, rozstanie, konflikt z rówieśnikiem, stres związany z egzaminem, od pewnego czasu są to problemy z powrotem do szkoły po okresach nauki zdalnej. A ostatnie dni to także emocje związane z wojną.

Czują strach czy solidaryzują się ze swoimi rówieśnikami z Ukrainy?
Jedno i drugie, ale dużo w nich lęku i zagubienia, poczucie bezpieczeństwa jest nadszarpnięte. Jeśli tak blisko dzieje się tak wielkie zło – ja też nie jestem bezpieczna/y, to czuć w tych rozmowach.

O tym pokoleniu często mówi się, że jest roszczeniowe, egoistyczne, nastawione na siebie. Czy taki jest obraz wyłaniający się z rozmów, czy przeciwnie – dużo jest w młodzieży wrażliwości?
Jest w nich wrażliwość, jest w nich kruchość, ale często sami przyznają, że na zewnątrz zakładają maskę silnej/silnego: „perfekcyjna uczennica”, „twardy chłopak z osiedla, którego nic nie złamie”, „wszystko i wszystkich mam w nosie” itd. Chowają się za takimi „parawanami”. Kiedy słyszę opinię, o której Pani wspomniała, myślę sobie, że to właśnie tylko pozory. Jeśli mowa o emocjach, mierzą się z tymi samymi problemami, które były naszym udziałem, które ja pamiętam, jak byłam nastolatką. Ich życie jest na pewno inne, bo żyją w dobie Internetu, ale zapewniam – mają w sobie wrażliwość, empatię, uważność. Słyszę to w każdej rozmowie.

Jak dużo jest tych najbardziej ekstremalnych telefonów – tych, które dotyczą zagrożenia życia?
Najlepiej odwołać się tu do statystyk związanych z interwencjami, bo zawsze, kiedy zagrożenie życia jest prawdopodobne, podejmujemy interwencję. I, niestety, statystyki są bardzo niepokojące – to ponad dwie interwencje dziennie. Od początku roku do dziś, do chwili, w której rozmawiamy, były już 122 interwencje.

Rozumiem, że te statystyki nie są coraz lepsze…
Nie, z każdym rokiem coraz gorsze.

Jak to wygląda najczęściej? Czy to jest komunikat wprost – dzwoni nastolatek i mówi, że coś złego sobie zrobi?
Tak. Czasem mówi, że już robi albo zrobił i teraz bardzo się boi o swoje życie. Wtedy jest o tyle łatwiej, że zazwyczaj szybko podaje nam swoje dane, a my wtedy działamy – ja zostaję na linii z nastolatkiem, a koleżanka bądź kolega w tym samym czasie wzywają pogotowie. Ale często jest też tak, że dzwonią dzieci, które się wahają. Z jednej strony chcą pomocy, bo dzwonią, ale jednocześnie nie chcą się otworzyć. Wtedy bywa ciężko, próbujemy je przekonać, naprowadzić na rozmowę o tym, co takiego się dzieje, że cierpią, że myślą o odebraniu sobie życia, o okaleczeniu się. Próbujemy wybadać, jakie jest otoczenie dziecka.

To znaczy, mówiąc wprost – gdzie są rodzice?!
Tak. Zdarza nam się do nich dzwonić albo prosimy dziecko, by przekazało słuchawkę rodzicowi. Oczywiście w taki sposób działamy, kiedy ono dopiero rozważa odebranie sobie życia i w tym momencie jest bezpieczne. Kiedy ktoś jest w trakcie próby samobójczej, wtedy natychmiast wzywamy pogotowie, tu już nie ma czasu na dociekanie, co do tego doprowadziło – ratujemy życie. Dopiero kiedy ktoś jest bezpieczny, jest przestrzeń na rozpoczęcie rozmowy.

Powiedziała Pani na początku rozmowy, że co siódmy nastolatek mówi, że nie ma wokół siebie ani jednej osoby, do której może się zwrócić z problemami. Jak często jest tak, że dziecku wydaje się tylko, że nie może zwrócić się do rodzica, ale okazuje się, kiedy to wspólnie sprawdzacie, że ten rodzic jest jednak otwarty na pomoc?
Oczywiście to zawsze jest subiektywna ocena dziecka. W rzeczywistości jest wiele sytuacji, kiedy okazuje się, że rodzic jednak w jakimś sensie jest dostępny. Dziecko mówi na przykład: „Nie, mama na pewno nie pomoże”, a kiedy zaczynamy o tym rozmawiać, po dwudziestu minutach okazuje się, że jednak jest przestrzeń, jest szansa, możliwość, by spróbować się do niej zwrócić, i bywa, że ona odpowiada w sposób satysfakcjonujący. To też jest zrozumiałe i wytłumaczalne psychologicznie – kiedy jesteśmy w kryzysie, nie widzimy rozwiązań, to jest tzw. myślenie tunelowe – nie ma żadnego światełka, żadnej innej drogi.

Ale są też sytuacje, kiedy rzeczywiście dziecko jest samo. Czasem słyszę wręcz w słuchawce, jak reagują bliscy, kiedy my wzywamy karetkę. Domyślam się, że u rodzica w takiej chwili uruchamiają się mechanizmy obronne, bo bardzo trudną jest sytuacja, w której słyszymy, z naszej perspektywy „nagle”, że właśnie jedzie karetka, ktoś ją wezwał, bo nasze dziecko chce się zabić, ale mimo trudności tej sytuacji to, co słyszę czasem po drugiej stronie, jest zatrważające.

Co Pani słyszy?
Wrzask, że dziecko „przesadza”, „robi cyrk”, że „nigdzie nie pojedzie”. I nawet jeśli rodzicem rządzi w takiej chwili stres, który ja potrafię zrozumieć, to dla dziecka nie ma to znaczenia. Efekt jest taki, że jest ono dodatkowo obciążone, tym bardziej że domyślam się, a raczej wiem, że nie słyszy takich słów po raz pierwszy. Słyszało już wielokrotnie, że z igieł robi widły, że problemy to będzie mieć jak dorośnie itd.

No właśnie, powiedzmy to jasno: jakie komunikaty są absolutnie zakazane, kiedy z naszym dzieckiem coś się dzieje? Czego nam, rodzicom, nie wolno mówić?
Do tego, co już wymieniłam, dodam jeszcze kilka: „Jutro ci przejdzie”, „Ty nie wiesz, co to są problemy”. Na pewno nie wolno mówić, że próbuje w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Mamo, tato, jeśli wasze dziecko w taki sposób próbuje zwrócić na siebie uwagę, to znaczy, że ze stuprocentową pewnością tej uwagi wymaga…

Jeśli nasze dziecko choćby między zdaniami zasugeruje, że nie dożyje jutra, czy powie mimochodem: „Nie mam siły żyć” – nie wolno nam tego bagatelizować. Zatrzymajmy się i potraktujmy to serio. Absolutnie serio. Czasem możemy być tak zaskoczeni, że nie umiemy odpowiedzieć natychmiast – to zrozumiałe – dlatego dajmy sobie moment, ochłońmy, ale wróćmy za chwilę i dopytajmy: „Co masz na myśli?”. To trzeba zrobić zawsze. Czasem okaże się, że nie ma wielkiego powodu do niepokoju, ale jest konieczność, by zacząć ze sobą rozmawiać. Dzieci zwykle wysyłają do nas sygnały, zanim dojdą do ściany. Nie każdy tekst: „Nie chce mi się żyć” jest równoznaczny z gotowością do odebrania sobie życia. My codziennie odbieramy kilkanaście telefonów o myślach samobójczych, które nie kończą się interwencją, bo to nie jest zagrożenie życia. Więc jak dopytamy, może się okazać, że sytuacja nie jest ekstremalnie niebezpieczna, choć to zawsze powinien ocenić specjalista – psycholog, psychiatra, ale dopytać trzeba zawsze. Nigdy nie przechodźmy obojętnie, kiedy słyszymy takie deklaracje.

Z Pani rozmów z nastolatkami wynika, że my, rodzice, jesteśmy zbyt daleko?
Wiem, że znam tylko jedną perspektywę – cierpiącego nastolatka. Pracuję też w gabinecie i tam spotykam obie strony, zatem mam świadomość, że perspektywa rodzica może być inna. Ale i tak – przy zaznaczeniu, że nie mówię generalnie, a tylko na podstawie swojego zawodowego doświadczenia – odpowiem na Pani pytanie: tak, jesteśmy zbyt daleko dzieci. I dodam jeszcze, że ta subiektywna perspektywa dziecka jest dość istotna, bo ono ma tylko ją…

Czasem mam wrażenie, że lepiej „wychodzi nam” rozumienie tych mniejszych dzieci. Kiedy mamy do czynienia z dwulatkiem, który na spacerze znajdzie kamyczek, potrafimy zrozumieć, że dla niego jest on arcyważny niczym skarb i że jego bezcenność jest dla dziecka prawdziwa. Jeśli mowa o nastolatku, którego „kamyczkiem” jest bycie zaproszonym do Filipa na imprezę, już nie potrafimy znaleźć w sobie zrozumienia, nie potrafimy uwierzyć. Otóż tak, czasem dla nastolatka najważniejszą sprawą jest bycie na liście gości Filipa, to jego cały świat, realny problem. To jest jego prawdziwa perspektywa. Nie przesadza, nie koloryzuje, nie robi cyrku, to po prostu jest dla niego arcyważne. Czasem jesteśmy zbyt daleko naszych dzieci, żeby to wiedzieć… Czasem je krzywdzimy bagatelizowaniem, umniejszaniem ich świata. Czasem krzywdzimy je w inny sposób, na przykład mówiąc im, że generują wyłącznie problemy… I rzeczywiście zapędzamy je w samotny kąt.

Co może zrobić teraz rodzic, który po przeczytaniu tego tekstu pomyślał, że być może zalicza się do tej grupy rodziców, która jest zbyt daleko swojego dziecka? To na pewno nie jest kwestia jednej rozmowy, ale ważny jest pierwszy krok.
Nie pytajmy go dziś: „Co w szkole?”, zapytajmy „Jak się czujesz?”, zapytajmy „Co u ciebie?”. A pytając, nie patrzmy w ekran telewizora, komputera, telefonu czy w garnek, pilnując żeby makaron nie wykipiał. Niech to będzie chociaż pięć minut rozmowy. Ale pięć minut przeznaczone tylko na tę rozmowę właśnie, bez podzielności uwagi, bez oczu, które zerkają na telefon, i myśli, które uciekają do kolejnego „obowiązku”. Powiedzmy też: „Kocham cię, cokolwiek się dzieje, możesz na mnie liczyć”. Od tego można zacząć.

Telefon zaufania 116 111 można wspierać, przekazując 1 proc. podatku Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

KRS 0000 20 44 26

wspierajtelefon.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze