1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Między impotencją a omnipotencją [„Za i przeciw” – cykl Bogdana de Barbaro]

Bogdan de Barbaro (Fot. Jakub Ociepa/Agencja Wyborcza.pl)
Jak nie wpadać ani w pułapkę pierwszej – bo jednak wtedy grozi nam grzech zaniedbania i depresyjny nihilizm, ani w pułapkę drugiej – bo wtedy czyha na nas dewastująca zarozumiałość? Czyli: jak mieć realistyczne poczucie sprawczości? – zastanawia się prof. Bogdan de Barbaro w kolejnym odcinku cyklu „Za i przeciw”.

Nie chciałbym, żeby powyższy tytuł skierował uwagę czytelnika w stronę zagadnień seksuologicznych. Użyłem bowiem określenia „impotencja” w szczególnym tego słowa znaczeniu: dla opisania stanu osoby, która jest przekonana, że nic nie może, na nic nie ma wpływu, jest całkiem bezradna wobec otaczającego świata. Jest przecież tylko ziarnkiem piasku na pustyni, a nasza Ziemia to jakaś maleńka cząstka ogromnego wszechświata. Więc trzeba się wymościć we własnej „chacie z kraja”. Taka wersja bierności ma szereg zalet. Bo przecież udając się na wewnętrzną emigrację, będziemy mieli mniej powodów do zmartwień. Nie mamy wpływu na los świata, przecież jest nas osiem miliardów. Cóż taki ułameczek może?! Przykładowo: nie będziemy się martwić katastrofą klimatyczną (bo przecież żyjemy w klimacie umiarkowanym, a jeśli ktoś ucierpi, to najwyżej nasze prawnuki, których i tak nie poznamy). A ponadto skoro nie mamy wpływu, to łatwiej będzie nam się mentalnie oddalić od innych kataklizmów tego świata. Zadbajmy o siebie, nie pozwólmy, by nami targały dramaty. Zanurzmy się w pięknie muzyki klasycznej (broń Boże jakieś protest songi, bo one mogłyby nas zaniepokoić). Rozkoszujmy się pięknem przyrody (ale na wszelki wypadek nie czytajmy reportaży o Amazonii). Mamy zatem różne sposoby, różne obrazy, przy pomocy których możemy odgradzać się od zła, które mogłoby nas trwożyć. Krótko mówiąc: skoro nie mam wpływu na to, co się dzieje, nie będę grozy tego świata dopuszczał do swej świadomości. Bo powinienem o spokój swojego umysłu dbać. Tak właśnie przeżywa siebie i swoje możliwości impotent (jeszcze raz podkreślę: w powyższym tego słowa znaczeniu), w ten sposób ląduje on w niszy bierności. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to rozmyślna strategia. To raczej sposób (bardziej lub mnie świadomy) radzenia sobie w obliczu wyzwań płynących z tego świata, skomplikowanego i pełnego zagrożeń.

Na drugim biegunie znajdują się, trzeba przyznać, że w przytłaczającej mniejszości, ci, którzy są przekonani o swojej omnipotencji. Uważają się za wszechmocnych. Smakują swoją siłę i swoje wpływy, chętnie z dumą, a może nawet z bezkrytyczną pychą rządzą, nieświadomi swych ograniczeń: wewnętrznych i zewnętrznych. Trudno wykluczyć, że wśród nich są i tacy, którzy korzystnie wpływają na życie innych, ale ze swej strony na bliższy kontakt z takimi mocarzami nie miałbym ochoty.

Nie zajmując się losem „impotentów” i „omnipotentów”, poszukajmy jakiejś wersji życia między tymi dwoma biegunami. To wersja, nazwijmy ją ryzykownie: centrystyczna, w której dostrzega się istnienie ograniczeń, ale bez ześlizgiwania się w bezradność. Sądzę, że z tych trzech możliwości ten pomysł na życie jest najtrudniejszy, ale jednocześnie potencjalnie najbardziej twórczy i rozwojowy. Jak go realizować? Jak nie wpadać ani w pułapkę impotencji (bo jednak wtedy grozi nam grzech zaniedbania i depresyjny nihilizm), ani w pułapkę omnipotencji (bo wtedy czyha na nas dewastująca zarozumiałość)? A zatem: jak mieć realistyczne poczucie sprawczości?

Z perspektywy gabinetu psychoterapeuty wyraźnie widać, jak ważne i cenne w życiu człowieka jest przekonanie o posiadaniu wpływu na rzeczywistość. By zaś nie było to przekonanie naiwne, potrzebna jest świadomość mnóstwa ograniczeń. Bo przecież jesteśmy uwarunkowani biologicznie (od poziomu przysłowiowej adrenaliny będzie zależała nasza energia), psychologicznie (każdy psycholog wie, jak bardzo zależymy od tego, co się z nami działo we wczesnym dzieciństwie), ekonomicznie (inne możliwości mają ci, którzy wakacje spędzają na Wyspach Kanaryjskich, a inne ci, którzy żyją od pierwszego do pierwszego). I jakie może mieć poczucie sprawczości ktoś, kto żyje w rodzinie, w której dominuje przemoc, albo w państwie, w którym rządzi dyktator? Byłby oderwany od rzeczywistości, może wręcz zanurzony w urojeniach wielkościowych ktoś, kto by twierdził, że świat jest taki, jaki on chce. I że przeciwności losu ani prawa natury jego nie dotyczą. Podjąć ten dylemat może pomóc jeden z moich ulubionych filozofów, Marek Aureliusz. Niemal dwa tysiące lat temu pisał tak: „Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego”. Wczytując się w te słowa, widzimy, że kluczowe jest odróżnianie tego, co zmienialne, od tego, co pozostaje niezmienialne. Oczywiście, w jednym miejscu czy czasie coś jest niezmienialne, co w innym miejscu i czasie okazać się może zmienialne. A więc owa mądrość Marka Aureliusza nie jest łatwa. Wymaga uważności, wymaga wysiłku, a czasem (a może nawet często) odwagi.

Niech za przykład takiej sytuacji posłuży historia z życia Nelsona Mandeli, południowoafrykańskiego polityka. Zanim został prezydentem RPA, spędził 27 lat we więzieniu. Za pryczę służył mu materac, ledwo mieszczący się w pojedynczej, wilgotnej celi. Mandela codziennie wyprowadzany wąskim korytarzem na spacernik miał zwyczaj iść krokiem niezwykle powolnym. To była ta jego sprawczość, ktoś mógłby powiedzieć, tylko symboliczna, ale dająca mu poczucie, że dwaj strażnicy, ten przed nim i ten za nim musieli się do jego powolnego kroku dostosować. W tym miejscu warto odwołać się do słów Peryklesa (V w. p.n.e.!): „Tajemnicą szczęścia jest wolność. Tajemnicą wolności jest odwaga”. Okazuje się, że poczucie sprawczości można mieć, nawet będąc zamkniętym we więzieniu o zaostrzonym rygorze.

Tak więc tu nie tyle chodzi o dokonania niemożliwe, pokonujące prawa przyrody. Bo nasze życie jest pełne uwarunkowań: od naszego DNA poczynając, na prawie grawitacji kończąc. Rzecz dotyczy pewnego subtelnego, a kluczowego fragmentu naszej autonarracji, naszego sposobu przeżywania samego siebie. Doświadczania siebie jako osoby, która ma wpływ na własne życie i – w pewnym stopniu – na otaczający ją świat. Bez naiwności omnipotencji z cyklu „człowiek góry przenosi”, ale też bez wywieszania białej flagi wobec reszty świata.

I na koniec – drobna uwaga językowa: Wolę używać określenia „sprawczość” niż „sprawstwo”, bo to drugie słowo może się kojarzyć z sytuacją sprawcy czynu zabronionego, podczas gdy „poczucie sprawczości” to znak dobrej wewnętrznej mocy.

Bogdan de Barbaro, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. W latach 2016–2019 był kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum. Współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze