1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Stajemy się wiedźmami, czyli tymi, które już wiedzą”. Psychoterapeutka o odwadze, którą daje kobietom dojrzałość

„Stajemy się wiedźmami, czyli tymi, które już wiedzą”. Psychoterapeutka o odwadze, którą daje kobietom dojrzałość

(Fot. SrdjanPav/Getty Images)
(Fot. SrdjanPav/Getty Images)
Po prostu zaczyna być inaczej. Chciałabym zachęcić do podejścia do upływu czasu nie z lękiem, ale z ciekawością, co na nas czeka. A także ze śmiałością, bo dysponujemy teraz zasobami, których nie miałyśmy, gdy byłyśmy młodsze – mówi psychoterapeutka Urszula Sołtys-Para, autorka książki „Lawendowe lata. Odkryj w sobie moc dojrzałości”.

Spis treści:

  1. Lawenda kwitnie dwa razy. „I na kobiety w wieku średnim można popatrzeć w ten sposób”
  2. Urszula Sołtys-Para: „Śmierci boi się ten, kto nie żyje pełnią życia”
  3. Kobiety w wieku średnim: budzi się w nich odwaga

  • „Pomiędzy 40. a 60. rokiem życia możemy znowu zakwitnąć” – mówi psychoterapeutka Urszula Sołtys-Para i przekonuje, że środek życia może być czasem transformacji, odwagi i większej świadomości siebie.
  • Autorka książki „Lawendowe lata. Odkryj w sobie moc dojrzałości” opowiada o akceptacji starzenia, lęku przed upływem czasu i o tym, dlaczego dojrzałość nie musi oznaczać „przekwitania”.
  • Psychoterapeutka tłumaczy, z czym najczęściej mierzą się kobiety po 40. roku życia – od psychosomatycznych objawów i kryzysów po potrzebę zmian zawodowych, relacyjnych i życiowych.
  • „My, dojrzałe kobiety, wiemy, co jest dla nas dobre, tylko boimy się za tym pójść” – mówi Sołtys-Para i zachęca, by w środku życia odważniej wybierać siebie.

Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 05/2026.

Lawenda kwitnie dwa razy. „I na kobiety w wieku średnim można popatrzeć w ten sposób”

Aleksandra Nowakowska: Spodobał mi się twój pomysł, żeby symbolem wieku średniego kobiety stała się lawenda – kwiat, który po raz drugi kwitnie jesienią.

Urszula Sołtys-Para: Pomyślałam sobie, że w wieku między 40. a 60. rokiem życia możemy znowu zakwitnąć. Bo trochę to życie już poznałyśmy – mamy bagaż doświadczeń, lepiej znamy reguły, które kierują światem, lepiej znamy też same siebie. Możemy rozpoznać, co jest dla nas dobre, a co nam nie służy, co jest bliskie naszemu sercu, a co niekoniecznie. Zasobem dojrzałości jest świadomość siebie. Życie w tym czasie może być takim właśnie świadomym, uważnym kwitnieniem.

Słowo „przekwitanie”, dotyczące życia kobiety po czterdziestce, brzmi pesymistycznie, prawda? I kiedy odkryłam, że lawenda, ale też inne kwiaty, jak magnolia czy bratki, kwitnie również jesienią, pomyślałam, że przecież i na kobiety w wieku średnim można popatrzeć w ten sposób – że one drugi raz rozkwitają. A właściwie dlaczego i nie na mężczyzn? Jung mówił, że w wieku średnim wchodzimy w drugą fazę indywiduacji, ważny czas transformacji całego kształtu życia. Nasza osobowość się rozwija, a podejście do życia pogłębia.

Jung mówił o środku życia, który zaczyna się około 42. roku życia, kiedy psychika potrzebuje objąć te części osobowości, które nie były przez nas doświadczane. Mamy się wewnętrznie poszerzać.

Poszerzać i integrować. Myślę, że w tym procesie kluczem jest też słowo „akceptacja”. Bo moją ideą przy pisaniu tej książki było oczywiście optymistyczne podejście do czasu środka życia, ale też bez fałszywego lukrowania, bez pomijania faktu, że jednak coś się zmienia.

Bo można też wypierać nieuchronne procesy starzenia, stać przy myśleniu o sobie, że jest się wiecznie młodą i niezniszczalną. A istotne będzie pójście z rytmem życia, przyjęcie naturalnego cyklu – jesteśmy przecież elementami przyrody.

Lepiej przyjąć, że jest inaczej – na przykład wzrok mi się szybciej męczy, bo przecież ma prawo, gdy moje oczy mają już 40 czy 50 lat. Nie oznacza to jednak od razu, że już nic dobrego na mnie nie czeka.

Ponieważ żyjemy coraz dłużej, wydłużyła się nam starość, ale także wydłużył się wiek średni. Nie należy jednak z tego powodu wpadać w rozpacz, tylko zaakceptować fakt, że teraz mamy dążyć do pełni. Jung mówił o tym, że w okresie środka życia u kobiet bardziej niż dotychczas uaktywnia się Animus, czyli męski pierwiastek, który dodaje energii do samostanowienia. Jesteśmy w miejscu, kiedy już naprawdę czujemy i wiemy, że nie jest ważne, co inni o nas myślą i czy się im podoba, co my robimy i jakie jesteśmy. Wraz ze spadkiem estrogenów pojawia się paradoksalnie więcej siły – tej decyzyjnej, sprawczej. W ten sposób Anima, czyli część miękka, łagodna, intuicyjna zostaje uzupełniona w swoim dążeniu do pełni integracji. Cały czas chodzi tu o rozwój, chociaż może transformacja jest lepszym słowem, ponieważ dokonuje się zmiana jakości, dochodzi do wewnętrznego przeorganizowania. Po prostu zaczyna być inaczej, ciekawiej.

Urszula Sołtys-Para: „Śmierci boi się ten, kto nie żyje pełnią życia”

Przyznajesz jednak, że tę książkę napisałaś z lęku przed upływem czasu, który wiąże się z lękiem przed śmiercią – z czasem silniej wybrzmiewającym.

Oczywiście, że tak.

Nie ukrywam, że książkę pisałam również w celach autoterapeutycznych, by oswoić własny lęk związany z upływającym czasem.

Jednak mam świadomość, że dobrze by było, żeby ten lęk był obok mnie, a nie rządził moim życiem. Żeby siedział sobie na tylnym siedzeniu, jednak żebym to ja kierowała moim samochodem. I też sobie myślę, że warto szanować własny lęk, ale niekoniecznie zawsze go słuchać. Lęk przed śmiercią – jak pisze Irvin D. Yalom, amerykański psychiatra i psychoterapeuta egzystencjalny – jest tak naprawdę lękiem przed przepływem życia. Śmierci boi się ten, kto nie żyje pełnią życia.

Pisząc książkę, szukałam przykładów dojrzałych osób, które żyją w sposób pełny, które się cały czas realizują. Może mają problemy zdrowotne, może już tak szybko nie potrafią pracować czy nie uprawiają sportu, ale nadal robią to, co mogą i lubią.

I taka postawa również dowodzi – według mnie – akceptacji zmian. Lęk przed śmiercią w nas jest, ale on paradoksalnie maleje, kiedy się nasycimy życiem. Według Yaloma śmierci boją się osoby, które nie domknęły ważnych spraw, te, które realizowały oczekiwania innych, nie szły za głosem serca. Dlatego warto żyć maksymalnie w zgodzie ze sobą, z własnymi wartościami i z poczuciem sensu. Najpełniej jak to tylko możliwe.

Kobiety w wieku średnim: budzi się w nich odwaga

A jak to widzisz z perspektywy swojego gabinetu – z czym przychodzą do ciebie kobiety w wieku od 40 do 60 lat? Czego dotyczy ich transformacja?

Jest to taki wiek, kiedy często budzi się odwaga. Czasem dzieje się to powolutku, kobiety mają jakiś pomysł na zmianę swojego życia i tylko czekają na okazję. Często podejmują na tym etapie zmiany zawodowe, wychodzą z dotychczasowych związków, które im nie służą. Po czterdziestce czują już swoją siłę i wyrażają niezgodę na niesprawiedliwość, której doświadczają. Zdarza się, że stoją jednak w rozkroku – chcą już czegoś innego, ale jeszcze trochę się boją. Szukają wsparcia, by obudzić w sobie odwagę, by wykonać znaczący krok.

Obserwuję, że my, dojrzałe kobiety, wiemy, co jest dla nas dobre, tylko boimy się za tym pójść. Zadajemy sobie pytania: A co jak się nie uda? A co jak będzie gorzej? A co jak będzie tak samo? Tymczasem każdy ruch już jest leczący. Odwaga, która się budzi, najczęściej dotyczy tego, że można zacząć myśleć o sobie, bo pewne role, na przykład macierzyńska, powoli się domykają.

I pojawia się pytanie: co dalej? Pojawia się nowa przestrzeń, więcej czasu dla siebie i możliwość, by inaczej spożytkować swoją energię. Pojawia się pragnienie, żeby teraz było już bardziej świadomie, łagodniej, z górki.

Bo przecież w tym wieku możemy już iść spokojnie, oglądając piękne widoki, które roztaczają się dookoła. Tylko wielu kobietom trudno je dostrzec, bo – jak obserwuję – na terapię przyprowadzają je dokuczliwe objawy psychosomatyczne, ból, problemy ze snem, zaburzenia lękowe czy depresyjne. Kiedy zaczynamy wnikać, o co chodzi, co ciało i psychika chcą powiedzieć, często dochodzimy do wniosku, że potrzebujemy zmiany, wyjścia z jakiegoś utknięcia. Że to kryzys rozwojowy, który przynosi nam pytanie: czego tak naprawdę potrzebujesz? Ono zatrzymuje i konfrontuje z kolejnym pytaniem: jak mogę się teraz sobą zaopiekować?

W tym czasie chyba potrzeba nam więcej komfortu, stabilności, odcinania kuponów, a mniej presji i siłowych rozwiązań. Nasze zgromadzone dzięki życiowym doświadczeniom zasoby już nam na to pozwalają, ale z drugiej strony woła nas większa zmiana, głębsza transformacja, nowa energia. Jak to pogodzić?

Myślę, że chodzi o równowagę między działaniem a odpoczywaniem, regeneracją. Nasza odwaga może nie tyle być fizyczna, ile psychiczna, mentalna. Na tym etapie nie boję się już powiedzieć tego, co myślę, bo lęk przed oceną, potencjalną krytyką już mnie nie paraliżuje. To może być odwaga, by sięgnąć po inne role.

Odwołam się do praw przyrody – na przykład starsze orki zostają przewodniczkami stada. My też z wiekiem z niewinnych niewiast stajemy się wiedźmami, czyli tymi, które już wiedzą.

Możemy, jak szamanki czy zielarki w dawnych kulturach plemiennych, dawać innym wsparcie dzięki swojej życiowej mądrości, przekazywać wiedzę dalej.

To niesamowicie twórczy etap – dawania, dzielenia się, wyrażania siebie w kreatywności. To czas na aktywności, które zapobiegają utknięciu i chronią przed lękiem przed śmiercią, bo realizujemy swoje cele rozwojowe. Warto podejmować nowe wyzwania dla aktywowania mózgu, stałego ćwiczenia pamięci i dla rozwoju własnej osobowości; sama niedawno postanowiłam opanować podstawy języka włoskiego i nauczyć się wreszcie pływania kraulem. Transformacyjne dla mnie jest w moim odczuciu pisanie książek, na co odważyłam się po 40. roku życia.

W swojej ostatniej książce piszesz o Kali – bogini czasu, śmierci i zniszczenia, która jest bezczelna, pokazuje język. Nie tylko upływowi czasu, ale temu, co potrzebuje odejść. Środek życia to czas pożegnań – ze starą tożsamością, pewnymi ludźmi, dawnymi aktywnościami? Bo chyba nie jest dobrze, kiedy na pędzane lękiem trzymamy się starego tempa nieaktualnych tematów?

To pokazanie języka przez Kali jest dla mnie symbolem zdrowej złości, a nawet agresji, nieraz niezbędnej dla przetrwania. Dojrzałość przecież wiąże się z domknięciem różnych spraw, ale czasem też ze zniszczeniem, rozumianym jako proces zamykania pewnych drzwi.

Weryfikujemy nie tylko nasze relacje, lecz także wartości czy autentyczność działań. Dokonujemy weryfikacji i redecyzji, na ile i w co chcemy się angażować. W trakcie całego życia odcinamy się od czegoś albo po prostu coś tracimy. Akceptacja upływu czasu będzie zgodą na utratę pewnych funkcji, bo być może tracimy refleks, ale zyskujemy mądrość, jak efektywniej nawigować życiem. Kali jest dla mnie tym bardziej piękna w swoim istnieniu, że ona tańczy. Jest dzika i tej dzikości się nie boi. W moich oczach nie jest tylko destrukcyjna, ona finezyjnie odcina się od tego, co nie jest dla niej dobre, zostawiając to za sobą, by z wdziękiem i z odwagą tańczyć dalej.

Urszula Sołtys-Para, psycholożka i psychoterapeutka ericksonowska. Prowadzi prywatną praktykę w Tychach i online. Pracuje z dorosłymi i rodzinami. Autorka poradników. Współautorka podcastu „Wspólne słowa”; twojpsycholog.net.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE