Aleksandra Judejko - Jak nauczyć się żyć bez kogoś, kogo kochaliśmy? Psycholożka szuka odpowiedzi w niezwykłym spektaklu Opery Krakowskiej
00:00
12:28
Psychoterapeuta egzystencjalny Irvin Yalom porównał rozmowę o śmierci do patrzenia na słońce, a przecież wiemy, że oglądanie go bez filtra może spowodować uszkodzenie oczu. Może więc warto interpretować jego słowa jako wskazówkę, by – będąc blisko tego trudnego i budzącego lęku tematu – zadbać też o siebie. Z tej perspektywy psycholożka i etnolożka Aleksandra Judejko interpretuje spektakl baletowy „Requiem” Opery Krakowskiej, który łączy taniec z mszą żałobną Mozarta.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Sens” 11/2026.
Zagadnienie śmierci jest szczególnie wymagające: nie tylko dotyka indywidualnych, głębokich przed nią obaw, lecz także konfrontuje nas z konstruktem myślowym, od którego ciągle uciekamy – że wszyscy jesteśmy śmiertelni.
O śmierci i cielesności opowiada wyjątkowy spektakl Opery Krakowskiej „Requiem”, który łączy w sobie Requiem d-moll KV 626, czyli mszę żałobną W.A. Mozarta z 1791 roku, z tańcem baletowym. Warto wspomnieć, że kompozytor pisał ją na zamówienie, lecz z powodu ciężkiej choroby zamówienia nie zdołał w pełni zrealizować. Po jego śmierci Requiem zostało dokończone przez innych.
Scenografia krakowskiego widowiska osadza nas w nieokreślonym miejscu i czasie – górskiej dolinie w pochmurny wieczór. Możemy przypuszczać, że bohaterowie znajdują się w stanie pomiędzy życiem i śmiercią – być może jest to sąd ostateczny.
Tancerze są ubrani w szarobłękitne stroje, co ma egalitarny wydźwięk: wobec śmierci wszyscy ludzie, bez względu na pochodzenie czy status społeczny, są równi. Kwartet solistów – sopran, mezzosopran, tenor i bas – śpiewa słowa modlitwy mszalnej, co możemy rozumieć jako głos sumienia, superego czy też życiowego doświadczenia.
Śpiewacy noszą białe szaty, mają też częściowo siwe włosy: w efekcie nie sposób określić ich wieku. W spektaklu pojawia się tylko jedna postać, której strój odbiega kolorystycznie od reszty. Ubrana w szkarłatną suknię tancerka może nam się kojarzyć z potrzebą wewnętrznej przemiany lub nadzieją. Ta druga w kontakcie z osobą chorującą jest szczególnie ważna. Myśl, że może być obecna niezależnie od okoliczności, jest uwalniająca. Początkowo można liczyć na pełne wyzdrowienie, zaś w późniejszym okresie – na doczekanie po prostu pięknego dnia z jak najmniejszą ilością bólu czy spotkanie kogoś bliskiego.
Czułe towarzyszenie cierpiącemu człowiekowi to najważniejsza rzecz, jaką możemy go obdarować. Nie potrzeba wielkich słów, które w takiej sytuacji wydają się nieadekwatne. Wystarczy zwykła obecność, pomoc w codziennych czynnościach i aktywne słuchanie. Niestety, już sam język dotyczący chorowania nie ułatwia sprawy – sformułowania „oddać do hospicjum”, „pójść do domu starców”, „przegrać walkę” przygnębiają i zarazem przypominają, jak duże znaczenie ma to, jakich słów używamy wobec spraw związanych z ludzkim cierpieniem i opieką. Kwestie te wymagają wyjątkowo dużego wyczucia, delikatności i uważności na emocje drugiej osoby.
(Fot. Andrii Kotelnikov)
Opieka paliatywna (od łac. pallium – płaszcz, czyli coś, co otula) opiera się na dbaniu o jakość życia u jego kresu, czego wyrazem może być także porozumiewanie się w sposób taktowny i wspierający w zakresie potrzeb i komfortu chorego. W „Requiem” postaci z chóru nie tylko komentują rzeczywistość, ale także starają się wesprzeć tancerzy targanych silnymi uczuciami. Mogą reprezentować stanowczych, ale troskliwych opiekunów, jak również duchowość, do której ludzie odwołują się w trudnych chwilach (i która niekoniecznie musi wiązać się z religią). Rola chóru kojarzy się też z zadaniami specjalistów opieki zdrowotnej.
W kontekście trudnych i często skomplikowanych rozpoznań medycznych wiele osób zastanawia się, w jaki sposób powinno się o nich informować i czy w ogóle to robić. Należy pamiętać, że nie każdy chce poznać swoją diagnozę czy prognozy dotyczące choroby.
Gotowość do przyjmowania prawdy można badać stopniowo, nazywając stan chorego i sprawdzając, jak zrozumiał rozmowę z lekarzem, a także czy ma jakieś pytania. Należy mówić tylko tyle, ile pacjent jest gotowy przyjąć, a także uważnie wysłuchać jego – nawet rzuconych mimochodem – próśb czy żartów. Wyłaniają się bowiem spod nich potrzeba bliskości, lęk przed bólem czy życzenia, na przykład dotyczące pogrzebu oraz załatwienia istotnych spraw. Musimy pogodzić się z niepewnością – nie wiemy, ile dokładnie potrwa życie danego człowieka, jak będzie wyglądał jego koniec i czy faktycznie śmierć jest kresem bytu (ważne, by szanować poglądy osoby chorującej). Wiedza o stanie zdrowotnym nie powinna być murem, który otacza chorego, ale raczej wskazówką dla nas, w jaki sposób mu towarzyszyć.
Opieka nad umierającym może być na tyle przytłaczająca, że samemu trzeba skorzystać ze wsparcia. Cielesność jest źródłem bliskości, ale w niektórych przypadkach stanowi barierę nie do pokonania. Warto wówczas poszukać profesjonalnej pomocy w takich obszarach jak chociażby czynności higieniczne czy medyczne. Jeżeli zdejmiemy z siebie poczucie winy i podzielimy się z kimś obowiązkami i odpowiedzialnością, będziemy mogli skupić się na innych, niemniej ważnych aspektach relacji z osobą chorą – spokojnym byciu obok, rozmowie czy trzymaniu za rękę. Dzięki temu uda nam się częściowo wyjść z roli opiekuna i chociaż w małym stopniu powrócić do dawnego statusu relacji – bycia ponownie członkiem rodziny.
(Fot. Andrii Kotelnikov)
Tancerze w krakowskim spektaklu upadają, a chwilami są odpychani przez innych. Może to przypominać proces odsuwania się od osób, które chorują. Odczuwany przed nimi lęk to znany mechanizm związany z tym, że ludzie zwyczajnie nie wiedzą, jak zachowywać się w obliczu utraty zdrowia – wolą więc zostawić chorego w spokoju.
Z drugiej strony, realizując układ choreograficzny, tancerze często ze sobą współpracują, co świadczy o tym, że oprócz trudu towarzyszenia i bezradności wobec cudzego cierpienia nośnikiem intymności oraz poczucia wspólnoty jest ciało. Dzięki psychologii lepiej rozumiemy znaczenie komunikacji niewerbalnej. Wiemy, że czasem jeden gest znaczy więcej niż wiele słów. I zdajemy sobie sprawę, jak ważna jest spójność w tym, co mówimy i robimy. Ciało jest czymś, co mieści przyjemność, ale także traumy – to w nim zapisana jest pamięć przeszłych wydarzeń. Spektakl „Requiem” przestawia ciała piękne, ale też zmęczone i pełne bólu, kruche i silne zarazem.
W widowisku Opery Krakowskiej brak klasycznej fabuły przywołuje na myśl estetykę marzeń sennych. W snach wydarzenia następują po sobie bez logicznego ciągu, liczą się bardziej wrażenia zmysłowe i emocje. Pojawiają się w nich skrawki codzienności, ale też skrywane głęboko myśli, obawy czy wspomnienia.
O śnieniu w ciekawy sposób pisał brytyjski psychoanalityk Wilfred Bion: uważał on śnienie za ciągłą pracę umysłu (nie tylko podczas spania), która polega na nieprzerwanym przetwarzaniu emocji. Być może Mozart wyśnił swój utwór, lękając się o przyszłość albo też mając nadzieję na dobre zakończenie życia?
Z kolei psychoterapeuta egzystencjalny Irvin Yalom zauważył, że w sytuacjach ekstremalnych możemy doświadczyć przebudzenia, czyli wstrząsu, którego efektem jest dostrzeżenie wartości w tym, co mamy, a więc i pełniejsze życie. Czy scena, gdy postaci patrzą w lekko rozświetlone niebo, jest momentem takiego przebudzenia?
Utworowi „Lacrimosa” (już pierwsze dźwięki wywołują ciarki!) towarzyszy intymny taniec dwojga tancerzy pod nocnym niebem, który jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z samotnością. Wydaje się, że z jednej strony spierają się ze sobą, z drugiej – próbują zbliżyć do siebie nawzajem. Liczą się tylko gesty, co przywołuje skojarzenie z psychoanalitycznym pojęciem wczesnych stanów umysłu – czasu, kiedy nie potrafiliśmy jeszcze mówić, a przeżycia były oparte na zmysłach.
Dziecko potrzebuje wówczas towarzyszenia, dotyku i kojącego głosu, a prosi o to poprzez reakcje ciała. Potrzebuje zostać zauważone – niczym tancerz na scenie, który ufa, że jego partner/partnerka będzie z nim współpracował/a (synchronicznie lub kompatybilnie). Próbą opisu takich stanów zajmuje się dr Lech Kalita, psycholog i psychoanalityk, który podkreśla wagę dostrojenia cielesnego w procesie terapeutycznym, a także bada związki między tym procesem a przedwerbalną komunikacją niemowląt. Komunikacja ta ma swój rytm, tempo, naprzemienność, a nawet melodię. Zaczyna się od narodzin i nie kończy się wraz z dojrzewaniem, lecz trwa przez całe życie. Służy zbudowaniu spójnego i bezpiecznego obrazu świata.
Podobnie możemy myśleć o procesie żałoby, nie kończy się w konkretnym momencie: jest raczej nauką życia bez osoby zmarłej i próbą integrowania wspomnień o niej w nową rzeczywistość. Nie możemy wymazać z pamięci żadnych doświadczeń, ale przyswajamy nowe, które poszerzają nasze myślenie.
Dynamiczne ruchy tancerzy obrazują zmaganie z życiem, bycie z innymi ludźmi, jak również obok nich (co jest nazywane samotnością w tłumie). Skłania to do refleksji nad relacjami – czy umiemy je budować i podtrzymywać i czy rozumiemy, że niezbędna jest w nich wzajemność. Oglądając „Requiem”, można pomyśleć o wspieraniu, kojeniu i więziach – jak pomagać innym, kiedy nam samym brakuje zasobów. Podnoszenie się na scenie może być radzeniem sobie z realnością, problemami, żałobą. Z „Requiem” wyłania się pragnienie pełni życia i nadziei.
Możemy też spojrzeć na spektakl jak na umysł jednostki. Kiedy na scenie znajdują się wszystkie postaci, można odebrać to jako integrację jej osobowości. Tancerze reprezentują zarówno ego (w pełnym kostiumie scenicznym), jak i id (półnagie ciała kojarzące się z popędami). Natomiast odziany w zwiewne, ale jednak szczelnie zakrywające szaty i nakrycia głowy chór symbolizuje zasady społeczne, czyli superego.
Każdy z nas – tańcząc na własnej scenie życia – nabywa doświadczenia, buduje odporność psychiczną, przybliża się i oddala od innych ludzi. Niezwykle ważne jest, by pozwalać sobie na odczuwanie wszystkich emocji, w tym cierpienia, które jest nierozerwalnie związane z człowieczeństwem.