1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie martw się! 3 ćwiczenia

Nie martw się! 3 ćwiczenia

fot. 123rf
fot. 123rf
Każdego dopadają zmartwienia, a że czarne myśli rodzą jeszcze czarniejsze, warto powiedzieć im stanowcze stop. Oto 3 szybkie sposoby, żeby natychmiast przestać się martwić.

Kiedy dopadają cię zmartwienia i czujesz, że wpadasz w otchłań negatywnych rozmyślań, a chcesz szybko się z nimi pożegnać, spróbuj następujących, prostych a skutecznych sposobów.

1. Głęboko oddychaj Powolne, głębokie oddychanie to dla mózgu sygnał, że nie ma powodu do stresu. Dzięki świadomemu, wolnemu oddechowi szybko się uspokoisz.

2. Skoncentruj się na teraźniejszości

Martwisz się, co będzie jutro na zebraniu w pracy? Powróć do teraz. Teraz jest wtorek, godzina 14, masz do zrobienia to i to oraz kawę do wypicia. Problemu nie ma, jest tylko chwila obecna. 3. Zatrzymaj się, popatrz, pociesz się

Zatrzymaj się, czyli uznaj że masz zmartwienie, coś cię niepokoi, czegoś się boisz. Uspokój umysł, nie wybiegaj myślami w przyszłość, nie wracaj do przeszłości, skoncentruj się na tym, co czujesz. Na uczuciu. Jeśli wytrzymasz około 90 sekund, trudna emocja sama odejdzie. Żeby nie wróciła, zrób następne dwa kroki tego ćwiczenia

Popatrz, poświęć pełne pięć minut, żeby skoncentrować się na świecie zewnętrznym, a nie swoich wewnętrznych odczuciach dyskomfortu. Popatrz co się dookoła ciebie znajduje, zauważ kolory, nazwij przedmioty, przyjrzyj się im szczegółom.

Pociesz się, czyli porozmawiaj ze sobą jak z najlepszym przyjacielem. Powiedz sobie: „To także przeminie!”, „Wszystko jest dobrze!”.

Ćwiczenia pochodzą z książki „Why Worry? Stop Coping and Start Living” autorstwa Kathryn Tristan

 

Kobiety mają gen szczęścia - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fałszywa troska - na czym polega?

"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)
Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

  1. Psychologia

Zamartwianie się działa jak zaklęcie

Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Sprawia, że wszystko zamiera i nie widzimy tego, że przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. A czasem nawet sama sytuacja ulega zmianie. Zatem: przestańmy się zamartwiać - apeluje psycholożka Katarzyna Miller. 

Mimo że domyślałam się źródłosłowu terminu "zamartwianie się", to kiedy sprawdziłam go w słowniku etymologicznym, przyznam, że trochę się przeraziłam. Martwić dawniej oznaczało "sprawiać, że coś drętwieje", "czynić martwym, uśmiercać".
No jest się czego przerazić. Tym właśnie jest zamartwianie - czynieniem martwym siebie, życia i właściwie wszystkiego, co się dzieje. To tak jakby patrzeć na świat, nie dostrzegając jego żywotności, nie widząc tego, że wszystko się w jakiś sposób rozwija, przewleka przez siebie, cały czas dzieje.

Jest takie słowo jak "petryfikacja", które według słownika oznacza "zamienianie w kamień" albo "utrwalanie czegoś w formie niepodatnej na zmiany". W "Harrym Potterze" petryfikacja to stan, w którym ktoś, na kogo jest rzucone to zaklęcie, drętwieje, zamiera w ruchu. I to jest genialny obraz zamartwiania się. Przestraszeni ludzie boją się ruchu i chcą wszystko zatrzymać, spetryfikować, tak jak zatrzymuje się film, wciskając pauzę. Gdy moja mama mówiła, że się o mnie martwi, czułam, że jestem załatwiona: nie wyjdzie mi, jestem do kitu, nie ma szansy. Na szczęście kiedy już w miarę dorosłam, odpowiadałam jej wtedy: "Przestań się o mnie martwić, ty we mnie wierz", co jest absolutnym odwróceniem petryfikacji...

...i co warto mówić wszystkim, którzy się o nas martwią.
Polecam! Kiedy rodzice mówią, że się martwią o swoje dziecko, to zwykle oczami wyobraźni widzą je rozjechane, rozdeptane, utopione, pod mostem, biedne na stare lata, ogłupiałe, chore... - no po prostu nieustanna petryfikacja.

Zamartwianie się rzeczywiście działa jak zaklęcie. W dodatku bardzo potężne, bo przecież zamraża coś, czego nie da się zamrozić. W końcu już w starożytności mawiano: pantha rei, czyli: wszystko płynie. Każda sytuacja, nawet najbardziej niesprzyjająca, może się zmienić na co najmniej kilka sposobów.
Na mnóstwo sposobów. Mało tego, samo podjęcie jakiejś decyzji nie oznacza, że stanie się tak, jak postanowiliśmy. Bo może życie będzie sobie życzyło, żeby było inaczej. A poza tym zamartwianie się jest w praktyce tworzeniem wyłącznie czarnych scenariuszy, a zgodnie z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni, jeśli spodziewamy się najgorszego, to najgorsze dostajemy. I tak ludzie swoim narzekaniem i czarnowidztwem sprawiają sobie los.

Na jakiej zasadzie działa ta samospełniająca się przepowiednia?
To jest właśnie tajemnica! Ale generalnie chodzi o to, że jeśli nastawiamy się na wyłapywanie negatywów, to tylko je dookoła widzimy. I nawet kiedy coś nam wychodzi, to nie dostrzegamy tego, bo przecież już nastawiliśmy się, że nam nie wyjdzie. Tak samo jak z prognozą pogody, która mówi, że będzie padał deszcz. Niektórzy tak się do niej przywiązują, że nawet jeśli nie pada, to tylko ich utwierdza w pewności, że zaraz zacznie. No bo przecież musimy mieć rację. Stąd znane i bardzo mądre pytanie: „Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy?”.

No, ale kiedy przewidujemy, że coś skończy się dobrze i tak się rzeczywiście dzieje, też mamy rację...
Wtedy to nie jest racja, tylko głupota (śmiech). No bo co to znaczy, że coś się dobrze skończy? Co za dziecinne podejście! Mądry to ten, kto czarno myśli... Co się śmiejesz, nie jest tak?

Niestety. Choć jest też takie pojęcie jak „szczęście w nieszczęściu”. Dla przykładu – ostatnio padł mi akumulator. Zaparkowałam samochód, a kiedy wróciłam, okazało się, że nie chce odpalić. Nie dość, że musiałam wzywać pomoc drogową, to jeszcze byłam strasznie głodna. Zamiast nakręcać się sytuacją, rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że zaparkowałam tuż obok obiadów domowych. I wyobraź sobie, że czas oczekiwania na pomoc wystarczył mi akurat na to, by zjeść pyszną zupę z botwinki i dorsza z ziemniakami i surówką.
Genialnie jest mieć awarię pod obiadami domowymi! I na tym właśnie polega pozytywne myślenie.

Ale przyznam, że na początku jadłam z odrobinę ściśniętym żołądkiem, bo się martwiłam: ile będzie kosztować naprawa, czy to na pewno akumulator, że muszę poprzekładać plany. To mi uzmysłowiło, że zamartwianie się sprawia, że nie czerpiemy przyjemności z życia.
I nie jest wcale produktywne, bo ani nie przyspiesza załatwienia sprawy, ani nie pociesza. A do tego zawsze można sobie znaleźć powód do zamartwiania się: że nie przyjechał autobus, że koleżanka nie zadzwoniła, że pensja nie przyszła na konto.

Ja się niedawno zamartwiałam, bo mnie bardzo boli kręgosłup. Próbowałam masaży i różnych terapii, i nic. Ani nie wiedziałam, co z tym zrobić, ani w co to się rozwinie. I ten ból, i to zamartwianie się wszystko mi psuły. I pomyślałam sobie: „co jeśli to mi tak zostanie?”. No cóż, będę z tym żyła. Z mnóstwem rzeczy da się żyć. Ale od niedawna mam wspaniałego rehabilitanta i już się dużo lepiej czuję. Hurra życie!

Co tak naprawdę napędza nasze zamartwianie się? Strach czy może raczej lęk?
Najpierw strach, który potem jednak przeradza się w lęk. A lęk jest związany z obawą, która niekoniecznie musi być realna.

Czyli zamartwianie się w pierwszym odruchu byłoby taką atawistyczną reakcją – kiedy coś ci zagraża, na przykład atak lwa, a nie możesz lub nie chcesz walczyć ani uciekać – zamierasz, udajesz martwego.
Najlepiej jeszcze wtedy zrobić kupę albo puścić bąka, bo drapieżnik pomyśli, że nie dość, że martwa, to też nieświeża (śmiech).

Tylko dziś drapieżnik to rzadkość, udawanie trupa nie rozwiąże twoich problemów. Co zatem robić zamiast zamartwiania się?
Kiedy tylko zaczynamy się czymś zamartwiać, trzeba sobie powiedzieć: STOP. Następnie pogratulować sobie, że się na tym złapaliśmy. Nie ganić się za to, tylko się za to przeprosić i poczuć, że przeprosiny zostały przyjęte. A potem trzeba sobie powiedzieć pięć dobrych rzeczy w miejsce tej jednej, z powodu której chcieliśmy się zamartwiać.

Czyli: skoro jesteśmy tak kreatywni w wymyślaniu czarnych scenariuszy, zaprzęgnijmy umysł do tworzenia tych pozytywnych?
No przecież! A poza tym można sobie postanowić, że jeśli to, co przychodzi mi do głowy, się wydarzy, to wtedy dopiero będę się martwić. A może w ogóle się nie zdarzy. Przecież jak na razie to tylko myśl – rozglądasz się i nie ma żadnego lwa.

Z drugiej strony czasem dobrze jest uwzględnić czarne scenariusze, żeby być na nie przygotowanym. Tylko wtedy nie jest to zamartwianie się...
To jest myślenie strategiczne. Łatwo odróżnić po tym, że nie towarzyszą temu żadne emocje, w tym lęk, a jest jedynie kombinowanie, jak tu sobie poradzić, gdyby jednak zaatakował mnie lew. Na przykład idę do szefa z ważną sprawą i wiem, że jeśli będzie miał zły humor, to zacznie na mnie wrzeszczeć, więc postanawiam sobie, że nie będę wtedy płakać czy się trząść, ani nie wyjdę z pokoju, tylko na przykład wezmę trzy głębokie oddechy i powiem: „Bardzo mi przykro, że ma pan dziś zły dzień, może przyjdę później”. I kiedy się taka sytuacja zdarzy, zrobię to! Bo sobie przećwiczyłam taką reakcję. Można nawet pójść do kibelka i ją przetestować albo poprosić koleżankę, żeby zrobiła ze mną psychodramę. Wszystko to warto zrobić, bo ta sytuacja jest realna. Ale jeżeli nie wiem, co się zdarzy – to po co snuć czarne scenariusze?

Wiele osób zadręcza się tym, czy wydać pieniądze na to czy na tamto. Jak to są małe pieniądze, to jeszcze mała bieda, gorzej, gdy są większe – wtedy ludzie się boją, że będą żałowali. Albo przegapią jakąś okazję. Tylko że zamiast się zamartwiać, lepiej zebrać informacje. Skupiajmy się na faktach, zamiast skupiać się na lęku. Na takiej samej zasadzie najpierw szukamy, jaki bank daje jaki procent i dopiero potem lokujemy swoje oszczędności.

Zamiast się martwić, lepiej opracować strategię?
Dokładnie tak. I to najlepiej taką, która zakłada plan A, ale też plan B i plan C, jeśli potrzeba. Na przykład ostatnio zostałam zaproszona do udziału w politycznej audycji, co bardzo mnie ucieszyło, bo poczułam się doceniona. Ale zaraz pomyślałam sobie, że nie znam politycznego języka i nie jestem na bieżąco z wydarzeniami, bo polityka mnie nudzi, więc sobie zaplanowałam, że pójdę i będę słuchała innych, a potem wyrabiała sobie zdanie na temat tego, co ktoś powiedział. I tylko wtedy będę coś mówiła, gdy będę wiedziała co. I nie będę się przejmowała tym, że być może okażę się najbardziej milczącą osobą z całego zestawu rozmówców.

To się nazywa strategia nastawiona na słuchanie innych. To rzadkość w publicznych dyskusjach...
Po prostu stwierdziłam, że nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, a nie jestem ekspertką od polityki. Ale mam swoje zdanie. I w rezultacie ani nie wyszłam na eksperta, ani na idiotkę i byłam zachwycona, bo posłuchałam mądrych kobiet.

Może warto sobie to powiedzieć: martwię się, bo się boję, że...
Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. Ludzie lękowi, gdy zaczynają odczuwać lęk, zaczynają się bać, że się boją, i wtedy zwykle dochodzą do wniosku, że na pewno im to nie wyjdzie. I na to, proszę pani, pomoże tylko terapia. Ludziom, którzy nie pozwalają sobie na strach, u których strach wywołuje lęk – tylko terapia może pomóc. Bo zdrowy człowiek ma korzyści z tego, że się boi – to go powstrzymuje od robienia rzeczy, które są naprawdę niebezpieczne.

Ostatni raport Instytutu Gallupa o naszym stanie emocji potwierdza, że coraz bardziej się stresujemy i zamartwiamy. Może dlatego, że media bombardują nas złymi wiadomościami?
I ta spirala się nakręca – zamiast sobie pomagać, tylko sobie szkodzimy. W skali makro nic nie zrobimy, możemy działać tylko w skali mikro. Nie dawajmy się zastraszać! Fajne są takie inicjatywy jak Dzień Dobrej Wiadomości czy portal dobrych wiadomości – dzięki nim zdajemy sobie sprawę, że na doniesienia ze świata też można spojrzeć wybiórczo. Zamiast czytać o kolejnym wypadku, można przeczytać o tym, że zespół szkół ogrodniczych z Kutna wystawia sztukę. Albo pani Y oddała pani Z pieniądze, które była jej winna od kilku miesięcy. Lub że mąż wysprzątał strych, a żona powiedziała: „Ale jesteś kochany” i razem poszli sobie odpocząć na kanapie. Życie jest pełne dobrych wiadomości!

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czym jest wolność w pracy i jak radzić sobie z jej ograniczaniem?

Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
- Kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych” - mówi socjolożka Agnieszka Gawkowska w rozmowie o wolności w pracy i sposobach radzenia sobie z jej ograniczaniem.

Czy ograniczenie wolności musi być czymś złym? Pewna ilość norm w pracy nam przecież służy.
Owszem. W latach 90. nie było dokładnie wiadomo, co w pracy można, a czego nie, według jakich wytycznych mamy pracować, do kiedy działamy na własną rękę, a z jaką sprawą trzeba iść do szefa. Jeśli ktoś podjął złą decyzję, nie było rozmowy o przekroczeniu kompetencji, bo nikt nie wiedział, jakie są. Wtedy przełożony był wszechmogący: tylko on ustalał, co jest dobre, a co złe i odpowiednio za to wynagradzał lub karał. Pracownik nie wiedział, w jakich granicach się poruszać.

Ale to się zmieniło: pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy.

Ale często nie możemy. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90.
To prawda. W dodatku kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych”. A do tego obecni pracodawcy mają nowe narzędzia kontroli, więc teraz mogą ograniczać naszą wolność w bardziej wyrafinowany sposób.

Jakie to narzędzia?
Do nakładania kar, na które pozwala kodeks pracy, doszedł mobbing emocjonalny i psychologiczny, a także odmowa niektórych świadczeń. Zamiast ufać, że pracownicy jak najlepiej wypełnią swoje obowiązki, szefowie montują w służbowych samochodach GPS, zakładają podsłuchy na służbowe telefony, kontrolują skrzynki mailowe i przeglądane w internecie strony, a w biurach korzystają z systemu monitoringu. Ograniczaniem wolności, często ostatnio stosowanym, jest też niewypłacanie wynagrodzeń na czas lub wcale, wymuszanie pracy po godzinach, obowiązkowe delegowanie na wyjazdy integracyjne czy dyskryminacja kobiet – przed podpisaniem umowy o pracę żąda się zaświadczenia, że nie jest w ciąży lub deklaracji, że jej nie planuje. To niezgodne z prawem, ale jednak się zdarza i to wcale nie tak rzadko.

Co robić, kiedy pracodawca żąda ode mnie takiej deklaracji? Walczyć czy uciekać jak najdalej?
Trzeba mieć świadomość, że to nie tylko ograniczenie wolności, ale wręcz gwałt na niej. I lepiej przemyśleć, czy warto podjąć pracę w takiej firmie, bo to kiepsko wróży. Mamy prawo podejrzewać, że jeśli zajdziemy w ciążę, pracodawca nie zwolni nas wprawdzie w czasie jej trwania czy podczas urlopu macierzyńskiego – bo chroni nas prawo – ale najprawdopodobniej zaraz po jego zakończeniu. Jest to też sygnał braku zaufania i zapowiedź, że w przyszłości szef również zechce na wszystko wpływać i nie pozwoli na swobodny rozwój zawodowy.

W małych zespołach kontrola nie jest z reguły tak duża. Ludzie są zazwyczaj zgrani, skuteczni w działaniach i nie trzeba im cały czas patrzeć na ręce.
Ale zdarza się, że szef ma złe doświadczenia z pracy z poprzednim zespołem albo po prostu ma taki charakter i – mimo zgranego zespołu – wpada na pomysł instalowania narzędzi kontroli. Pracownicy nie mają na to większego wpływu.

A nie zasłużyliśmy na to? W czasie pracy bywamy dość niesubordynowani i beztroscy – serfujemy po internecie, dzwonimy do znajomych i rodziny…
To prawda, ale warto pamiętać, że im bardziej się nas kontroluje, tym bardziej szukamy sposobu, by się tej kontroli przeciwstawić – niekoniecznie racjonalnie. W Polsce można to trochę tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi. Poza tym kontrola powoduje, że bunt i niechęć do pracodawcy narastają. Fajny, zgrany zespół zrozumie, dlaczego są wprowadzane ograniczenia, ale jeśli ekipa jest liczna, pracująca do tej pory w innych warunkach, zacznie się buntować. W efekcie szef wraca do punktu wyjścia: choć firma jest pełna ludzi, nie ma chętnych do pracy, nie ma się na kim oprzeć. Powinien wtedy postawić sobie pytanie: „Czy rzeczywiście chcę mieć pod sobą rzeszę bezwolnych robotów?”. Szef musi pamiętać, że kiedy robot się zużyje, trzeba będzie włożyć sporo pieniędzy w jego serwisowanie lub wymianę części. A jak nastąpi awaria kilku robotów naraz, będzie jeszcze większy kłopot, bo inne roboty zrobią tylko tyle, ile muszą, nic więcej.

Z jednej strony jesteśmy bardziej kontrolowani z drugiej dostajemy polecenia, których wykonanie albo sposób ich realizacji nie zgadza się z naszym systemem wartości. Chcemy powiedzieć „nie”, lecz boimy się utraty pracy.
Zawsze możemy powiedzieć „nie”. Ale nie wystarczy: „nie, bo nie” – musimy zaproponować inne rozwiązanie. Sposób wykonania zadania nie jest dla pracodawcy tak ważny, jak efekty. Jeśli przedstawimy mu własną koncepcję, powinien się zgodzić. Bo szefom w gruncie rzeczy też zależy na tym, by pracownicy mieli o firmie dobre zdanie. Tym bardziej, że w dobie internetu czarny PR rozchodzi się błyskawicznie.

A jeśli szef despota w żaden sposób nie jest otwarty na dyskusję? Zdarzają się przecież i tacy…
Wówczas są dwa wyjścia: albo mimo to ryzykujemy rozmowę, albo godzimy się z sytuacją – ale już świadomie. Bo chociaż firma jest nie najlepiej zarządzana, to sama praca może być dla nas interesująca, dobrze płatna, rozwijająca... Najważniejsze, żeby mieć punkt odniesienia, dokładnie rozumieć, co tu robimy i dlaczego się na to godzimy.

Jeśli z powodu szefa cierpi cały zespół, może warto wyznaczyć rzecznika praw pracownika?
Świetny pomysł. Najlepiej, gdyby to była osoba, która ma z szefem dobry kontakt i mocną pozycję w firmie. Niech idzie w naszym imieniu z kilkoma gotowymi rozwiązaniami, żeby szef miał z czego wybierać. W ten sposób unikamy roszczeniowej postawy i sprawiamy wrażenie solidnych pracowników, którzy przemyśleli problem i dobro firmy naprawdę leży im na sercu.

A jeśli w rażący sposób ograniczana jest w zespole tylko nasza wolność? Czy wtedy też warto pokusić się o rozmowę z szefem?
Jak najbardziej. I również wszystko z góry przemyśleć, przygotować. Przede wszystkim wyciszyć emocje, żeby się nie rozpłakać, bo to może wzbudzić różne reakcje, włącznie z oskarżeniem o próbę manipulacji. Mówiąc o problemie, trzeba przenieść ciężar z tego, jak ja się z tym czuję, na to, jak się to przekłada na efektywność mojej pracy. Możemy wcześniej spisać sobie argumenty na kartce, żeby podczas rozmowy nie pogubić się czy nie odpłynąć w dygresjach. Tylko obustronny szacunek pozwoli nam na budowanie wolności w taki sposób, aby nie godziła w niczyje uczucia i interesy.

Kto może nam pomóc w walce o zachowanie wolności i godności w miejscu pracy?
Może nas wesprzeć wiele instytucji pozarządowych, np. Centrum Praw Kobiet czy Fundacja Promocji Kobiet. Przy uniwersytetach działają prawnicy udzielający bezpłatnych porad.

A co, jeśli nasza wolność do bycia sobą ograniczana jest nie przez szefa, ale przez współpracowników? Na Zachodzie, zawierając umowę o pracę, podpisuje się jeszcze jeden dokument – zobowiązanie do niedyskryminowania współpracowników ze względu na orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie czy wyznawane poglądy.
W Polsce to nie jest tylko problem pracy. Nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne w stosunku do żadnej inności. To efekt braku edukacji i dobrego przykładu ze strony osób mających olbrzymi wpływ na nasz światopogląd – polityków, ludzi mediów... Dlaczego mielibyśmy być wolni w pracy, jeśli nie jesteśmy gdzie indziej? Przyznawanie się do bycia innym jest u nas politycznie niepoprawne. Z drugiej strony, konieczność udawania od 9 rano do 17 kogoś, kim się nie jest, może być nie do zniesienia. Problem rodzi się też, gdy „ujawnimy się” i spotkamy z ostracyzmem współpracowników, a także szefa, który zamiast nas chronić, przyłącza się do zespołu. To olbrzymi bagaż do udźwignięcia. Jeśli więc chcemy zachować godność i szacunek dla samego siebie, ale też otoczenia, jedynym wyjściem jest zmiana pracy.