1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy w waszym związku rządzą stereotypy?

Czy w waszym związku rządzą stereotypy?

Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Jaki powinien być dobry związek? Na ten temat wciąż istnieje mnóstwo stereotypów. Rozmawiamy z psychoterapeutą Michałem Dudą. 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego chyba widać, że na temat relacji posiadamy pewną wiedzę, która nam szkodzi. Są to stereotypy.
Stereotypy należą do sfery mitu. To taki mit uproszczony, spłaszczony. Z pewnością nie należy brać stereotypów dosłownie, ale nie znaczy to, że nie ma w nich ziarna prawdy. Niestety, często stereotypy stają się narzędziem manipulacji. Wspierają uprzedzenia, interesy jednej ze stron. Pozwalają wymagać rozwoju lub zmiany od kogoś, unikając spojrzenia na siebie. Jest mnóstwo przekonań na temat relacji, według których ludzie żyją, uważają za normę i stosują wobec siebie, a częściej wobec innych. Myślę, że stereotypy są wygodne. Podtrzymują ten wzorzec relacji, którego chcemy i szukamy. Popierają naszą wizję relacji, związek ma przecież spełniać oczekiwania. Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.

Mamy na ten temat sztywne przekonania, utarte schematy.
Tak. Jest na przykład bardzo utarty schemat myślowy, że w związku mężczyzna nie może mieć zbyt silnej relacji z matką, tylko raczej z żoną. Świetny stereotyp. Zresztą moim zdaniem to całkiem mądry pomysł. Problem polega na tym, że w drugą stronę on już nie jest taki oczywisty – to znaczy, że kobieta nie powinna mieć zbyt silnej relacji z ojcem, tylko powinna być raczej z mężem.

Rzeczywiście, na to się mniej zwraca uwagę.
No właśnie. Dlatego mówię o wybiórczym stosowaniu, bo drugi pogląd jest równie słuszny. Przekonanie o złym wpływie zbyt bliskich relacji z rodzicem na związek z partnerem sprawdza się w obu przypadkach. Jednak najczęściej nie zajmujemy się stereotypem na własny temat. Zazwyczaj jest tak, że kobieta intensywnie reaguje i mocno pilnuje, żeby jej mężczyzna za blisko z mamusią nie był i jednocześnie chroni, pielęgnuje swój związek z ojcem lub matką.

I pojawiają się kłopoty, bo mężczyzna nagle znajduje się w trudnej sytuacji między dwiema ważnymi dla siebie kobietami.
Tak, są duże oczekiwania. Oczywiście, on ma tutaj swoje do zrobienia i to dla niego jest dobre, żeby się od tej mamusi jednak oderwać i zacząć tworzyć związek ze swoją żoną. Ciśnienie, jakie jest tworzone wokół tego przez żonę, może mieć dwa podłoża. Jedno takie – chcę mieć męża i z nim być, i razem tworzyć rodzinę. I drugie – chcę mojego męża dołączyć do rodziny mojego taty. Chcę go wcielić w szeregi rodziny, którą tata zarządza, ja jestem jego oczkiem w głowie, matka jest trochę na marginesie, a mój mąż ma się w tym wszystkim jakoś znaleźć. Ta motywacja, żeby wyrwać męża z rodziny pochodzenia, mniej służy relacji. Jeśli kobieta działa z tego miejsca, mąż temu jakoś mniej ufa.

Inaczej to wygląda, jeśli przyjęta zostaje postawa – ok, rozstałam się ze swoim gniazdem, chciałabym żebyś ty też się rozstał ze swoim i żebyśmy stworzyli razem nasze gniazdo. Wtedy nie mamy do czynienia z podstępem, żeby go wcielić do swojej rzeczywistości. Wtedy też mężczyzna inaczej to czuje i inaczej reaguje. Podobnie jest w drugą stronę, kiedy chłopak chce, żeby jego dziewczyna dołączyła do jego mamy. To są dosyć powszechne przekonania, zwłaszcza w początkowych fazach bycia w związku czy małżeństwa. Dochodzi wówczas do konfliktów wokół tego, u kogo spędzamy święta, dokąd jedziemy na wakacje. A jest to związane z nową tożsamością rodziny, która musi się określić.

Kiedy się rozwijamy i zmieniamy, zaczynają nas interesować inne relacje. Wiąże się to z tym, że często trzeba się rozstać. A rozstania są trudne, bo stereotypowo postrzegane są jako zło.
Jest sporo przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle łatwiej się rozstawać z tym, co było złe, trochę trudniej z tym, co było dobre. Łatwo jest powiedzieć – mam dosyć tego i tego, i z ulgą to złe pozostawić, wychodząc z relacji. Później okazuje się, że już nigdy nie pójdziemy nad morze na spacer, nie będziemy trzymać się za ręce albo już nigdy nikt nie będzie tak na mnie patrzył i że tego nam brakuje. Zwykle jak się ludzie rozstają, szybko przechodzą przez fazę numer jeden, a kiedy zaczyna się faza numer dwa, zaczynają się też problemy: wahania, tęsknoty, powroty, znowu rozstania… sprawa rozciąga się w czasie. Trudna jest też kwestia wzięcia odpowiedzialności za rozstanie. Chętnie delegujemy ją na drugą stronę. Możemy „z bólem” zaproponować rozstanie, ale zazwyczaj uważamy, że nie jest to z naszej winy. Są też ludzie, którzy biorą wszystko na siebie, zrzekają się wspólnych dóbr, bo chcą mieć kontrolę nad tym procesem i nie chcą być odrzuceni. Myślę jednak, że po wszystkim, jak się nad tym zastanawiają, czują, że zostali skrzywdzeni.

Po co jest nam ta wina przy rozstaniach?
Temat winy jest jakoś nieodłączny, gdy myślimy o rozstaniu. O ile lubimy, żeby związek powstał troszeczkę z woli bożej, o tyle rozstania zwykle same się nie stają. Ktoś coś musiał popsuć, żeby to przestało funkcjonować. Rzadko ludzie mówią – było, skończyło się i ja się z tym godzę. Częściej albo sami poczuwają się do winy, albo myślą, że ta druga osoba nie spełniła oczekiwań, albo robiła coś, co jest przeciwko tej relacji. Kwestia ta jest dokładnie „wałkowana” z przyjaciółmi, widać to także przy sprawach rozwodowych.

Wina jest nam potrzebna, żeby się rozstać.
Rozstawanie się nie ma dobrego public relations. Zawsze zakończenie związku jest dużym przeżyciem. Trzeba je jakoś uzasadnić, jakoś sobie wytłumaczyć. Stereotyp winy bardzo się tu przydaje, bo upraszcza sprawę i daje prostą, wygodną i wiarygodną odpowiedź – zamiast zrozumienia i świadomości co się właściwie stało.

Jak to wszystko uprościć? Z jednej strony nasz wewnętrzny rozwój popycha nas do innych relacji, a z drugiej – są przecież ludzie, którzy żyją w jednym związku przez dziesięciolecia. Czy oni są stworzeni do monogamii, czy oni tak żyją, bo rozstanie jest dla nich zbyt trudne?
Myślę, że ten temat wykracza poza psychologię, dotyczy pewnego rodzaju wzorców społecznych, kulturowych, religijnych. Rozstanie nie jest tylko indywidualną, osobistą decyzją, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwa. Zawiera się je publicznie, w kontekście społecznym i tak też się je kończy. W zależności, w jakim kręgu kulturowym żyjemy, rozstanie jest mniej lub bardziej możliwe. Małżeństwo związane jest z wizją rodziny, ze społeczną funkcją, jaką ona pełni. Z tego miejsca nie ma akceptacji dla łatwego zmieniania partnerów. Są uzasadnienia społeczne, ale są też i psychiczne. Jeśli na przykład w związek z mężczyzną kobieta ucieka przed dominującą matką, to od tego faceta łatwo nie odejdzie. Z takiego związku trudno wyjść, bo zanim to nastąpi coś innego musi przejąć funkcję buforu, ochrony przed matką albo musi zniknąć źródło dyskomfortu czy zagrożenia. Oczywiście można też rozwiązać realną relację z rodzicem, a to zwykle wydaje się wielu ludziom ponad ich siły, chociaż nie jest niemożliwe.

Dlaczego rozstania cały czas są „złe”?
Rozwód był „zły” do lat 60-tych, potem zaczęło się to chwiać, a teraz co druga para się rozwodzi, robi się to normalniejsze. Kultura rozwija się w taką stronę, że jest mniejsze ciśnienie społeczne dookoła rozwodów. Ich ilość wskazuje nie tylko na kondycję relacji i rodziny ale też na to, że ludzie czasem mają po prostu potrzebę, żeby się rozstać, nie przejmując się tak bardzo stereotypem. Często rozstanie jest ucieczką, szantażem, manipulacją, ale czasem jest to najlepsza rzecz jaka może spotkać związek i partnerów, którzy go tworzą.

Kolejnym stereotypem relacyjnym jest monogamia rozumiana jako jeden związek na całe życie. A przecież są ludzie, którzy potrzebują ich więcej.
Związki mają różne funkcje, stąd różne potrzeby, formy i preferencje. Współcześnie różnorodne rozwiązania są coraz bardziej akceptowane społecznie. Choć cały czas jest spora i bolesna przestrzeń braku akceptacji, opartego na stereotypach, dotyczących tego, jaki jest właściwy związek i kto z kim może go tworzyć – na przykład ze względu na orientację seksualną, różnice wieku, religijne, rasowe, klasowe. Mimo zmian społecznych, idea związku na całe życie dla bardzo wielu osób cały czas pozostaje aktualna. Wracając do wzorców, to po rozpadzie związku, który w założeniu miał być na całe życie, ktoś nadal może poszukiwać partnera, który będzie mu odpowiadał i nadal może mieć założenie, że z nim zostanie. Może też mieć pomysł, że nie zamierza w żadnym związku pozostać i uznać, że rozstanie jest normalną częścią życia. Są ludzie, dla których związki się zmieniają, są w ruchu. Relacja jest dla nich jak buddyjska mandala, czyli – „do rzeki z nią!”. Są również tacy, którzy w ogóle nie chcą być w związkach. Zapewniają sobie kontakty seksualne, jakoś dbają, żeby nie czuli się samotni, ale to nie znaczy, że chcą coś tworzyć razem. Mają inne priorytety.

Może warto rozpoznawać, co jest dla nas dobre?
Na pewno warto, ale trzeba pamiętać, że to jest podejście indywidualistyczne. Na związki można też patrzeć jako na całość. Istnieje przecież jakieś „my”, nie tylko „ja” i „ty”. To „my” ma historię i może się rozwijać. To jest inna filozofia patrzenia na te sprawy. Jestem w związku i zmieniam się razem z nim, ale to związek jest nadrzędną wartością. On jako całość może chcieć być inny niż indywidualne „ja” osób, które go tworzą. Czasem coś większego od nas woła, byśmy się połączyli. Ludzie wtedy idą bardziej za tym, czego potrzebuje związek. Niektórzy częściej mówią „my” niż „ja”. Czasem myślimy w ten sposób. My jesteśmy otwarci, a Kowalscy są inni, tacy sztywni. Albo czujemy, że jakiś dom, rodzina mają swój nastrój, ciepło albo chłód, swobodę albo reguły, wsparcie lub wymagania. Te wyczuwane jakości, to jest właśnie duch całości, wspólnoty. Wypadkowa cech, osób, które tworzą ten dom.

Panuje przekonanie, że jeżeli ja się zmienię, ta druga osoba i związek także przejdą metamorfozę. Jest taka możliwość, że partner powie „veto” na mój rozwój i chęć zmiany?
To nie jest tak, że jak ja się bardzo postaram, to zmienię całość i uzyskam to, czego chcę. To by było całkiem sprytne. Można byłoby trochę manipulować tą sytuacją. Tymczasem druga osoba wcale nie musi reagować na nasze zmiany. Co więcej, może reagować inaczej niż byśmy chcieli. Oczywiście, jeśli rzeczywiście się zmieniamy, prędzej czy później zostanie to zauważone przez drugą stronę. Partner może to polubić, ale może zacząć się trochę tego bać. Na ogół musi się do tego odnieść, bo nie jest już tak samo, jak było. Chyba, że nie zauważy zmiany. Część osób zamiast docenić rozwój partnera, oskarża go – nie tak miało być. Dla mnie ważniejsze jest, żeby relacja spełniała istotne dla mnie funkcje. Jeśli chcesz się zmieniać, to trudno, poszukam sobie kogoś innego, kogoś kto te funkcje wypełni.

Mam wrażenie, że w bliskich relacjach stereotypowo wiele oczekujemy. On ma zarabiać na dom, a ona gotować. Od innych osób tego jakoś nie wymagamy.
Wiele osób myli związek z opieką, zapewnianiem potrzeb, spełnianiem oczekiwań. To się wiąże z poczuciem bezpieczeństwa i kontroli. Z jednej strony mamy, oczywiście, różne preferencje – po prostu mam prawo czegoś chcieć lub nie, coś lubić, a czegoś nie. Z drugiej – jeśli aż tak bardzo czegoś chcę, że tak być musi, a jak nie, to jestem nieszczęśliwy, wpadam w złość, siada mi nastrój i łapię depresję… wtedy najczęściej nie chodzi tu o konkretne zachowania partnera. Bardziej o naszą interpretację tych zachowań, o nasz lęk oraz pragnienia, które są w tle. Powołując się na podany przykład – jeśli on pozwala mi rozmawiać godzinami przez telefon, to znaczy że mnie kocha i rozumie. Takiego męża chcę mieć, ponieważ do tej pory nikt mnie nie kochał i nie rozumiał albo przeciwnie – wszyscy mnie kochali i rozumieli, więc nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby mi na coś nie pozwalano. Mogło mi czegoś brakować w domu rodzinnym i teraz pilnuję, by ten brak zniwelować w moim związku lub pewne zachowania kojarzę z domem i dzięki nim czuję się jak w domu, czuję że mam dom. Kiedy ich brakuje, to wydaję mi się, że ten dom tracę, a wraz z nim tracę jakąś część siebie i czuję lęk oraz samotność. W tym kontekście oczekiwania czasem robią się nieco obsesyjne. Jak się nad tym zastanowić obiektywnie, z dorosłego punktu widzenia, to sama sprawa zwykle nie jest warta tych emocji i energii, którą się w nią wkłada. Stoją za nią inne powody. Jakie? To dobre pytanie, które warto sobie zadać. Czemu właściwie tak bardzo mi na tym zależy? Odpowiedzi warto szukać w uczuciach, nie tylko myśleć o przyczynach.

Czyli za moim oczekiwaniem stoi jakiś mój problem?
Jeśli bardzo mi na czymś zależy i mam silne emocje – może tak być. W konfliktach wokół oczekiwań przydają się nam stereotypy – one mówią jak powinno być. Zamiast do swoich uczuć i pragnień, odwołujemy się wówczas do słuszności społeczno-moralnej – jak to jest możliwe, żebyś mi nie ugotowała obiadu! A przecież kiedy krzyczymy „MUSISZ!”, stoją za tym niewyrażone uczucia. Gdyby facet, który wykrzykuje takie rzeczy, miał świadomość swojej historii i zdolność dzielenia się uczuciami w relacji, mógłby powiedzieć – jak tego nie robisz, to się boję, czuję się gorszy, odrzucony, zagrożony. To budzi historie z innej czasoprzestrzeni – kiedyś ciągle czułem się odrzucony i czuję to nadal, oczekuję od ciebie, że ty to zmienisz! To, oczywiście, nie jest na dłuższą metę możliwe. Stereotyp ma uprawomocnić jego potrzeby i uczucia, do których sam nie daje sobie prawa, a czasem nawet o nich świadomie nie wie. Rozmowa o tym między partnerami może pomóc.

Jaki jeszcze stereotyp relacyjny jest powszechny?
Dotyczący wierności. Jest jednym z mocniejszych stereotypów. Funkcjonuje założenie, że trzeba być wiernym, że jest to dobre i właściwe. Jak się tego chce, to fajnie. Jak się musi, to już jest gorzej. Znów, nie o to chodzi, żeby się stosować albo nie stosować do stereotypu. Ważne, żeby to było coś, o czym można rozmawiać. To, jak będzie, zależy od ludzi, którzy są razem i podejmują swoje decyzje. Stereotypu wierności często się używa, żeby pokazać swoje reguły i zasady. Ten stereotyp doskonale nadaje się do tego, żeby nieść go na sztandarach swojej wizji relacji i daje poczucie pewności, słuszności i wyższości moralnej. Prawdziwa wierność lub jej brak jest obszarem tabu. Wierność jest często wyłącznie wersją oficjalną. Mówią o tym statystyki. To bardzo delikatny temat, zwykle wyzwalający duże emocje, dla wielu osób bardzo bolesny i dlatego często pozostaje on poza sferą świadomości. Już samo poruszenie go wywołuje spory niepokój, a potem jest już tylko gorzej. W niektórych momentach rozmowa o wierności jednak staje się konieczna. Nie jestem zwolennikiem codziennego omawiania tej kwestii – są ludzie, którzy potrafią zamęczać takimi rozmowami – ale pojawiają się takie momenty w relacjach, kiedy ta sprawa jest istotna i trzeba ją poruszyć. Nierozmawianie o tym jest dość powszechną praktyką i zazwyczaj działa na szkodę relacji, rozdziela parę.

Jak postępować z relacyjnymi stereotypami? Może warto badać, jakie mamy dookoła nich uczucia?
Tak mi się wydaje. Warto też o nich dyskutować. Warto mieć świadomość, że większość z nich traktowana dosłownie jest po prostu nieprawdziwa. Dużo par żyje na przykład według stereotypu, że trzeba wobec innych zawsze stać po stronie partnera albo zawsze należy starać się być dla siebie miłym. Uleganie takim stereotypom jest często destrukcyjne dla związku. Sprawia, że w którymś momencie relacja traci siły witalne, robi się sztuczna i niedorosła, zastąpiona dziecięcymi potrzebami, które ta druga osoba bezwzględnie ma spełniać. Pamiętajmy, że stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania – bo tak jest i tak się robi. Żona musi zgadzać się z mężem! A mąż z żoną? Już niekoniecznie. To tak, jakbyśmy woleli pokonać partnera, zmusić, powołać się na jakąś wyższą instancję, której należy się podporządkować, zamiast pytać siebie nawzajem, uzgadniać, prosić, tworzyć związek razem.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.

  1. Psychologia

Jakie cechy, według nas, są najważniejsze w związku?

Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Kiedy przeglądam czasami profile na portalach randkowych, aby zorientować się w waszych oczekiwaniach, stwierdzam, że bardzo często jako pożądaną i ważną cechę u partnera wymieniacie poczucie humoru. To oczywiste. Poczucie humoru to umiejętność zażartowania z niezręcznej sytuacji, sympatyczny uśmiech, rozładowujący napięcie z powodu gafy lub nieoczekiwanej ciszy, dystans do własnej osoby...

Czas spędzany z osobą traktującą życie aż nazbyt serio, pozbawioną owej lekkości bytu, która pozwala obrócić wszystko w żart, to dla odmiany randkowy koszmar numer jeden. Jednak okazuje się, że gdy myślimy o poważnym związku, samo pogodne usposobienie nie wystarczy.

Poczucie humoru w nadmiarze

- Kiedy poznałam Jacka – opowiada Mirella, 34-letnia specjalistka HR – byłam nim zauroczona. Poznaliśmy się przez internet. Na pierwszą randkę poszłam z wieloma obawami, ale Jacek okazał się wesołym kompanem, bezproblemowym i miłym facetem. W dodatku całkiem przystojnym. Pierwsze lody szybko stopniały, bo żartował i sprawił, że świetnie się bawiłam. Akurat zbliżały się wakacje, dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, więc większość wieczorów spędzaliśmy wspólnie i pamiętam, że nie raz śmiałam się do łez. Kiedy zapoznałam go ze znajomymi, zrobił na nich bardzo dobre wrażenie. Pomyślałam, że z kimś takim życie jest lepsze, bo pełne pozytywnych emocji. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem i niestety, już nie jestem taka pewna, że chcę z nim być. Czy się zmienił? Nie! Jest taki, jaki był wcześniej. Przylepia zabawne liściki na lodówce, kiedy się mijamy. Nadal mnie rozśmiesza i ma zawsze dowcipny komentarz do sytuacji, które dla kogoś innego byłyby irytujące.

O co więc chodzi? O to, że poza poczuciem humoru, nie ma w nim tego wszystkiego, czego potrzebuję. Kiedy chcę porozmawiać o naszej przyszłości, Jacek mówi coś zabawnego. Kiedy potrzebuję się wyżalić, robi śmieszną minę i tym podobne. Mam wrażenie, że to jego sposób na życie. Podchodzi do życia lekko, a ja czasem potrzebuję zmienić klimat i poczuć, że jesteśmy razem na serio – kończy Mirella.

Jakie cechy są ważne w partnerstwie?

Myślę, że poczucie humoru to znakomity kapitał na pierwszą randkę, początek związku, a także na jego kontynuację. Jednak we wspólnym życiu cenimy te cechy partnera, które pozwalają nam czuć się bezpiecznie, być sobą i mieć poczucie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani.

Oto cechy, które przeważają w rozmaitych sondach na temat relacji. Ja starałam się na ten temat bardzo często rozmawiać z osobami, z którymi pracuję nad jakością związków.

Odpowiedzialność – ponieważ dzięki niej ciężar najróżniejszych życiowych obowiązków rozkłada się symetrycznie. Nie ma nic gorszego niż poczucie, że na nas spoczywa cały ciężar wspólnej egzystencji.

Opiekuńczość – miło jest wiedzieć, że jest ktoś, kto choć nie jest naszym rodzicem, chce się nami opiekować i myśli o nas.

Pracowitość – życie większości z nas wypełnione jest obowiązkami. Dbałość o wspólny dom, ogród, samochód, do tego praca zawodowa… Ta codzienność nie jest niczym uciążliwym, jeśli dbamy o nią wspólnie. Jednak partner, który zrzuca na nas prace, których nie chce mu się samemu wykonać, to niezbyt pociągająca perspektywa.

Wyrażanie uczucia – nie musi mówić „kocham" siedem razy dziennie. Szczerość uczucia objawia się wzięciem za rękę na spacerze, spojrzeniem, przytuleniem, czułym przezwiskiem… Jest też mnóstwo innych możliwości. Partner, który nie mówi i nie wyraża swojej miłości (choć niewykluczone, że kocha głęboko) pozbawia nas wielkiej, emocjonalnej przyjemności.

Zaradność życiowa – nie chodzi o nic szczególnego… ot, wyszukanie dobrej i niedrogiej oferty wakacyjnej nad morzem, aktywność w sytuacji, gdy trzeba zmienić koło w samochodzie, zrobić mały remont, zasilić rodzinny budżet. Parter, który nie załamuje rąk, tylko działa, ma dobre notowania.

Wrażliwość, empatia – chodzi nie tylko o te cechy w naszej relacji, ale także o stosunek do ludzi, zwierząt, przyrody. Tę cechę także cenimy wysoko u partnerów.

Inteligencja – co ciekawe, nie chodzi tu o wykształcenie, bo ono plasuje się na niższej pozycji, tylko o zdolność pojmowania, mądrego reagowania, właściwego oceniania oraz również o inteligencję emocjonalną.

Otwartość emocjonalna – czyli z kolei dzielenie się z partnerem rozmaitymi uczuciami. Gdy tego nie robimy, zwykle towarzysząca nam osoba czuje się odsunięta i między nami powstaje mur.

Atrakcyjność seksualna – bez tego nasz związek nie byłby przecież pełny. Nie znajduje się na najwyższej pozycji w rankingu, ale jest to bardzo ważny element relacji i warto o niego zadbać.

To cały czas dopiero początek listy. Może dopiszecie do niej cechy partnera, które wy uważacie za najważniejsze?

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.