1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seks rodziców – jak się zachować, gdy dziecko wejdzie do sypialni?

Zdarza się, że dzieci wpadają do sypialni rodziców w najmniej odpowiednim momencie i widzą jak rodzice uprawiają seks. Co zrobić, co powiedzieć, gdy zostaniemy „nakryci” przez dziecko? Jak ono postrzega seks rodziców? (fot. iStock)
Zdarza się, że dzieci wpadają do sypialni rodziców w najmniej odpowiednim momencie i widzą jak rodzice uprawiają seks. Co zrobić, co powiedzieć, gdy zostaniemy „nakryci” przez dziecko? Jak ono postrzega seks rodziców? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jesteście sami w sypialni, kochacie się. Byliście pewni, że drzwi są zamknięte. Nagle na progu staje wasze dziecko, przeciera zaspane oczka i patrzy na was, nic nie rozumiejąc albo właśnie wszystko rozumiejąc. I co teraz? Czy to jest problem? Kto bardziej odchoruje takie sytuacje?

Najlepiej, żeby tak się nie zdarzyło, bo to bardzo obciąża… rodziców. Mamy ogromne poczucie winy, gdy narazimy nasze dziecko na widok nas uprawiających seks. I słusznie. Oglądanie innych (zwłaszcza ludzi, których znamy) w tak intymnej sytuacji wywołuje silne emocje. Czy to jednak rzeczywiście taki wielki problem dla dziecka? Dla malucha — żaden, a dla starszego — też niewielki, o ile wie o istnieniu seksu, dostał od nas informację, że to naturalne i nie jest to jego pierwsze zetknięcie z tematyką prokreacji.

Oczywiście dla naszego komfortu warto zadbać o to, żeby nikt nas nie nakrył w tak intymnej sytuacji. Sypialnia musi mieć zamek, dziecko lepiej, żeby nie było obecne w domu…

Skupmy się zatem na psychologicznym aspekcie postrzegania uprawiających seks rodziców.

Co komunikować?

Jeśli ty sama nakryłaś kiedyś rodziców — słyszałaś ich, znalazłaś opakowanie po prezerwatywach — to masz związane z tym wspomnienia i one rzutują na to, jak wydaje ci się, że wszystkie dzieci widzą tę sytuację. Tymczasem seks rodziców postrzega się bardzo źle, z odrazą i obrzydzeniem, wtedy, gdy się ich nie lubi, gdy rodzice nie są dobrą parą.

Każde dziecko chce postrzegać swoich rodziców jako ikony i z tym wyidealizowanym obrazem kłóci mu się uprawianie seksu. Można to jednak zmienić.

Przytulajcie się, całujcie, obejmujecie przy dziecku. Niech widzi więź między wami, niech nauczy się postrzegać was jako jedność, niech będzie dla niego naturalne, że jesteście bardzo blisko.

Starszemu dziecku można wyraźnie mówić: „Czasem chcemy być sami”. To w końcu wasze święte prawo. „A co będziecie robić?” — takiego pytania należy się spodziewać. Dziecko chce wiedzieć, czy nie ominie go nic fajnego. „Będziemy się całować i przytulać” — dokładnie tak trzeba dzieciom odpowiadać. Jeśli sami nie zrobicie problemu z tego że uprawcie seks — nie będzie go.

Jak reagować?

Warto przemyśleć zawczasu swoją reakcję. Małe dziecko w pierwszym momencie może się w ogóle nie zorientować, czym się zajmujecie. Niech wasza rekcja nie da mu jasnej wskazówki, że robiliście coś złego i wstydliwego. Nie zachowujcie się jak nakryci na grzechu. Jeśli jednak czujecie, że seks to coś niewłaściwego, wstydliwego i odmawiacie sobie prawa do przyjemności z niego płynących, wasza reakcje będzie odpowiadać waszym poglądom.

Co widzi dziecko?

Kiedy maluch wchodzi do waszej sypialni, nie nazywa sytuacji w sposób konkretny: „Moi rodzice uprawiają seks”. Ono widzi rodziców w dziwnej pozie, nagich. Jest tylko zdziwione, a nie przerażone czy przestraszone.

Co ono myśli? Seks z boku często wygląda jak przemoc i w pierwszej chwili dziecko zobaczy coś, co je lekko zaniepokoi. Jeśli uśmiechniecie się, zareagujecie spokojnie, niepokój natychmiast zniknie.

Co dziecko zrobi z pamięcią o tym wydarzeniu? To będzie zależało od trzech czynników: jego wieku, stylu waszej reakcji i tego, jaka jest jakość waszego związku. Najgorsza sytuacja to taka, gdy nakrywa was starsze dziecko (powyżej dziesiątego roku życia), z którym nigdy o seksie nie rozmawialiście, a wy wpadacie w panikę, bo dziecko obserwuje was na co dzień w sytuacji nielubienia się i seks jest dla niego jakimś zgrzytem w waszych relacjach.

Jakie pytanie może dziecko zadać w tym momencie? „Co robicie?”. Wasza odpowiedź: „Przytulamy się”. „Dlaczego tak jęczysz?” Wasza odpowiedź: „A, tak sobie”. To wystarczająca, naturalna odpowiedź. Trzeba własne dzieci traktować poważnie. Nie należy ich okłamywać, ale oczywiście nie ma potrzeby mówić maluchowi: „Uprawiamy seks”, bo jutro powie o tym wszystkim paniom w przedszkolu.

Jeśli rano dziecko nie wróci do tego tematu, sami też tego nie róbmy. Błędem jest wmawianie mu, że coś mu się wydawało, że mu się tylko przyśniło. Stracimy wiarygodność, ośmieszymy się tylko w jego oczach.

Reakcje zabronione

Wrzask: „Wyjdź! Jak tu wszedłeś! Idź do siebie!”

Nie wyrzucajcie dziecka, bo ono właśnie teraz potrzebuje waszej bliskości. Niestety, z seksu nici — trzeba dziecko przytulić i dać mu zasnąć w waszych ramionach.

Dla starszego dziecka ważne są wasze poglądy na seks. Jeśli powie coś w rodzaju: „To obrzydliwe, co robiliście”, należy zaprzeczyć. „Nieprawda. Nie masz racji”. I tyle.

Ewa Nowak: pedagog - terapeuta. Autorka felietonów, opowiadań oraz powieści dla dzieci i młodzieży. Jej twórczość podpowiada jak sobie radzić w domu i w szkole, w dobrych i złych chwilach, z przyjaciółmi i z rodzicami. 

  1. Psychologia

Między poczuciem krzywdy a poczuciem winy. Jak na starość zorganizować opiekę rodzicom?

Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„Czcij ojca swego i matkę swoją”. Wychowanym na tym przykazaniu nie trzeba tłumaczyć, że rodzice na starość wymagają troski, opieki, cierpliwości... Ale dobrze pomóc rodzicom mogą tylko dorośli, nie dzieci.

Ewa ma 37 lat i narzeczonego, z którym od kilku lat nie może wziąć ślubu. Najpierw zachorowała mama. Ewa mieszkała już z narzeczonym, ale wtedy wróciła do domu, by się nią opiekować. Szpital, dom, szpital… rak posuwał się szybko mimo leczenia. Narzeczony rozumiał sytuację, próbował pomagać, ale Ewa nie oczekiwała pomocy, sama sobie ze wszystkim radziła, nawet płakać wolała sama niż na jego ramieniu. Mama umarła i znów mogliby zamieszkać razem, ale Ewa nie chciała zostawić ojca. Po śmierci mamy czuł się samotny i zagubiony, postanowiła z nim trochę pomieszkać, póki nie dojdzie do siebie. Nie doszedł, bo miał wylew. Znów szpital, rehabilitacja. Teraz jest już lepiej, ale ojciec z trudem się porusza, nic sam nie zrobi, zresztą nigdy nie umiał, więc Ewa cały czas się nim zajmuje. Już jako kilkulatka doprowadzała go do domu, gdy był pijany, kładła do łóżka, teraz znów może się nim opiekować.

Z pracy pędzi prosto do domu, robi obiad, gra z ojcem w różne gry, bo trzeba pobudzać jego umysł. Z narzeczonym widuje się rzadko, bo ojciec nie lubi jego wizyt. Za to lubi być razem z Ewą. „Moja córeczka” – mówi do niej, gdy jest zadowolony. Gdy ma gorszy nastrój, złości się, że zostawia go na tyle godzin, więc Ewa pędzi jeszcze szybciej z pracy do domu i stara się jak najmniej wychodzić. W ciągu dnia ojciec często do niej dzwoni, Ewa się denerwuje, bo w pracy powinna pracować, ale zawsze odbiera telefon i cierpliwie rozmawia z ojcem. Chce, żeby czuł się zaopiekowany, przecież to jego ostatnie lata. Czy w opiece nad ojcem nie mogłaby jej pomóc trzydziestoletnia siostra, która blisko mieszka? Niestety. Siostra co prawda nie pracuje zawodowo, ale ma dwoje małych dzieci, nie ma czasu zajmować się ojcem. Może chociaż mógłby do niej dzwonić, gdy Ewa jest w pracy? Tak byłoby lepiej, ale jak o tym powiedzieć, żeby nie było mu przykro?

Grzeczna córeczka

A jak Ewa czuje się w tej sytuacji? Jest ciągle zmęczona, rano nie ma siły wstać z łóżka, często płacze, boi się, że po mamie odziedziczyła depresję. Ma poczucie krzywdy, zadaje sobie pytanie: „czemu ją to spotyka?”. Niedawno śmierć mamy, teraz choroba ojca, która może potrwać wiele lat, własne życie musi odkładać na później, a czy później nie będzie za późno?

Jak długo w tej sytuacji wytrzyma jej narzeczony? Ostatnio sam wyjechał na wakacje, bo Ewa jak zwykle nie mogła. A gdyby przestała tak intensywnie zajmować się ojcem, który pławi się w jej opiece jak pączek w maśle? Na samą myśl ma poczucie winy. Ojciec jest taki szczęśliwy, gdy ona jest w domu. Z zapałem opowiada jej o swoich dolegliwościach, które daje się znieść tylko w jej obecności.

Najlepiej oczywiście by było, gdyby opieką nad ojcem udało jej się podzielić z siostrą lub innymi członkami rodziny. W niektórych rodzinach to się zdarza, ale rzadko. Częściej jedno z dzieci przejmuje odpowiedzialność za sytuację i ugina się pod jej ciężarem. Z góry można przewidzieć, kto to będzie.

Ewa zawsze starała się spełniać oczekiwania innych ludzi. Rodziców, nauczycieli, koleżanek, szefa. Wszyscy doceniali jej poczucie odpowiedzialności, chyba nigdy nikogo nie zawiodła, choć często czuła się wykorzystywana. Dziś zamknięta w pułapce między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak zwykle wybiera to pierwsze, choć tak naprawdę ma już dość tego swojego-nie-swojego życia. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie robić przykrości. Siostra i tak nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, tata może niedługo umrze, więc Ewa nie ma wyjścia. Musi dalej ciągnąć ten wózek, który ciągnie od dzieciństwa.

To cudowne, że kocha swojego ojca, że wybaczyła mu jego winy, chce mu pomóc na starość. Ojciec z pewnością potrzebuje pomocy. Kłopot w tym, że Ewa nie robi tego z wyboru, tylko z konieczności, bo nie potrafi inaczej. Poczucie obowiązku kieruje całym jej życiem. O tym, co jest tym obowiązkiem, decydują potrzeby i pragnienia innych, ona sama nie ma tu nic do powiedzenia. Nie potrafi stawiać żadnych granic. Jej uczucia nie mają znaczenia. Wciąż jest grzeczną córeczką, działa tak samo jak w dzieciństwie, by rodzice byli z niej zadowoleni. Ale to droga, która prowadzi na manowce.

 

Dziecko, lat 52

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Ci, którzy jeszcze nie wyszli z roli dziecka i nie stali się niezależni od swoich rodziców, na oślep rzucają się na pomoc, tratując po drodze samych siebie, czasem też męża i dzieci, nie szukają innych rozwiązań ani wsparcia. A opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa i wymaga, byśmy byli w dobrej formie.

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie „przepracowały” swojej relacji z rodzicami, nie potrafią docenić, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Tak jest w przypadku Barbary, która ma 52 lata i dwoje dorosłych dzieci. Wciąż czuje żal do matki, obwinia ją o swoje porażki, choć matka mieszka w innym mieście i w żaden sposób nie próbuje wpływać na jej życie.

Ale Barbara nadal jest pokrzywdzoną córeczką. Kiedy jej matka zaczęła mieć zaburzenia pamięci, które mogły skończyć się tragicznie, Barbara właśnie zmieniała swoje życie. Rozwiodła się z mężem, sprzedała firmę i zamierzała dalej żyć ze zgromadzonego kapitału. Mogłoby się zdawać, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby na jakiś czas zamieszkała z matką, w jej dużym domu, w innym mieście. Ale Barbara nie widziała powodu, żeby to zrobić.

– Oddaj ją do domu opieki – radzi młodszej siostrze, która opiekuje się matką, dojeżdżając co tydzień dwieście kilometrów. – Prosiłam ją kiedyś, żeby mnie zabrała z kolonii, a ona nie chciała – Barbara ma łzy w oczach na wspomnienie kolonijnego dramatu. – To niech teraz ona poczuje, jak to jest! Niech będzie tam, gdzie nie chce. Ja na pewno się nią nie zajmę. Wspomnienie własnych krzywd nie pozwala Barbarze racjonalnie ocenić sytuacji.

Ci, którzy naprawdę dorośli, wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek, dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie.

Dorosłe, niekochane

Inna Basia, 45 lat, po rozwodzie nie miała się gdzie podziać, a mama potrzebowała opieki, miała problemy z nogami, nie mogła chodzić, więc zamieszkały razem. Basia nigdy nie czuła się przez nią kochana, w jej oczach była nieudolna, niezaradna, głupia. I tak jest nadal. Ostatnio było im ciężko finansowo, więc oprócz pracy nauczycielki, Basia podjęła się sprzątania u znajomej. „Ty to potrafisz się poniżać” – skomentowała matka. Basia potrafi, ale dużo lepiej poniża ją mama, traktując jak służbę, z której nigdy nie jest zadowolona. Córka znosi wszystko z pokorą, choć wie, że to przez mamę nie czuje się dobrze na świecie. Robi, co może, żeby nie mogła jej nic zarzucić. Ciągle jest tym niekochanym dzieckiem, które stara się i stara, choć już nie wierzy, że mama je kiedyś pokocha. Mama przecież ma ukochanego syna, który spełnia pokładane w nim nadzieje. Czasem wpada z wielkiego świata z kwiatami i prezentem, wypije kawę i leci, bo ma naprawdę ważne sprawy. Mama to rozumie, jest z niego bardzo dumna, bo syn jest biznesmenem i zarabia pieniądze. A Basia na przyjście brata nie zdążyła upiec ciasta! Dziewczyna płacze po kątach, wciąż czuje się nieudaną córką własnej matki, choć sama jest matką szesnastoletniej córki, która na to wszystko patrzy. Właściwie stara się patrzeć jak najmniej. Często znika z domu, bierze narkotyki... „Nawet jej nie potrafiłaś wychować” – mówi matka.

Tak jest dobrze

Kasia, 48 lat, ma wolny zawód, mieszka blisko mamy, a to bardzo ułatwia sytuację. Może do niej zaglądać kilka razy dziennie, kiedy ta potrzebuje pomocy. I dotąd tak było: zaglądała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, wspólnie rozwiązywały krzyżówki. Ale mamie ciągle było mało, jest przecież taka samotna, a córka zawsze wpada jak po ogień. Gdy mama zachorowała, Kasia zatrudniła opiekunkę, która zamieszkała z nią na stałe. Mama oczywiście wolałaby, żeby to córka z nią mieszkała. Miała pretensje, dwa tygodnie chodziła obrażona, ale w końcu zaakceptowała sytuację. Dzięki temu Kasia jest o nią spokojna, gdy pracuje, a gdy wpada do niej, nie musi brać się za sprzątanie i gotowanie, może po prostu z nią posiedzieć. I tak jest dobrze, nie tylko Kasi, ale także mamie.

Zwycięsko przez starość rodziców mają szansę przejść tylko ci, którzy naprawdę dorośli. Oni wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek. Dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie. Rodzice zwykle to doceniają. Przecież wychowywali nas po to, byśmy mieli własne życie i umieli podejmować dobre decyzje. Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych?

  1. Psychologia

Klucz do zdrowych relacji? Rozpoznaj swój schemat

Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dom rodzinny to prawdziwa szkoła życia. Jednak nie wszystko, czego się w nim nauczyliśmy, pomaga. Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić.

Każdy z nas ma jakąś sztandarową reakcję na stresujące zdarzenia relacyjne. Ktoś atakuje, obwinia, ktoś inny się wycofuje albo czepia się kurczowo drugiej osoby, "na wszelki wypadek" przeprasza. Tak czy inaczej, poruszamy się utartym szlakiem, zakładając, że jakaś reakcja pomoże nam wyjść z opresji. Nie trzeba chyba dodawać, że te wzorce powstają zwykle w dzieciństwie - w odpowiedzi na trudne doświadczenia albo powtarzające się, toksyczne komunikaty sugerujące, że coś z nami jest "nie tak".

Są niczym okulary, przez które patrzymy na świat i na innych - nierzadko sprawiają, że interpretujemy ich zachowania na swoją niekorzyść, tworzymy teorie spiskowe. Załóżmy, że ktoś źle znosi krytykę - prawdopodobnie sam zbyt wysoko siebie nie ceni. Kiedy słyszy uwagi pod swoim adresem, wycofuje się, zamyka się w sobie. Dostaje etykietkę obrażalskiego, odludka. I czuje się jeszcze bardziej "wadliwy"... Jak wyjść z tego błędnego koła?

Rozpoznaj wzór

Choć wyczuwamy, że nasz strategie są nieproduktywne, że może kiedyś coś nam "załatwiały", ale z czasem stały się sztywnymi, mało przydatnymi formami - to jednak nie potrafimy ich porzucić. Dlaczego? Ani dlatego, że poprzez wielokrotne powtarzanie utrwaliły się w nas jako nawyk. "Strategie te powstają na głębszym poziomie, mają swoje źródło w niemal podświadomych przekonaniach zwanych schematami" - piszą Matthew McKay, Patrick Fanning, Avigail Lev, Michelle Skeen w książce "Relacje na huśtawce".

Jaki jest twój schemat, twoje przekonanie? Może "ludzie zawsze mnie opuszczają?" Albo: "niebezpiecznie jest ufać innym", "mój los nikogo nie obchodzi"? A może: "nie uda mi się" i "błędy są niedopuszczalne"? Autorzy "Relacji..." podpowiadają, jak rozpoznać i zmienić te wzorce. Czerpią z terapii schematów, ale też z technik ACT (terapia akceptacji i zaangażowania). Wyróżniają 10 nieadaptacyjnych schematów (według twórcy teorii Jeffreya Younga, jest ich 18). W ich rozpoznaniu pomoże zawarty w książce tekst. Ale możesz też zapoznać się z poniższymi opisami i ocenić, na ile są obecne w twoim życiu.

  • Opuszczenie/niestabilność więzi - sprawdź, w jakim stopniu zgadzasz się z następującym stwierdzeniem: "Znaczące osoby w moim życiu cechują się niestabilnością albo nie mogę na nich polegać".
  • Nieufność/skrzywdzenie: "Doznam krzywdy z powodu wykorzystania lub zaniedbania ze strony innych ludzi".
  • Deprywacja emocjonalna: "Moja potrzeba wsparcia emocjonalnego nie zostanie zaspokojona".
  • Wadliwość/wstyd: "Jestem wybrakowany, gorszy, niewzbudzający miłości".
  • Izolacja społeczna: "Nie przynależę do grupy, jestem wyobcowany albo inny".
  • Zależność/niekompetencja: "Jestem niekompetentny albo nieporadny, nie potrafię przetrwać bez innych".
  • Porażka: "Jestem nieudolny, na pewno poniosę porażkę".
  • Roszczeniowość/wielkościowość: "Jestem lepszy od innych, zasługuję na specjalne przywileje".
  • Samopoświęcenie/podporządkowanie: "Przedkładam potrzeby innych na własne".
  • Nadmierne wymagania/nadmierny krytycyzm: "Muszę spełniać wyśrubowane standardy, żeby uniknąć krytyki".

Agresja, bierność lub unikanie

Jeśli znasz już swoje schematy relacyjne, możesz przyjrzeć się bolesnym emocjom, które się z nimi wiążą. Strach, złość, żal, tęsknota, smutek, wstyd, niepokój, poczucie winy... Na pewno coś, czego nie chcesz czuć, czego wolałbyś uniknąć. Pojawia się więc impuls do ucieczki, sięgasz po strategię. Rzecz w tym, że to właśnie unikanie bólu wywołanego schematem prowadzi do trudności w relacjach. Weźmy przytoczony przez autorów przykład mężczyzny, który chciał dowiedzieć się w urzędzie, jak wymienić tablicę rejestracyjną.

Oczekiwał prostej instrukcji "od ręki", ale urzędnik polecił mu pobrać numerek i uzbroić się w cierpliwość. To aktywowało jego schemat dotyczący zasługiwania na lepsze traktowanie. Zalała go fala złości. Był tak wściekły, że wypadł z budynku, niczego nie uzyskując. "Emocje powiązane z uaktywnieniem schematu - strach, wstyd, złość czy rozpacz - są tak silne, że natychmiast usiłujesz je stłumić. Strategie radzenia sobie ze schematami przynoszą chwilową ulgę, jednak na dłuższą metę nie tylko nasilają ból wywołany prze schemat, ale również niszczą relacje z ludźmi" - utrzymują cytowani autorzy.

W zasadzie wszystkie strategie radzenia sobie w trudnych sytuacjach związanych z innymi ludźmi można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to atak/nadmierna kompensacja, czyli wszelkiego rodzaju reakcje agresywne: obwinianie, prowokowanie, bunt, dominacja, nadmierna asertywność, manipulacja. Ale też poszukiwanie uznania, wywyższanie się. Drugi styl radzenia sobie to podporządkowanie, czyli bierność i uległość - poddajesz się i starasz się zadowolić innych. I wreszcie trzeci styl - unikanie. To próba ucieczki, wycofanie się, nadmierna autonomia. Ale też poszukiwanie stymulacji w różnych zajęciach czy używkach, fantazjowanie i zaprzeczanie...

Dobrze jest poobserwować, jakie czynniki, wydarzenia prowadzą do wyzwolenia się "ulubionych" schematów i jak na nie reagujemy. Ale dobrze jest też pójść dalej. Sprawdzić, czy możesz powoli rezygnować z zachowań, które zawodzą. Tym bardziej, że często nie do końca są twoje, zwykle przejmujemy je od starszych (od ojca, który - urażony - atakował, czy od matki wycofującej się w obliczu własnej bezsilności). Wszystkie strategie łączy jedno: mają na celu zdystansowanie się do bólu spowodowanego działaniem schematu. Sęk w tym, że to się nie uda! - twierdzą McKay, Fanning, Lev i Skeen. Coś się wydarzyło, pojawiły się określone myśli, emocje. Jedyne, co możesz zrobić, to przestać grać w starą grę.

Jazda z potworami

Zgódź się na ból, który się pojawia. Obserwuj go - jak obserwuje się żeglujące po niebie chmury. Możesz zauważać uczucia wywołane schematem - to, jak narastają i słabną, a czasem przeradzają się w inne. Możesz zauważać swoje myśli, doznania fizyczne, impulsy. Wreszcie to, że masz wybór... Że możesz zareagować inaczej. Zamiast wybuchać - zacisnąć zęby. Z czasem coś się rozluźni, pojawi się większa przestrzeń, nowe możliwości. Twoje relacje na pewno na tym zyskają.

W terapii ACT kluczowym motywatorem są wyznawane przez nas wartości. To one sprawiają, że podejmujemy wysiłek by coś zmienić. Dlatego oceń, które relacja przedstawiają dla ciebie największą wartość: partnerskie, rodzinne, zawodowe? A może przyjaźnie? Czy jesteś gotów zaakceptować ból, który czasem się w nich pojawia, i zrezygnować ze strategii, które próbują go zneutralizować? Co cenisz najwyżej w pierwszoplanowych relacjach? Twórca ACT Steven C. Hayes chętnie odwołuje się do metafory autobusu obrazującej, jak możesz trzymać się wytyczonego przez twoje wartości kursu, nie zważając na trudności. Wyobraź sobie, że prowadzisz autobus - to twoje życie. Za przednią szybą znajduje się tabliczka wskazująca kierunek jazdy - to wartość, którą chcesz się kierować (np. "bycie kochającą osobą"). Nagle na twojej drodze pojawiają się przeszkody - bolesne emocje, myśli. Może masz ochotę zatrzymać autobus i poczekać, aż znikną (czyli powstrzymać się od działań podyktowanych wartościami). Tylko że to nie działa: autobus stoi, a potwory wciąż w nim siedzą. Uciekanie przed nimi w boczne uliczki też nie pomoże, oddali cię tylko od twoich wartości.

Co zatem robić? Jechać dalej, z niewygodnymi pasażerami. Być może będą ci grozić, wyśmiewać cię, straszyć. Pokrzykiwać, że jesteś na złej drodze, że to niebezpieczne... Cóż, potwory tak już mają, taka ich uroda. Twoim zadaniem jest podążać wytyczoną trasą. Skupić się na celu podróży. Przecież twoje wartości są ważniejsze od twojego lęku. Twoje życie nie możesz zbaczać z kursu z powodu kilku skołowanych krzykaczy na tylnych siedzeniach, prawda?

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.