Eksperyment „tydzień bez narzekania”

Narzekając, malujemy nasz świat w ponurych barwach. Narzekać zatem czy nie? (Fot. iStock)

W poszukiwaniu kompromisu pomiędzy irytującym amerykańskim „keep smiling” a polskim „szkoda gadać” Katarzyna Droga postanowiła przeprowadzić eksperyment i nie narzekać przez cały tydzień. Jak długo wytrwała w swoim postanowieniu i jakie wnioski wyciągnęła z tej lekcji?

Kilka czynników skłoniło mnie, by zmierzyć się z próbą wyeliminowania narzekań ze swojej codzienności. Przede wszystkim teza prof. Bogdana Wojciszke, który w książce „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje” nawiązał do słynnej metafory szklanki do połowy pełnej… i orzekł, że jesteśmy narodem pustych szklanek. Smutne. Teoria, że świat staje się takim, jakim go nazywasz, także została potwierdzona badaniami tego psychologa. Z kolei warsztat online psychoterapeuty Wojciecha Eichelbergera „Proste życie” zaleca całodniową obserwację swoich narzekań i zastępowanie ich uwagami o pozytywnych stronach życia. Cel: poprawa samopoczucia. Symbolem ćwiczenia jest bransoletka i zasada, że jeśli się złamiesz i zaczniesz jęczeć, przekładasz ją na drugą rękę, aż do skutku. Jeśli cały dzień uda się nosić ją bez zmian – to już coś.

Zmobilizowała mnie też filozofia życiowa mojej koleżanki Ewy, która każde zdarzenie komentuje zdaniem: „I bardzo dobrze!”. Nie dostałam honorarium? I bardzo dobrze, będę oszczędniejsza! Narzeczony spóźnia się na spotkanie? I bardzo dobrze, mam czas poprawić fryzurę, porozmyślać… Narzeczony pojawił się w tym miejscu nie bez przyczyny, o nim jeszcze za chwilę. Najpierw fakt, że mam też drugą koleżankę, Agę. Ta jest zdania, że warto narzekać i marudzić. Jej teoria w skrócie przedstawia się tak: „Kiedy marudzę w restauracji, dają mi lepsze dania, a kiedy tupnę nogą na los, często się odmienia. W ogóle kiedy ponarzekam, jest mi łatwiej”.

Poprzyjmy to naukowo: Robert Hepach z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maksa Plancka w Lipsku wykazał, że istnieją korzyści psychologiczne wynikające z nawykowych ubolewań: należy do nich funkcja ekspresyjna narzekania, czyli obniżenie napięcia emocjonalnego u marudy. Narzekanie także uodparnia na krytykę, a mnoży sukces (udało się mimo przeciwności), wreszcie – narzekanie chroni nasze ego w razie porażki, bo daje bufor bezpieczeństwa (a mówiłem, że się nie uda!).

Ciekawe tropy podsuwa etymologia. Słowo „narzekać” ma źródłosłów ten sam co wspomniany wyżej narzeczony. „Narzeczony” oznacza: ten pan jest już zajęty, nazwany „moim”, bo „narzekanie” to dawniej nazywanie świata, orzekanie, ustalenie. I to akurat spotyka się z pierwszą z teorii, że narzekając, malujemy sobie nasz świat w ponurych barwach… Narzekać zatem czy nie?

Aby rzecz rozstrzygnąć, podjęłam się eksperymentu: przeżyć tydzień bez narzekania. Sprawiłam sobie bransoletkę i zaczęłam liczyć, ile razy będę narzekać w ciągu dnia. Może stało się to już nawykiem? Nie, jestem optymistką i wcale tak bardzo nie marudzę, a jeśli już, to na to samo co wszyscy.

Trzy dni: co ja mogę?

Dzień pierwszy – wstaję jak skowronek i od razu nie narzekam. Mam ochotę, owszem, bo liczyłam na pogodę, słońce i sprawne ogarnięcie obowiązków domowych: pranie, pracę w ogrodzie i długi spacer. Nic z tego, mamy wyjątkowo zimny maj, pada deszcz, wieje głuchy wiatr, ciemno, w domu zimno, plan wziął w łeb, a prognozy jeszcze gorsze. Ale zgodnie z zaleceniem patrzę na dobre strony zjawiska. Deszczowa zimna pogoda pozwala docenić herbatę z imbirem oraz kominek, nie muszę wcale prać, a spacerowanie można zastąpić jogą. Niemniej skrzeczy w człowieku, że taką aurę to już mamy od kilku miesięcy… – No i jak tam dzisiaj z pogodą? – pyta córka, która akurat ma skłonności do narzekania. – Okropnie – odpowiadam – jakaś masakra za oknem. Ciśnienie niskie, zimno… I tak bransoletka ląduje na drugiej ręce. – Ale za to nie mamy wulkanów, trzęsień ziemi ani tsunami, ciesz się! – złośliwie cytuje mnie córka. Cieszę się z tego, oczywiście, a także że moja ulubiona ciepła kurtka jest wciąż potrzebna. Ubieram się i realizuję wszystko oprócz prania.

Refleksja: Na aurę narzekamy chętnie i bez względu na to, jaka jest, może poza czerwcowym ciepłem około dwudziestu stopni bez wiatru i chmur, i to pod warunkiem że mamy urlop. A tymczasem akurat na pogodę nie mamy wpływu i szkoda wydatkować na to energię. Rada: powtarzaj stare przysłowie optymistów: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”. A na nie masz wpływ!

Dzień drugi – poległam przez trzydniową dietę nakazaną przez lekarza przed badaniem krwi: bez żadnego mięsa, tłuszczu, cukru, bo chodziło o gospodarkę lipidową, cokolwiek to znaczy. Pozostają suche warzywa, chude sery, ryby i niewiele więcej. Ale nie ma co narzekać: poczuję się lekko, schudnę nieco, moje lipidy będą doskonałe. Trzyma mnie przy życiu i nienarzekaniu myśl, że zaraz po badaniach zjem solidny obiad, z bigosem w roli głównej. Pękam koło piętnastej, kiedy inni jedzą pyszności: – Nie wytrzymam tego, co za los! – złorzeczę. Jaki oprawca nakazał mi tę dietę?! Bransoletka znów zmienia miejsce pobytu, ale diety nie złamałam.

Refleksja: Narzucone przez okoliczności ograniczenia zwykle dają nam powody do narzekań, które tak naprawdę niczego nie zmienią, a mnożą dyskomfort. Co pomaga? Przekierowanie myśli na inne tory i liczenie dobrych stron zjawiska. W moim przypadku kreatywność (co by tu pysznego upichcić w ramach tych ograniczeń), a także krótkotrwałość diety. Na marginesie: wyniki krwi bardzo dobre.

Dzień trzeci przebiegał znakomicie. Wieczorem oczekiwałam gości, realizowałam ustalony wcześniej plan dnia, czyli zakupy i gotowanie. Ugryzłam się w język, żeby nie złorzeczyć na długą kolejkę w sklepie i powolną panią w kasie, ciężkie siatki, wysokie schody, brak czasu, żeby zdążyć ze wszystkim: posprzątać, przystroić, ugotować i zadbać o swój wygląd. Z optymizmem redukuję plany do „ugotować i zadbać”, dostrzegam jasne strony zjawisk: dobrze, że mam sklep tak blisko, a w nim wszystko, co tam kolejki dla kogoś, kto pamięta socjalizm, mam za co kupić, mam siły nosić! Bransoletka połyskuje na swoim miejscu. Poległam dopiero przy woni spalonego garnka. Dobiegła mnie w łazience, gdy dbałam o swój wygląd. Zbyt żarliwie najwyraźniej: sos przypalony, pieczeń czarna. Niech szlag trafi takie życie, wszystko muszę sama… Co z bransoletką, wiadomo.

Refleksja: Bardzo dobrze się narzeka, by przesunąć odpowiedzialność za niepowodzenia na coś lub kogoś innego. Co ja mogę? To nie ja zapomniałam o pieczeni, to zły los i nawał pracy spalił ją i rondelek. To samooszukiwanie się, kłopot pozostaje, a ubolewanie nie pomaga. Rada: mimo wszystko podać pieczeń, bez sosu, czarne odkroić. Dodamy to, co przyniosą goście, moi zawsze coś przynoszą. Humor ratuje także podlaskie powiedzonko: „U nas z gości dwie radości. Pierwsza jak przyjeżdżają, druga jak się żegnają”.

Już za dwa dni weekend

Dzień czwarty byłby zwycięski, gdyby nie wydatki. Doprawdy można nie narzekać cały dzień, zaakceptować pogodę, chude jedzenie, wyładowany akumulator i złe wieści z dalekiego świata, ale kiedy wieczorem siada się przed listą rachunków i przeterminowanych płatności, trudno dać opór. Jakim cudem aż tyle? Bransoletka po prostu fruwa, może lepiej byłoby sobie poprzeklinać…

Dnia piątego jest całkiem nieźle, bo zaobserwowałam, że są nie tylko odpływy, ale i przypływy finansów – to jest miłe uczucie, więc na razie nie narzekam. Co więcej uświadamiam sobie, że lubię to, co robię, a to pozwala łatwiej odbębnić te czynności, których nie lubię, i nie narzekać. Zatem do roboty! Obserwuję zegarek nerwowo, z lękiem, że nie zdążę, coraz bardziej zła, że te niefajne zadania robię i robię, a te, które lubię, odsuwam i odsuwam… Córka studentka zastaje mnie w pełni narzekań. – Jestem zawalona robotą! Nie dam rady. – A widzisz – mówi. – Ja to samo!

Obie nieszczęśliwe, choć studia wymarzone, a praca z wyboru. Bransoletka? Leży gdzieś zgubiona. Wreszcie stwierdzamy, że czas łez upływa na niczym, bo roboty nie ubywa. – Ale ponarzekałam sobie i teraz mi lepiej, idę się uczyć – słyszę. No to znajduję bransoletkę, nakładam na tę samą rękę i z nadzieją wchodzę w dzień szósty.

Szóstego dnia udaje mi się nie narzekać na pracę w sobotę ani nie jęczeć na kolejne wydatki. W sobotę nie ma korka, wpuszczam panią z podporządkowanej, czuję się wspaniałomyślna, czyli: działa. Układam listę rzeczy, za które powinnam być wdzięczna losowi, sobie i ludziom. I właśnie to mnie zaczyna trochę irytować. Jak mam być wdzięczna ludziom, skoro są takimi egoistami? A praca? Kto zaproponował taki termin oddania projektu, że trzeba pracować w weekend? Gdy tak sobie głośno narzekam na wszystko, dostaję SMS-a od wspólnika, że ustaliłam wariacki deadline i on ma tego dosyć, chce wolnej soboty.

Refleksja: Najchętniej narzekamy na brak pieniędzy, nawał obowiązków i na innych ludzi. Ciekawie jest uświadomić sobie, że w tym czasie, kiedy wpadasz w narzekanie, ktoś obok narzeka na to samo i na… ciebie.

Dzień siódmy? Przetrwałam cały bez żadnych narzekań. Po raz pierwszy bransoletka nie zmieniła miejsca pobytu. Odnotowuję, że bez trucia sobie dnia utyskiwaniem rzeczywiście robi się przyjemniej. Jestem zadowolona z siebie, bo udało mi się nie narzekać. Niemniej biorę poprawkę na to, że dzień siódmy to niedziela i kończy się mój trening… A jutro poniedziałek… Lubię poniedziałki! Bez nich nie byłoby niedziel.

Wniosek ogólny: Narzekanie truje i tworzy negatywne scenariusze, w które sami wpadamy – potwierdzam. Jednak w małej ilości pozwala rozładować emocje i obronić samoocenę. Dlatego najlepiej kupić sobie bardzo ładną bransoletkę, i nosić ją na lewej ręce… ale od czasu do czasu przerzucać na prawą.