fbpx

Narodziny ojca

Narodziny ojca
Getty Images/Flash Press Media

Jak przygotować się do porodu? Oglądać filmy popularnonaukowe, czytać o tym, uczestniczyć w kursach. Rozmawiać z mężczyznami, którzy doświadczenie narodzin dziecka mają już za sobą i chętnie dzielą się swoją siłą i spokojem – mówi Benedykt Peczko.

– „Byłem w odmiennym stanie świadomości – opowiadał mi jeden z zaprzyjaźnionych mężczyzn. – Niemal czułem ruchy dziecka w brzuchu, objadałem się czekoladkami, najchętniej z najsłodszym kokosowym nadzieniem”. Czy on też rodzi?

– Moja córka rodziła się ponad 20 lat temu, w czasach gdy lekarze mieli zakaz odbierania porodów w domu. Byłem wtedy początkującym psychoterapeutą i właśnie dowiadywałem się o skutkach urazu okołoporodowego; o tym, w jaki sposób może rzutować na przyszłe, dorosłe życie. W tamtych czasach poród w szpitalu był koszmarem. Postanowiliśmy z żoną rodzić w domu. Na szczęście znalazła się lekarka, która zdecydowała się być z nami. Bałem się. Gdy już nadszedł czas porodu, byłem bardzo zmobilizowany, przejęty. Tak, miałem wrażenie, jakbym rodził. Pamiętam, siedziałem na krześle rozkraczony, a żona siedziała mi na kolanach. Oddychałem razem z nią, całkowicie dostrojony do jej rytmu. Kiedy parła, miałem wrażenie, że prę razem z nią. Lekarka poprosiła, abym nacisnął na brzuch i wypchnął dziecko. Powiedziała: „zrób to mocno!”. Moje ręce same mnie prowadziły. Po kilku próbach nacisku wiedziałem już, wyczuwałem, który ruch nie działa, a który jest właściwy. Po którymś z kolejnych nacisków córeczka nagle pojawiła się wśród nas. Miała otwarte oczka, nie płakała. Zakwiliła dopiero po pięciu godzinach, gdy położyliśmy ją w wiklinowym koszu obok naszego łóżka. Chciała być z nami, blisko, dlatego zapłakała. Wszystko było niezwykłe. Kąpiel, zawijanie dziecka w pieluszki, leżenie w półmroku, gdy w tle sączyła się łagodna muzyka. Uczestniczyłem w cudzie.

Na pewno moje życie byłoby uboższe, gdybym tego nie przeżył. Jeszcze teraz, kiedy o tym mówię, czuję wewnętrzne poruszenie. Te obrazy wydają mi się bardzo bliskie, kiedy je teraz przywołuję. Mnóstwo szczegółów się zatarło, ale to, co najważniejsze – więź, jaka wówczas wytworzyła się między nami – pozostało. Pamiętam, że gdy wyszedłem na dwór może godzinę po porodzie, żeby wyrzucić opatrunki, poczułem, że jestem innym człowiekiem. Narodziłem się jako ojciec.

 

– W dawnych społecznościach to kobiety otaczały rodzącą, wspierając ją swoją siłą i miłością. Słyszę często od kobiet, że one w tym ważnym momencie tęsknią za obecnością kobiet, nie mężczyzny.

– W filmach, w literaturze znajdujemy bardzo dużo takich obrazów: mężczyzna jest wzywany dopiero wtedy, gdy dziecko jest już na świecie. Kobieca wspólnota, życzliwość, troska to mocny przekaz z różnych kultur. Niestety, rzadko obecny w naszych czasach, choć wiele się zmienia. Pielęgniarki i położne muszą wywiązywać się z medycznych obowiązków, na emocjonalne i duchowe wsparcie nie ma miejsca ani czasu. W takiej sytuacji rola mężczyzny, ojca dziecka może być szczególna, bo on wypełnia tę lukę przez sam fakt, że jest osobą bliską. W tym wyjątkowym momencie jesteśmy razem, co umacnia związek. Od pierwszych chwil tworzymy więź z dzieckiem. Podprogowo, nieświadomie dziecko rejestruje obecność ojca.

– My, kobiety, miewamy mieszane uczucia co do obecności mężczyzny przy porodzie. Zbyt często przyjmujemy odpowiedzialność za uczucia innych, więc bijemy się z myślami: Jak on się zachowa, gdy zobaczy krew i mnie w takim stanie? Czy nie zemdleje? Czy nie dozna szoku, obrzydzenia? Trzeba zmobilizować wszystkie siły do rodzenia, a tu potężna część energii ucieka zawieszona na nim.

– Sam słyszałem o męskich omdleniach. O wracających obrazach porodowych, które przeszkadzały potem w miłosnym zbliżeniu. Wydaje mi się bardzo ważne, żeby mężczyźni uczestniczyli w kursach przygotowujących do porodu, które zapoznają ze specyfiką tego doświadczenia. Żeby oglądali filmy popularnonaukowe, czytali. Na szczęście jest coraz więcej publikacji na ten temat. Mężczyzna może być potem bardzo pomocny, może na przykład przypominać kobiecie o oddechu; być dla niej realnym wsparciem, a nie onieśmielonym obserwatorem.
Najważniejsze są życzenia, potrzeby i oczekiwania kobiety. To ona decyduje, czy chce mieć przy sobie mężczyznę, czy nie.

– Ona się waha, on się garnie.

– Tak, wiem, że wielu mężczyznom zależy, by być przy narodzinach dzieci, wiedzą, że to ważne. Decydujący jest jednak komfort kobiety.

– Ona pragnie, on się opiera.

– Nie zmuszać, nie naciskać. Unikać wciągania na siłę. Bo owszem, mężczyzna może się unieść ambicją: „Mogę! Dam radę!”, a potem zemdleje. Kobieta może powiedzieć: „Jeśli się wahasz, odpuśćmy, i tak będziesz dobrym ojcem, będziesz się przecież opiekował naszym dzieckiem od początku”. Może podpowiedzieć mężczyźnie, aby wśród znajomych poszukał ojców, którzy mają za sobą takie doświadczenie. Ja w tamtym czasie rozmawiałem z ojcem, którego pierwsze dziecko urodziło się w szpitalu, a dwójka następnych w domu. Byłem pod wrażeniem, z jaką pewnością i spokojem ten mężczyzna mówił o swoim udziale w porodach. Dodawało mi to otuchy, zachęcało.

(…)

Więcej w Zwierciadle 02/2011