Uparta dusza

Uparta dusza
fot. Rafał Masłow

„Jak nie oburzać się na drastyczne i okrutne obyczaje obcych kultur?” – pyta Maja Jaszewska. „Ufam plemiennej mądrości” – odpowiada Beata Pawlikowska, wieczna studentka w szkole życia.

Zwiedziła pani wiele zakątków Ziemi, poznała mnóstwo odmiennych obyczajów. Czy zdarzyło się kiedyś, że jakieś rytuały wzbudziły w pani niechęć lub oburzenie?

Nigdy nie czułam gniewu, niechęci ani nie miałam potrzeby wartościowania odmiennych kultur, które widziałam. Wychodzę z założenia, że my, biali ludzie z zachodniej cywilizacji, nie jesteśmy w stanie wniknąć w myśli, serca i dusze ludzi, których spotykamy gdzieś na końcu świata.

I dlatego nawet jeżeli widziałam rzeczy, które wydawały mi się straszne, to miałam świadomość, że nie mam prawa oceniać tego, czy to jest dobre, czy złe, dlatego, że to istnieje w zupełnie innym wymiarze. Wybieranie się w daleką podróż uzbrojeni w nasz zachodni system wartości jest pozbawione sensu. Zostaliśmy inaczej wychowani, więc nie tylko nasze myślenie i zachowania są inne, ale nawet podświadomość mamy odmienną.

Jak nie poczuć oburzenia, patrząc na mikroskopijne buciki dawnych Chinek, którym w dzieciństwie ciasno bandażowano stopy, żeby nie rosły?

Spotykałam stare Chinki, które były z tego dumne, bo to był dla nich symbol urody. Może następne pokolenia chińskich kobiet zmienią sposób myślenia i inaczej ocenią ten zwyczaj, ale jestem pewna, że my, ludzie z zewnątrz, nie mamy prawa powiedzieć: „to było złe, bo przynosiło ból, cierpienie i was kaleczyło”. Równie dobrze Chinki mogłyby przyjechać do nas, popatrzeć na kobiety, które od rana do wieczora chodzą w szpilkach i – ze względu na wady stóp i kręgosłupa, jakie to powoduje – kazać nam wszystkie buty na obcasie wyrzucić do kosza.

A jeśli mowa o zwyczajach najbardziej drastycznych, jak choćby obrzezanie kobiet? Czy też nie powinniśmy się oburzać?

Jestem przekonana, że jak każdy zwyczaj, tak i ten ma swoje głęboko ukryte przyczyny. Moim zdaniem, każda kultura instynktownie zmierza do tego, żeby służyć swojej społeczności, a nie ją niszczyć. Z naszego punktu widzenia, różne rytuały i zwyczaje mogą szokować, ale to dlatego, że nie jesteśmy w stanie prześledzić ich historii i ujrzeć w całym kontekście uwarunkowań danego miejsca i czasu. I będę się upierała przy tym, że ta niemoc odbiera nam prawo do oceny.

Aborygeńscy chłopcy w wieku 10–12 lat przechodzą długi proces trudnej i bolesnej fizycznie i emocjonalnie inicjacji, po to, żeby stać się dzielnymi wojownikami i być wartościowymi ludźmi dla swojej społeczności. Chłopcom robi się blizny na skórze i to na dodatek powoli, żeby ich bardziej bolało. Ale w ten sposób uczy się ich wytrzymałości, dlatego że Aborygen mieszkający w buszu cierpi podczas upału i podczas deszczu, musi umieć upolować sobie kolację, a jeśli to się nie uda – wytrzymać głód.

Z naszego punktu widzenia te zwyczaje są okrutne. Ale jednocześnie to jest szkoła życia, której nikt nie daje dzieciom w naszej części świata. U nas jest odwrotnie – uważamy, że dzieciom należy tak ułatwić życie, by nie miały żadnych zmartwień. Nasz ideał wychowawczy to beztroskie dzieciństwo – bez obowiązków, bez przykrości, bez pracy – bo rodzice mają nadzieję, że ono zagwarantuje w przyszłości szczęście. A tymczasem dzieje się wprost przeciwnie – takie dziecko wyrasta na kompletnie bezradnego dorosłego, który nie wie, co ma ze sobą robić, kim jest, nie zna swoich uczuć, nie potrafi podołać trudnym sytuacjom, bo brakuje mu samodzielności i odpowiedzialności. Więc mimo że z naszego punktu widzenia w naszym świecie jest fantastycznie, a u Aborygenów strasznie, to zdecydowanie wolę tamten sposób wychowywania dzieci i przekazywania im zestawu narzędzi służących radzeniu sobie w dorosłym życiu.

Natacha Atlas przejmująco śpiewa piosenkę „This is a man’s world”. Czy pani też odnosi wrażenie, że świat należy do mężczyzn?

Świat należy do ludzi, którzy są mądrzy, konsekwentni, mają siłę i odwagę, żeby coś zrobić z własnym życiem i ze światem. I nie ma absolutnie znaczenia, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną. Ważne jest, na ile ma dobry kontakt ze swoimi emocjami, pragnieniami i świadomie przeżywa każdy dzień. Brak zadowolenia, wieczna nieufność, strach, brak poczucia własnej wartości i ciągłe rozczarowanie – to wszystko nie ma płci.

Kiedyś dorośli ciągle mi powtarzali, że będę szczęśliwa dopiero, kiedy będę miała męża. Wyszłam z domu z przekonaniem, że kobieta jest kimś gorszym niż mężczyzna, że jest narzędziem w jego rękach. Ale z czasem zrozumiałam, że to nieprawda. Każdy człowiek ma taki sam zestaw narzędzi do radzenia sobie w życiu i tylko od nas samych zależy, co z nimi zrobimy. Czy będziemy pielęgnować w sobie strach, czy ruszymy w drogę po swoje szczęście.

Wiem to, bo sama kiedyś byłam ofiarą własnej bezradności i nieporadności. Ciągle myślałam: „Inni mają lepiej. Jestem gorsza, więc nic dobrego mi się nie przydarzy”. Długo czekałam na kogoś, kto przyjdzie i mnie zbawi, i strasznie dużo czasu zmarnowałam na to czekanie. Na szczęście pewnego dnia stwierdziłam, że to kompletnie nie ma sensu, bo nawet jeśli taki ktoś przyjdzie, to będzie musiał wejść do mojej głowy, by poznać wszystkie moje myśli i pragnienia. No i musi mieć czarodziejską różdżkę, żeby je spełnić, a to jest niemożliwe.

Poszłam więc krok dalej w mojej analizie i zapytałam: „kto w takim razie jest w stanie mnie uszczęśliwić?”. Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – tylko ja sama. Kiedy zaprzyjaźniłam się ze sobą i zaopiekowałam, wszystko stało się proste.

(…)

Więcej w numerze 8 / 2011