fbpx

Empatia w czasach zarazy

Empatia w czasach zarazy
Empatia to umiejętność dawania swojej pełnej uwagi. (Fot. iStock)

Empatia jest jednym ze sposobów, dzięki którym jesteśmy w stanie ukoić nasz mózg i wyjść z „trybu przetrwania” do „trybu rozwoju”. O tym jak bardzo jest nam potrzebna w kryzysie związanym z pandemią koronawirusa mówi Ewa Tyralik-Kulpa, trenerka Komunikacji Opartej na Empatii.

– I co teraz powiesz o tej swojej empatii, kiedy dzieje się to, co się dzieje? – zapytał mnie ostatnio jeden z kolegów. I opowiedział mi o lekarce, której sąsiedzi napisali na drzwiach domu coś w stylu: „wynoś się, zarazo”. Kiedy wszystko się wali, nie licz na empatię, ludzie walczą o przetrwanie i teraz dopiero się zacznie jatka – dodał.

Pewnie część z nas też miewa tego rodzaju myśli. Wielu z nas od dziecka słyszało, co trzeba mieć twarde, kiedy ma się miękkie serce, a historia naszego kraju, w której przez wieki dominował (i nadal dominuje) wątek straty, żałoby i braku bezpieczeństwa, nie sprzyjają ufaniu czemuś takiemu, jak empatia.

Różnie też rozumiemy, czym ta empatia jest.
Pamiętam słowa uczestniczki jednego z warsztatów, która stwierdziła, że ona to w zasadzie chciałaby się oduczyć bycia empatyczną, bo ciągle się wszystkimi przejmuje i wszyscy przez tę całą empatię wchodzą jej na głowię. Pamiętam również jednego z menedżerów, który stwierdził, że „empatią nie wyrobi się budżetów” i że to może i dobre rozwiązanie, ale dla bogatych firm, które nie mają innych problemów.

Zamiast empatii sięgamy więc po strach, kij, ewentualnie, kiedy jest trochę lżej, po marchewkę i na wszelkie sposoby próbujemy utrzymać kontrolę. Trudno trzymać kontrolę, kiedy pojawiają się uczucia. Więc robimy wszystko, żeby nie czuć. Na przykład znieczulamy się drinkiem. (Nie było takich badań w Polsce, ale skoro we Francji, w której pije się w sposób „odpowiedzialny”, spożycie wina miesiąc do miesiąca wzrosło o 6 procent, a napojów spirytusowych o 12%, możemy zakładać, że u nas jest co najmniej podobnie).
Albo rozładowujemy się przez awantury domowe (marzec był rekordowym miesiącem, jeśli chodzi o ilość zgłoszeń od dzieci w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę). Zaharowujemy się w pracy online. Kupujemy kolejne kursy internetowe. Zbieramy siły i zbroimy oręż na chwilę, kiedy będzie już „normalnie” i trzeba będzie przetrwać kryzys.

Problem jednak w tym, że chociaż bardzo tego chcemy, trudno przewidzieć, kiedy – i czy w ogóle – będzie „normalnie”.
I co teraz będzie znaczyło „normalnie”? Normalnie bez pracy? Normalnie nie w szkole? Normalnie przez telefon? Chyba do większości z nas zaczyna docierać, że tak normalnie, jak było kiedyś, może już nie być. Bo nawet, jeśli pokonamy wirusa, przyjdzie nam się mierzyć z jego skutkami gospodarczymi i społecznymi. Bo zmieniło się w naszym życiu wiele – sposób, w jaki się spotykamy, poruszamy, pracujemy, uczymy. Coś w naszym życiu definitywnie się zmieniło. No właśnie.

Chociaż niby wszyscy wiemy, że jedyne, co pewne w życiu to zmiana, większość z nas tych zmian nie lubi.
A kiedy są ostateczne, związane ze stratą, to zrobilibyśmy wiele, żeby się od nich odciąć. Perspektywa na pierwszy rzut oka wydaje się kusząca. Ale jej konsekwencje już mniej. Bo moim zdaniem, wszyscy doświadczamy teraz pewnego rodzaju żałoby. I żeby móc na nowo ułożyć się z życiem w nowych okolicznościach, potrzebujemy ją „przejść” jak klasyczną żałobę. Jeśli tego nie zrobimy, może się zdarzyć, że zamrozimy się w sobie, stracimy radość życia, trudno nam będzie szukać rozwiązań odpowiadających na nasze nowe potrzeby, będziemy czuć osamotnienie i poczucie pustki, a nasze myśli mogą utknąć w przeszłości, zamiast dotyczyć tu i teraz czy kierować się ku rozwiązaniom na przyszłość.

I właśnie tu pojawia się miejsce dla empatii.
Nie sympatii, z którą bywa często mylona (Sympatia polega na „rozumieniu” drugiej osoby w sensie zgadzania się z jej opiniami, np.; „To ty masz rację, on jest świnią!”). Nie współczucia, z którymi mylimy ją jeszcze częściej (Współczucie jest wtedy, kiedy współodczuwamy z kimś emocje, ale w zasadzie zajmujemy się własnymi, np.: „Och, wiem, co czujesz. Też jest mi smutno i strasznie przykro”) . I wreszcie nie z tak zwaną empatią emocjonalną, która powoduje, że płaczemy na filmach albo słysząc historię czyjejś krzywdy, jesteśmy gotowi rozszarpać na kawałki jej sprawców (i opowiadamy się za kara śmierci).
Empatię, o której myślę, zdefiniował Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy. Ta empatia to bycie przy drugiej osobie i jej uczuciach. Co wcale nie znaczy, że odczuwamy to samo, co ta osoba. To znaczy, że dajemy jej swoją pełną uwagę i obecność. Tylko tyle i aż tyle.

W jaki sposób empatia może nam pomóc przejść ten trudny czas kryzysu i zmiany, którego doświadczamy?
Kiedy mierzymy się z końcem czegoś dla nas ważnego, pierwszym etapem jest zwykle etap zaprzeczania, takiej obrony naszego ego, które próbuje nas ratować, podpowiadając, że „nic takiego się nie dzieje”. To ten etap, kiedy nie bardzo chcemy sobie uświadomić, że nie do końca mamy wpływ na sytuację i że możemy odczuwać bezsilność.
W moim domu ten etap polegał na twardym pilnowaniu grafików, żeby nic nam nie umknęło, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby wywiązać się ze wszystkich zadań, bo przecież za chwilę będzie po wszystkim i nie będziemy robić sobie zaległości. Problem w tym, że jakoś w nocy wszyscy gorzej spaliśmy, że o magicznej 3 w nocy budziliśmy się z mężem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, że małe niepowodzenia związane z realizacją zadań z grafiku powodowały wybuchy płaczu i złości u naszej kilkulatki i że co chwila trafiał się jakiś zapalny temat, o który kłóciliśmy się zażarcie.
I myślę, że nie tylko my – nie znam wprawdzie danych z Polski, ale w Chinach odnotowano widoczny wzrost ilości rozwodów, a „New York Post” donosił, że telefony nowojorskich prawników urywają się od osób, wypytujących o szczegóły rozwodowych procedur. W ten oto sposób okazało się, że niepostrzeżenie wślizgnęliśmy się do drugiego etapu przeżywania żałoby, czyli etapu gniewu (To moment, w którym mamy chęć obwiniać wszystko i wszystkich, a także siebie za to, co się dzieje.) oraz etapu negocjacji z rzeczywistością i etapu smutku, w którym mierzymy się z rzeczywistością, jaka jest.

Myślę, że to był moment, kiedy empatia uratowała nam życie rodzinne.
Dzięki temu, że przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy w stanie znosić niewygodne emocje drugiej strony, nie biorąc ich do siebie i nie dając się im ponieść, zrobiło się u nas spokojniej, a także bliżej do siebie.

Jak to się stało?
Ewolucyjnie, jak każdy człowiek, zostaliśmy wyposażeni w mechanizm: uciekaj, walcz lub zniknij – taki system reagowania na pojawiający się bodziec stresowy, który pozwalał szybko ocenić sytuację oraz podjąć adekwatne do niej działania. Jest to mechanizm niezbędny dla przeżycia – w chwilach zagrożenia życia włącza się w sposób automatyczny, przestawiając nas na tryb zarządzania kryzysowego. W ciele zachodzą zmiany na poziomie hormonalnym, a za nimi określone reakcje (jak np. odłączenie ośrodka odczuwania bólu, zaciśnięcie pięści, skulenie pleców itp.), inaczej pracuje nasz mózg – upośledzają się procesy poznawcze (np. mamy tendencję do widzenia spraw czarno-biało i brania wszystkiego do siebie, preferujemy sztywne wzorce zachowań, czasem takie, których w normalnych warunkach nie akceptujemy, ale nauczyliśmy się ich, kiedy byliśmy dziećmi, np. krzyk czy wymaganie natychmiastowego posłuszeństwa) i trudniej nam przeżywać uczucia, które zdają się przejmować nad nami panowanie. W dodatku mózg nie odróżnia sytuacji wyobrażonych od zagrożeń rzeczywistych i reaguje tak, jakby działy się one naprawdę, czyli bardzo łatwo wpaść nam w spiralę toksycznych dla nas fantazji. Mechanizm ten włącza się również w relacjach międzyludzkich, a co za tym idzie – w komunikacji. To, co robimy i mówimy oraz co do nas mówią inni (np. krytyka, groźby, pytania, krzyk, szyderstwo) ma moc wprowadzenia nas w stan zagrożenia. A wtedy łatwo działać zgodnie z mechanizmem walcz – uciekaj.

Szczęśliwie jednak nie jesteśmy zdani wyłącznie na mechanizmy pierwotne.
I właśnie empatia jest jednym ze sposobów, dzięki którym jesteśmy w stanie ukoić nasz mózg i wyjść z „trybu przetrwania” do „trybu rozwoju”, który jest charakterystyczny dla ostatniej fazy procesu żałoby, czyli fazy akceptacji. W tej fazie zaczynamy odczuwać nadzieję, patrzeć w przyszłość i szukać nowych rozwiązań dla nowych sytuacji.

Jak uczyć się empatii?
Po pierwsze, pozwólmy sobie czuć różne uczucia – te przyjemne i te mniej przyjemne.

Po drugie, spróbujmy odkryć, o jakich wartościach te uczucia chcą nam powiedzieć. Pomyślmy o tym, czego nam brakuje, za czym tęsknimy, nazwijmy to. Myślmy o tym w kategoriach wartości, które są dla nas ważne, a nie w kategorii tego, czego oczekujemy od innych.

Próbujmy usłyszeć pod tym, co mówią inni, wyraz ich uczuć i jakąś być może niezbyt fortunnie wyrażoną przez kogoś wyrażoną prośbę, a nie atak na siebie czy ocenę siebie.

Praktykujmy uważne słuchanie. To piękne ćwiczenie, które może stać się początkiem odkrywania empatii.

Jak je ćwiczyć?
Oto ćwiczenie dające możliwość poczucia siły i magii słuchania w sytuacji napięcia, konfliktu lub krytyki, którym podzieliła się ze mną Lucyna Wieczorek, założycielka Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii:

Słyszysz zarzut czy słowa, które Cię ranią.

Daj sobie chwilę, aby zacząć reagować świadomie, a nie automatycznie. Odetchnij głęboko kilka razy.

Spróbuj usłyszeć, o co chodzi tej osobie. Powtórz swoimi słowami to, co usłyszałaś/eś, nie dodając niczego od siebie i nie oceniając tego, co słyszysz. (np. Usłyszałam, że jesteś zły, bo dzieci biegają po domu i krzyczą, kiedy pracujesz; Usłyszałem, że mówisz, że niczego nie rozumiem,…)

Początkowo może Ci być trudno i możesz czuć większe napięcie, pojawi się pewnie więcej emocji, ale w miarę słuchania napięcie będzie maleć.

Doczekaj do momentu, w którym Twój rozmówca da Ci sygnał, że czuje się usłyszany. Rozpoznasz to po spadku napięcia, spokojniejszym tonie, głębszym oddechu, rozluźnieniu w kontakcie.

Teraz nadszedł moment, w którym możesz zadać pytanie: „Czy chciał(a)byś usłyszeć, jak to wyglądało z mojej strony?”.

Wierzę, że empatyczne podejście pozwala nam odstąpić od konfrontacji, szukania winnego.
Dzięki temu możemy zaspokoić podstawową ludzką potrzebę, jaką jest potrzeba bezpieczeństwa. Zadbanie o nią w czasach zmiany, kryzysu to jedna z bardziej skutecznych strategii wspierania siebie w procesie zmiany. Jak wynika z wniosków badaczy, którzy prowadzili badania w miejscach ogromnych kryzysów (np. Aisha S. Ahmad), drugim skutecznym sposobem na funkcjonowanie w zmianie jest budowanie i działanie w swojej sieci wsparcia. Aby nasze rodziny i otoczenie stawały się takimi sieciami, empatia jest nam wszystkim bardzo potrzebna.

Ewa Tyralik-Kulpa, absolwentka UJ oraz Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii. Współautorka edukacyjnego projektu o pieniądzach dla kobiet JestemBogata.pl oraz projektu dla liderek Dojrzewalnia Liderek. W ramach Szkoły Trenerów Komunikacji opartej na Empatii prowadzi wybrane szkolenia z Podstaw Komunikacji opartej na Empatii, pracy z przekonaniami oraz pracy z cieniem. Na drugim etapie uczy narzędzi trenerskich i empatycznej komunikacji w pracy warsztatowej. Autorka poradnika o komunikacji „Ewka, co cię ugryzło. Jak się zrozumieć i porozumieć”. Komunikacja i rozwój to jej życiowe pasje.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze