fbpx

„Jeśli tylko się postaram…” – kobiety w toksycznych związkach

"Jeśli tylko się postaram…" Kobiety w toksycznych związkach.
Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)

„On ma zawsze rację. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba. Niewłaściwie się zachowuję. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze”. Kobieta, która żyje w toksycznej relacji, traci własne życie, traci orientację, kim jest – mówi psychoterapeutka Janina Węgrzecka-Giluń.

Oto opowieść jednej z kobiet: „Leżałam na kanapie, mogło wyglądać, że śpię. Wszedł mój mąż z kolegą. Kolega zapytał, wskazując na mnie: „To twoja żona?”. Mój mąż odpowiedział: „Takie byle co, ale żona”. Trudno opisać, jak się czułam, jak zero, nikt”. Ta kobieta od lat znosi przemoc emocjonalną, pogardę. Trudno w to uwierzyć, ale jest profesorką na uczelni.
Być może liczy na to, że jeśli będzie postępować tak, jak chce tego jej partner, coś się zmieni, związek się naprawi. Więc się stara. Być może czuje się winna sytuacji, w której się znalazła. Otoczenie może ją w tym utwierdzać, może usłyszeć od kogoś z rodziny czy znajomych: „A może to ty niewłaściwie postępujesz?”. Jeśli jest w relacji z mężczyzną o rysie psychopatycznym czy narcystycznym, może być jej trudno rozeznać się, w jakim jest położeniu. Tacy mężczyźni mają problem z odczuwaniem i nazywaniem własnych uczuć, nie potrafią też wczuć się w uczucia innych. Nie są skłonni, aby się w nie angażować. Zdarzają im się natomiast szczególnie na początku relacji gwałtowne uniesienia: „Tak cię kocham, zaufaj mi, tylko ze mną będziesz szczęśliwa, ja cię odgrodzę od zła tego świata”. Kobieta myśli: „Boże, co za miłość! On tylko o mnie myśli!”.

Romantyczna miłość jak w filmach.
Cena poddania się takiej miłości jest wysoka: trzeba spełniać oczekiwania. Na przykład takie, żeby nigdzie nie chodzić bez niego, ograniczyć do minimum kontakty ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Taki mężczyzna autorytarnie stwierdza, w co kobieta powinna się ubierać, co czytać, jak spędzać czas. Najlepiej, gdy spędza go tylko z nim, bo to dla nich najlepsze. „Gdzie będziesz chodzić? W naszym gniazdku jest najlepiej”. Robi wszystko, aby kobieta nie rozwijała swoich zainteresowań, nie pozyskiwała znajomych, bliskich ludzi, ponieważ to są siły, które mogą zagrozić jego pozycji. Chce ją mieć cały czas przy sobie, objaśnia jej świat, pokazuje, co dobre, a co złe, tym samym stwarza jej pozorne poczucie bezpieczeństwa. Świat na zewnątrz ich związku przedstawia jako wrogi i zagrażający. Jeśli kobieta ma wysoką pozycję społeczną, jest lekarką, dziennikarką, pracuje na uczelni, mężczyzna może być zazdrosny o jej sukcesy, może umniejszać jej osiągnięcia, ignorować je albo ośmieszać.

Czuje się zagrożony.
Niech ona nigdzie nie chodzi, bo zacznie paplać o mnie, o tym, co ja robię, a z tego mogą być kłopoty, może jej na przykład przyjść do głowy głupi pomysł, żeby mnie rzucić. A przecież jest mi tak dobrze i wygodnie: sprząta, daje mi jeść, chodzi ze mną do łóżka, mówi i robi to, co ja chcę. A że mam na boku kogoś jeszcze, co jej do tego? Życie kobiety jest zamknięte w puszce, do której klucz ma mężczyzna; zamyka i otwiera, kiedy chce. Kobieta czuje się nieustannie do czegoś zobowiązana. Partner ma nad nią władzę, może nią manipulować, zarządzać jej życiem. Gdy nie spełnia jego oczekiwań, jest karana: on chowa się za murem obojętności. Jest jakby za zasłoną z pleksi, widać go, ale nie można do niego dotrzeć. Kobieta ma się starać, nie wiadomo jak długo, może kiedyś uda jej się nawiązać z nim kontakt, może on na to pozwoli, a może nie. Jeśli próbuje rozmawiać, wyjaśniać, szukać porozumienia, słyszy: „To wszystko przez ciebie”.

Czuje się winna.
Jest szantażowana. Gdy zaczyna się wahać, czy z nim być, czy odejść, słyszy: „Jeśli ode mnie odejdziesz, zrobię sobie krzywdę”. I grozi: „Pożałujesz, jak mnie zostawisz”. Chodzi o to, aby kobieta miała przekonanie, że między nimi jest źle, ponieważ to ona zawiniła. Ludzie o rysie psychopatycznym w żadnym wypadku nie wezmą na siebie odpowiedzialności za to, co robią. To ona się beznadziejnie ubiera, porusza i zachowuje, jest głupia. Jest narażona na wyzwiska, poniżanie, obrażanie, dezawuowanie wartości osobistej. Także wśród ludzi, na imprezach towarzyskich mężczyzna pozwala sobie na niewybredne żarty, ośmiesza jej słabe strony. Tym samym umacnia swoją kontrolę i władzę. Im bardziej robi z niej ofiarę, tym bardziej ona czuje się słaba i bezradna. Gdy kobieta szykuje się do wyjścia, maluje się, ubiera, on dostaje ataków szału. Podejrzewa, że ona celowo ubiera się w taki sposób, żeby go zdradzić, oszukać. Ponieważ sam kłamie, uważa, że jego partnerka też kłamie. Kobieta mówi prawdę o tym, gdzie była i co robiła, ale tego typu mężczyzna będzie snuł daleko idące interpretacje, będzie nieustannie podważał jej wiarygodność, pokazując, że naraża ich związek na ryzyko. Z czasem kobieta uczy się kłamać, aby unikać awantur.

Nie widzi zagrożenia?
Na początku może nie zauważać niczego niepokojącego, ponieważ on deklaruje miłość, dzwoni kilkanaście razy dziennie, twierdzi, że nieustannie się o nią martwi. Z czasem jednak kobieta zauważa, że czuje się jak w matni, pogrąża w toksycznej relacji. W toksycznej relacji nie mamy poczucia bezpieczeństwa. Związek oparty jest na niepewności, chaosie, rozpadzie prawdziwej więzi. W takim związku kobieta czuje pustkę i samotność, mimo że może być symbiotycznie zrośnięta z partnerem. Partner jest obok, ale nie ma dostępu do jego świata, wszystko jest pod jego kontrolą, jego potrzeby są najważniejsze. Ten związek miał kobietę zbawić, zaspokoić wszelkie potrzeby, a tymczasem tak się nie stało. Coraz częściej czuje się rozczarowana i zła, może też zacząć chorować. Jeśli nie zbuntuje się od razu, potem może być trudniej odejść, ponieważ traci siły zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Jest uzależniona od miłości do niego, tłumaczy go: „On taki biedny. Sfrustrowany. Zdenerwował się w pracy. Koledzy mu zrobili przykrość, dlatego jest nieprzyjemny. Miał awansować, ale mu się nie udało”. Kobieta racjonalizuje, znajduje mnóstwo różnych powodów, żeby nie stracić związku. Nie chce się przyznać przed sobą, że jest w dramatycznej sytuacji, doświadcza upokorzeń, strat. Myśli: „No, może rzeczywiście ja jestem winna. Może nie powinnam podchodzić do niego i przeszkadzać mu, gdy czytał gazetę. Zdenerwował się przeze mnie. Może nie powinien aż tak krzyczeć, ale pewnie był bardzo zdenerwowany, skoro tak zrobił?”. Jest mnóstwo codziennych sytuacji, w których kobieta zarzuca sobie, że nie dość dobrze zrozumiała intencje partnera i on ma prawo być niezadowolony. Pociesza się: „Ale tydzień temu nie było tak bardzo źle, więc może za tydzień też nie będzie najgorzej?”. Tłumacząc, broniąc partnera, tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.

Lęk przed samotnością.
Kobieta jest bardzo samotna w takim związku, tylko tego nie widzi, bo ma mężczyznę. Dużą rolę odgrywają tu stereotypy społeczne. Na przykład przekonanie, że wartość kobiety zależy od tego, czy ma mężczyznę, czy nie. Często się z tym spotykam. Albo przekonanie wyniesione z domu rodzinnego: o mężczyznę trzeba dbać, bo jest jak dziecko. Albo to, że wygląd męża i to, jak on się zachowuje, świadczy o kobiecie. Gdy coś źle dzieje się w małżeństwie, kobieta może usłyszeć: „Może nie zasłużyłaś na lepsze traktowanie? Co złego robisz?”. To są, oczywiście, skrajne postawy, ludzie rozsądni tego nie powiedzą, jednak stereotypy, które panowały w rodzinie, nie zawsze łatwo wykorzenić. Niektóre kobiety czerpią poczucie bezpieczeństwa z samego faktu, że są żonami, że funkcjonują w tej roli. No i, oczywiście, zależność finansowa, znaczenie ma także wysoki status społeczny mężczyzny. Jestem w klatce, ale za to w złotej.

To są kobiety, które kochają za bardzo.

Myślą, że gdy przychylą mu nieba, wyręczą go ze wszystkiego, będą czujne na jego potrzeby – zapiszą do lekarza, zadzwonią do pracy, że on się spóźni, wybiorą mu krawat, majtki, zrobią obiad, jaki lubi, załatwią wczasy, to on będzie kochał. Przecież jestem taka dobra, tak bardzo się o niego troszczę, pokazuję, że go kocham, no to chyba mnie nie odrzuci? Dużą rolę odgrywają tu deficyty i urazy z dzieciństwa, destrukcyjne modele rodzinne. Jeśli dziewczynka była odrzucana przez rodziców, nie była kochana, musiała zasługiwać na miłość i o nią zabiegać, w dorosłym życiu powiela ten wzór. Staje się niewolnicą miłości, byle tylko nie zostać odrzucona.

„Jestem od niego uzależniona, jestem w potrzasku”. Kiedy rodzi się taka świadomość?
To dla kobiety trudne do przyjęcia. Współuzależnienie kojarzy jej się z uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, hazardu. A na tym ciąży rys społeczny, to jest samo dno. Musiałaby się przyznać do choroby, słabości, upadku, do tego, że sobie nie poradziła w życiu, że jest bezradna wobec potrzeby miłości i poczucia bezpieczeństwa. Mocne doświadczenie. To jak współuzależnienie od alkoholika. Cała rodzina skupia się na osobie uzależnionej, wierząc, że jeśli będziemy się dostatecznie starać, on wyzdrowieje. Ale w końcu staje się jasne, że choć się staram, jego zachowanie i tak się nie zmienia. Wtedy jest szansa, że dojdzie do głosu złość i bunt. Kobieta, która żyje w takim związku, nie ma wykształconej tożsamości związanej z istnieniem w świecie. Ma silną potrzebę przynależności do kogoś. Ma słabe granice, przepuszczalne, nie umie ich stawiać. Nie potrafi zareagować na przemoc słowną, autorytarność. Nie potrafi powiedzieć: „Nie zgadzam się”. Nie potrafi bronić swoich poglądów, łatwo można ją zepchnąć na dalszy plan. I choć kiedyś potrafiła wyrażać swoje myśli i potrzeby, z czasem traci taką zdolność. Zaczyna rozumieć, że to nie ona jest najważniejsza w tym związku.

Mężczyzna w swoim postępowaniu nie widzi niczego niewłaściwego?
Ci o rysie narcystycznym są skupieni na sobie, na swoim wewnętrznym świecie i czujni na reakcje świata zewnętrznego wobec nich. Wydaje się, że tacy ludzie jako dzieci byli rozpieszczani, wszystko dostawali, dlatego teraz mają roszczeniową postawę wobec świata. Niekoniecznie. Mogło być tak, że doznali w życiu wiele cierpienia, krzywdy i bólu, i teraz za wszelką cenę próbują udowodnić sobie i wszystkim wokół, że jednak są coś warci, nie są zerem, nikim. Dlatego stawiają siebie na pierwszym miejscu, grają w teatrze jednego aktora, chcą być ważni i potrzebni, warci uwagi.

Rozpaczliwie walczą o siebie.
Nie widzą i nie słuchają innych. Gdy mówimy coś do takiej osoby, ona od razu przerywa i zaczyna mówić o sobie, wtrąca swoje komentarze, pokazując siebie, swoje zdanie, swoje życie, pozycję, mądrość. Jej „ja” jest wyolbrzymione.

Co mówią takie kobiety, gdy przychodzą po pomoc?
Czuję się samotna. Czuję wewnętrzną pustkę. On ma zawsze rację. Nie pomaga mi. Nie rozmawia ze mną wtedy, kiedy ja tego potrzebuję. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Gdy robię to, co on chce, też nie jest zadowolony. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba, nie potrafię zachować się w towarzystwie. Zawsze przegrywam. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze.

Kobieta już wie, że potrzebuje wsparcia – przełomowy moment.
Pragnie ocalić resztki godności. Jednak boi się budować własne życie, ponieważ straciła nad nim kontrolę. Straciła orientację, kim jest. Słyszała tyle pogardliwych komunikatów na swój temat, że przestała w siebie wierzyć. Nie wie, czy jest wartościowa, czy nie, czy jest atrakcyjna, czy może się podobać. Budujemy program zmiany. Uświadamia sobie swoje stare wzorce; dlaczego tak bardzo się stara, dlaczego tak bardzo chce zasłużyć na miłość, dlaczego wykształciła tak nadmierną potrzebę związku z tym właśnie partnerem. Poznaje swoje ograniczenia, które pozwolą jej wyplątać się z sieci niezaspokojonych potrzeb, z pułapki, w której utkwiła.

Zmiana może być bolesna.
Kobieta mówi: „No dobrze, ja zacznę się zmieniać. Ale co mam właściwie robić? Dokąd pójdę? Nie mam już żadnych znajomych ani przyjaciół. Kiedyś miałam, ale przestałam dbać o te relacje, bo mój partner chciał mnie tylko dla siebie. Wtedy mi się to podobało… Rodzina też nie chce się ze mną kontaktować, bo już tyle razy radzili mi, co mam robić, a ja ciągle robię to samo. Jak mam wyjść do świata? Kto mnie przyjmie?”. Przez lata słyszała przecież: „A kto ciebie zechce? Do niczego się nie nadajesz”. Stopniowo krok po kroku kobieta odbudowuje poczucie własnej wartości, nawiązuje relacje z ludźmi, uczy się akceptować siebie, także własne słabości i błędy. Uczy się radzić sobie z różnymi problemami, z kryzysami. Uczy się lubić i szanować siebie. W pierwszej kolejności jednak wzmacniamy zasoby, ustanawiamy granice, żeby mogła skutecznie ochronić siebie przed przemocą. Uczy się wyrażać niezgodę i radzić sobie z reakcją partnera. Musi też zobaczyć siebie, zanim powie „nie” partnerowi. Musi zrozumieć, na czym polega toksyczność związku, dlaczego w nim tkwi, i nie może się wyplątać, jakich potrzeb nie realizuje i jakie to ma skutki. Musi poczuć, że coś znaczy, że jest osobą, która może i powinna zawalczyć o swoje miejsce w życiu. Niekoniecznie związek musi iść na straty, ale kobieta musi przestać bać się wyrażać siebie. Przekraczanie lęków i ograniczeń wyniesionych z przeszłości może być przygodą w poszukiwaniu siebie i straconego szczęścia. Nie jesteśmy sami w świecie. Są instytucje, w których można uzyskać pomoc, są grupy dla współuzależnionych, można iść na terapię. Szczególnie pomocne są grupy, ponieważ zyskujemy wiedzę, że nie jesteśmy odosobnione w tym, czego doświadczamy i co przeżywamy, wiedzę o tym, w jaki sposób inni sobie radzą, wspólnotę. Źródła wsparcia to także nasze mocne strony, miłość płynąca od dzieci, od innych, zasoby finansowe, jeśli są. A także nasze marzenia, które czekają na spełnienie.

Janina Węgrzecka-Giluń terapeutka, trenerka, absolwentka Studium Terapii Uzależnień i Współuzależnienia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze