Katarzyna Miller radzi: „Podziękuj rodzicom”

Nie mówmy rodzicom wszystkiego, nie zwierzajmy się z naszych problemów: w pracy, w domu czy z dziećmi. Rodzice to jednak nie nasi przyjaciele. (fot. iStock)

Za życie, za opiekę, za to, kim jesteś. Ale nie dziękuj za to, co było złe, to przepracuj w samotności lub na terapii. Podziękuj rodzicom też w tym sensie, że zwolnij ich z zajmowania się twoim życiem. Bo to już twoje zadanie. Psycholożka Katarzyna Miller daje pierwszą lekcję dorosłości.

Wszyscy ludzie chcą mieć dobre życie, czyli dostatek, spokój i taki rodzaj pewności, że dają radę. Że mają przed sobą jakieś perspektywy, spełniają swoje marzenia. I zwykle bardzo dużo wysiłku wkładają w to, by takie życie sobie zbudować. A potem im wybija szambo. Tak strasznie się napracowali i miało być im tak dobrze, a nie jest. I o tym mówi jedna z pierwszych życiowych lekcji: „Jeśli chcesz mieć dobre życie, to ono musi być naprawdę twoje”. W tym sensie, że masz przestać się wiecznie oglądać na innych, a zwłaszcza na rodziców. Przestać patrzeć na nich jako na wzorzec albo jako na antywzorzec.

Jeżeli dorastając w rodzinnym domu, mówimy sobie: „U mnie nigdy tak nie będzie”, to jest to nieprawda, bo na pewno czasem będzie. Prędzej czy później, w sposób osmotyczny, nauczymy się krzyczeć albo zamiatać problemy pod dywan, kłócić się lub chować urazę, o wszystko się obwiniać bądź robić wyrzuty innym, albo za dużo sprzątać, albo nic w domu nie robić. Może zdarzyło ci się przyłapać na tym, że to, czego tak nie lubiłeś u swoich rodziców, nagle staje się twoim nawykiem i na przykład czepiasz się partnera o głupoty czy straszysz swoje dzieci. To są wszystko odpryski naszego domu rodzinnego, który był, jaki był, i inny nie będzie. I to też trzeba sobie powiedzieć. Po to, by to zaakceptować i w jak najbardziej dorosły i mądry sposób z tym się pożegnać.

Pierwszy raz na wolności

Trudno powiedzieć, kiedy jest ten najwłaściwszy moment, by się odpępowić od swoich rodziców. Są osoby, które mówią: „Wiedziałem, że po maturze muszę się wyprowadzić, nie wiedziałem jeszcze dokąd, ale wiedziałem, że już nie mogę mieszkać z rodzicami”. Można powiedzieć, że to są ludzie, którzy mają dobrą intuicję, a matura rzeczywiście jest dość naturalną cezurą dorosłości, wcześniej raczej trudno jest się usamodzielnić, a przede wszystkim wyprowadzić, dlatego przeważnie do osiemnastki siedzimy w rodzinnych domach. Potem zwykle wyjeżdżamy albo za nauką, albo za pracą. Człowiek wtedy już coś zarabia, dorabia, ma stypendium – uczy się gospodarować pieniędzmi. Ma też własny kąt, wynajmowany wspólnie z kolegami, koleżankami lub narzeczonym – uczy się prowadzić dom. Podejmuje pierwsze samodzielne decyzje dotyczące własnego życia. To wielki test na dojrzałość i samodzielność. Jeśli przegapimy ten moment, to wciąż ciągniemy za sobą ogon, przez który nie mogą za nami zamknąć drzwi dzieciństwa. Bo tatuś sobie życzył, żebym poszła na prawo, a mamusia chciała, żebym znalazła porządnego chłopaka. A potem dopytują: „Kiedy dzieci?” albo „Jak ty możesz mieszkać tak długo sama?”. Krytykują, jak urządziłeś mieszkanie i albo ci w nim wciąż sprzątają, albo kupują coś, czego ich zdaniem koniecznie potrzebujesz.

Kwestia pieniędzy to jest w ogóle dobry sposób, by przycapić dzieci. W Polsce bardzo popularny. A to kupi się im mieszkanie, a to się dołoży do samochodu, a to coś drogiego sprezentuje – takie obdarowywane dziecko jest zobowiązane robić to, czego chcą rodzice. Bo skoro kupili, to mogą rozliczać. Dzieciom się wydaje, że będzie im łatwiej, jeśli dostaną. Otóż będzie tylko trudniej. Będą się musiały ciągle z czegoś tłumaczyć i być w pogotowiu, bo a nuż mama przyjedzie i sprawdzi. A jak wydałaś nie na to, na co ona chciała? Troszkę prościej dostawać pieniądze w prezencie np. na urodziny, bo wtedy możesz już z tym prezentem zrobić, co chcesz. Chyba że to są duże pieniądze i tylko „przemycone” jako urodzinowy prezent – wtedy to znów jest próba uwiązania ciebie.

Rodzice zwykle reagują źle na odmowę wzięcia pieniędzy: „A komu mamy dać, jeśli nie tobie? Jesteś naszą córeczką”. Wtedy trzeba im powiedzieć: „Ja wam serdecznie dziękuje za wasze dobre chęci, jesteście kochani, że chcecie mi dać pieniądze, ale bardzo was proszę, żebyście wierzyli we mnie, że ja sobie poradzę. I żebyście skorzystali z tych pieniędzy sami, bo wam się to należy po tylu latach starania się o to, bym miała dobre życie”. Rodzicom też trzeba robić prezenty, może niekoniecznie w postaci pieniędzy, ale dawać im kwiaty, czekoladki i jak najczęściej im dziękować. Ja mam w ogóle taką strategię postępowania wobec rodziców, którzy próbują dziecko jak najdłużej przy sobie utrzymać, by się z nimi nie kłócić i nie obrażać się na nich, tylko im dziękować. Ale jeśli mieliśmy z nimi dużo nieprzyjemnych przejść, to trzeba z tą przeszłością najpierw się rozliczyć. Na terapii. Nie osobiście, wmawiając im, jak to cię mocno skrzywdzili. Chyba że były to krzywdy oczywiste, jak tatuś, który znęcał się psychicznie w dzieciństwie, a teraz udaje, że tego nie było. Albo matka, która lała sznurem od żelazka. Wtedy należy to ujawnić. Dziecko musi zawalczyć o swoją godność, o szacunek dla siebie. Nie można przez całe życie połykać żaby i udawać, że była smaczna. Nie można też dziękować za zło. Dopiero kiedy to zło nazwiemy, ustalimy, kto za nie był odpowiedzialny i czy na pewno było tak wielkie, jak nam się wydaje, możemy zobaczyć też dobro.

Gdy jesteśmy dorośli, stać nas na to, by zdać sobie sprawę z tego, że nasi rodzice dali nam to, co mogli, a tego, czego nie mogli, to nam nie dali. (fot. iStock)

Dużo szczerości i jasne granice

Skoro nie chcemy, by rodzice mówili nam, co mamy robić, nie rządźmy się też w ich życiu. Nazywam to zemstą młodych. Takie gadanie: „A byście gdzieś wreszcie wyjechali…, a byście się rozwiedli, jeśli się ciągle kłócicie…, a byście babcię oddali do domu starców”. Dzieci też często chcą się wtrącać i na siłę uszczęśliwiać rodziców. Zwykle kończy się to tak samo jak próby ich uszczęśliwienia przez rodziców w młodości.

Nie jestem zwolenniczką wyjeżdżania z rodzicami na wakacje, takiego własnie uszczęśliwiania ich na zasadzie: „Mama zawsze chciała jechać na Kretę, to kupię wycieczkę i obie pojedziemy”. I potem taki wyjazd okazuje się koszmarem, bo mamie jest a to za gorąco, a to za drogo, a to jedzenie niedobre. Nie należy spełniać marzeń innych na naszych warunkach. Jeśli mama bardzo chce z tobą gdzieś pojechać, a do tego lubicie się i dobrze dogadujecie, to jedźcie, jak najbardziej. Mówię o mamusiach, które są nieszczęśliwe i cokolwiek byś zrobiła, to ich nie uszczęśliwisz. Jeśli chcesz, zafunduj jej wyjazd z tatą i niech sami zdecydują, dokąd chcą pojechać.

Może to niektórych zdziwi lub zaszokuje, ale uważam też, że po uzyskaniu dorosłości nie trzeba się zbyt często spotykać z rodzicami, chyba że ich jest łatwo kochać i że mamy z nimi naprawdę fajną, bliską i dobrą relację. Ale kiedy są marudni i wiecznie niezadowoleni, kiedy lubią nam wytykać ciągle te same winy i błędy, krytykować nas, wciągać w swoje rozgrywki – ograniczmy kontakty.

Najlepiej wpadać do domu raz na jakiś czas, na kawkę i z kwiatkiem. I jak najczęściej mówić, że jesteście im wdzięczni; że to, jacy jesteście, im zawdzięczacie. Co wam szkodzi tak powiedzieć? Nic na tym nie tracicie, a oni nareszcie mogą być spokojni i dumni, że dziecko zmądrzało i wreszcie doceniło ich trud. Rodzicom ostatecznie naprawdę tylko o to chodzi: chcą wiedzieć, że zrobili, co mogli, i że ich dziecko sobie radzi. I pamiętajcie, by jak najczęściej wysłać kartkę z wakacji, na urodziny, imieniny lub bez okazji (nie SMS-a, tylko kartkę napisaną ręcznie) – to dowodzi, że o nich pamiętacie, szanujecie ich, a jednocześnie zwalnia z częstego bywania u nich.

Nie mówmy im wszystkiego, nie zwierzajmy się z naszych problemów: w pracy, w domu czy z dziećmi. Rodzice to jednak nie nasi przyjaciele. Można się z nimi nauczyć fajnie żyć, ale to zawsze będą rodzice, którzy zanadto się martwią i nie wszystko o tobie wiedza, mają swoje uprzedzenia i inne zdanie. W Polsce wiecznie się podkreśla rolę rodziny, że taka szalenie istotna. Najgorsze jest takie wychowanie na zasadzie „nikogo do domu nie zapraszamy i do nikogo nie chodzimy”, a świat jest zły i może cię skrzywdzić, tylko rodziny możesz być pewien. Tymczasem rodzina bywa też źródłem patologii. Ja to szybko zrozumiałam i postanowiłam sobie sama wybrać rodzinę spośród ludzi, których spotykałam. Raz mi to wychodziło lepiej, raz gorzej, ale wiele domów moich przyjaciół stało się moimi zastępczymi domami. Dlatego rozglądajmy się po świecie, po ludziach i różnych domach. I bierzmy z tego, inspirujmy się.

Po czym poznać, że tego potrzebujesz?

Na przykład po tym, że opowiadasz przyjaciółce czy partnerowi: „Matka zadzwoniła i oczywiście po pięciu minutach byłam już wściekła”. Odkładasz słuchawkę i przez pół dnia cię nosi. Znowu ci nagadała, znowu ci nie uwierzyła, znowu potraktowała cię jak smarkacza. A do tego jeszcze jutro musisz do niej zadzwonić. Bo gdy nie zadzwonisz, to powie: „Przecież miałaś wczoraj zadzwonić, czemu nie zadzwoniłaś?”. Cały czas w waszej relacji jest takie wylewanie pretensji. Masz męża, dzieci, jesteś kierowniczką działu w pracy, a tu nagle zachowujesz się jak nastolatka, która trzaska drzwiami i krzyczy na matkę, że jej nienawidzi. Mentalnie wracasz do dziecięcego pokoju.

Jesteś świadoma, że powinnaś wyznaczyć jej granice, ale boisz się, że to obudzi w niej opór? Nie będzie oporu, jeśli postawisz na szacunek i wdzięczność. Jeżeli zwykle dzwonisz do mamusi i mówisz, że wszystko jest do dupy, to ona ma poczucie, że coś musi zrobić: albo się martwić, albo coś doradzać, a poza tym czuje, że jej misja jeszcze nie jest skończona. A jeśli będziesz powtarzać, że wszystko u ciebie w porządku, że radzisz sobie, raz lepiej, raz gorzej, ale radzisz – to ona będzie miała poczucie, że tego cię własnie nauczyła: bycia dobrą żoną, matką, szefową, rozwiązywania swoich problemów. Jako dodatek możesz od czasu do czasu poprosić, by zdradziła ci przepis na te pyszne racuszki, co kiedyś je robiła. Uszczęśliwisz ją tym. I siebie przy okazji – racuszkami.

Może się zdarzyć, że kiedy tak jasno zaczniemy wyznaczać granice, jakiś głos w środku powie, że jesteśmy wyrodnymi dziećmi. Nic dziwnego, skoro rodzice nam powtarzali, że kiedy żyjemy swoim życiem, to jesteśmy niewdzięczni. W ten sposób zrobili nam krzywdę, bo wychowali nas dla siebie, nie dla nas samych. Nadal słychać w niektórych domach to straszne powiedzenie: „Mam dziecko, na starość nie będę sama”, a bzdura, takie dziecko, daj Boże, na starość wyjedzie do Anglii lub do Peru, żeby być jak najdalej. Albo inny stereotyp, że dziecko jest moją wizytówką, czymś, czym mogę się pochwalić. Że ma dobrą pracę albo ładne dzieci, a jeśli nie ma, to mam pretensje, że robi mi to na złość. Uwolnijmy się od takich stereotypów i uwolnijmy się od takich rodziców. Oni są z innego pokolenia, z innego kawałka życia, od czasów ich młodości wiele się zmieniło, a poza tym sami od tego czasu wiele zapomnieli, bo gdyby nie zapomnieli, to byliby inni. Poza tym oni też musieli na nas odreagować po swoich rodzicach. Dlatego ktoś w końcu musi przerwać tę sztafetę. Powiedzieć: „Wystarczy, nie będziemy powtarzali w nieskończoność tych samych pierdół”. I to możesz być ty. Możesz im powiedzieć: „Będę żył tak jak chcę i dziękuję wam serdecznie za życie i za to, że daliście mi tyle, ile mogliście”. I już.

Dobrze też spojrzeć na nich jako na ludzi z określoną historią życia, z pewnymi deficytami z dzieciństwa i wyzwaniami dorosłości. Mnie w zrozumieniu mamy i taty i pogodzeniu się z tym, jacy byli, pomogło to, że podczas nauki zawodu robiliśmy diagnozy psychologiczne naszym rodzicom. To była cudowna rzecz. Widzisz, w jakich czasach przyszli na świat, jak ich wychowywano, i od razu zaczynasz postrzegać rzeczy z właściwej perspektywy. A nie tylko jako twoją osobistą krzywdę.

I pomagajmy sobie w związku lub małżeństwie z odcinaniem tej pępowiny. Jeżeli twój mąż mówi do ciebie: „Pogadam z twoją mamą, bo ona mnie lubi, powiem jej to, czego ty nie możesz jej powiedzieć” – to podziękuj mu za to, nie krzycz: „No i znowu jej się podliżesz”. Jeśli twoja dziewczyna mówi: „Raz na jakiś czas przyjdź do mojej matki, bo ona się czuje urażona”, powiedz: „Dobrze, a ty raz na jakiś czas zrobisz dla mnie coś innego, co jest dla ciebie trudne, a na czym mnie zależy”. Załatwiajmy to w ten sposób. Jeżeli ona kocha swoją matkę, a ty jej nie znosisz, ale jej to nie przeszkadza i mówi „OK, nie musimy jej dziś zapraszać”, to jej powiedz: „Jesteś kochana”. Jeżeli on sobie nie radzi ze swoja matką, co jest bardzo częste, i leci do niej, gdy tylko ona zawoła, to zrozum i powiedz: „Bardzo ci współczuję, jeśli uważasz, że musisz, to pędź”. Ale masz też prawo powiedzieć: „Nie chcę do niej jeździć co niedziela, lecz od czasu do czasu mogę dla ciebie pojawić się na obiedzie”. Pamiętaj, jak najkrótsze spotkania. Kwiaty, kawa i wychodzisz, póki jest miło. No i koniecznie powiedz teściowej: „Dziękuję ci za twojego syna, bo gdyby nie ty, nie byłby taki, jaki jest, a takiego go właśnie kocham”. Jeśli nawet bardzo nielubianej teściowej to powiesz, od razu zamykasz jej usta. A mówisz najczystszą prawdę.

Jak dorosły z dorosłym

Im więcej bierzemy od rodziców, na im więcej rzeczy liczymy, im bardziej uważamy, że powinni nam coś dawać, bo wcześniej nie dali – tym bardziej jesteśmy uwikłani w swoją krzywdę. I tym bardziej jesteśmy później niezadowoleni z siebie. Gdy jesteśmy dorośli, stać nas na to, by zdać sobie sprawę z tego, że nasi rodzice dali nam to, co mogli, a tego, czego nie mogli, to nam nie dali. Ale bardzo się starali. Bo wszyscy się starają, oprócz skrajnie patologicznych przypadków. I trzeba to docenić. Wiadomo, że sobie zawdzięczasz najwięcej, ale im też. Dlatego kiedy im podziękujesz, będą mogli odetchnąć i zająć się wreszcie swoim życiem. Przestaną się ciebie czepiać, a może nawet „zgłupieją”. Co się temu dziecku stało? Jako kilkulatek marudziło, jako nastolatek krzyczało, a teraz nam wiecznie dziękuje.