fbpx

Leki na całe zło: po co nam psychotropy?

Leki na całe zło: po co nam psychotropy?
fot.123rf

Przynoszą upragniony dystans, spokój i ukojenie, pomagają znieść trudne życiowe sytuacje. Łagodzą objawy depresji i nerwicy. To dobra strona leków psychotropowych. Ta zła? Coraz więcej ludzi, chcąc uciec przed bólem i stresem, zaczyna ich nadużywać.
SMS Agnieszki do internistki: „Mogę wpaść wieczorem po receptę? Mam stresujące spotkanie, zabrakło mi proszków”. Po chwili odpowiedź: „Nie ma mnie w mieście”. Agnieszce zaczyna walić serce. „Dziś już brak miejsc, doktor jest na urlopie, proszę dzwonić jutro”, słyszy, gdy próbuje umówić się u jednego psychiatry, drugiego, trzeciego. Przeszukuje torebki, wyrzuca rzeczy z szuflad, kosmetyczki. Opróżnia też portfel – kiedyś wsadziła tam pastylkę uspokajającego afobamu. Może tabletka się ukruszyła i znajdzie choć odrobinę? W końcu dzwoni do kuzyna neurologa. „Od kiedy ty to bierzesz? Ile tabletek dziennie? Coś jeszcze łykasz?” – słyszy następnego dnia w jego gabinecie. To jest upokarzające. Ale zniesie wszystko, byle tylko dostać receptę. Ona, 37-latka, mama dwóch chłopców, przewodnicząca szkolnej rady rodziców, tłumaczka. „Zachowuję się jak narkomanka”, myśli. Wieczorem znów czyta na internetowych forach historie ludzi, którzy biorą leki nasenne, uspokajające, antydepresyjne. Wymieniają się opiniami na temat poszczególnych specyfików, ich działania, efektów ubocznych. Opisują, jak ciężko niektóre z nich odstawić. „Jestem w matni”, stwierdza.

Dostępność

Ze statystyk: Codziennie łykamy co najmniej milion antydepresantów, to o 20 procent więcej niż kilka lat temu. Tak wynika z badań profesora Janusza Heitzmana, prezesa Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, profesora Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Łykamy też leki nasenne i uspokajające. Leki psychotropowe weszły na rynek w latach 60. i przyniosły rewolucję w radzeniu sobie z problemami natury psychicznej. Największą popularność zyskało valium i relanium. Początkowo uchodziły za bezpieczne, dopiero w latach 70. badania wykazały ich właściwości uzależniające. Jak to wygląda dzisiaj? Nie ma oficjalnych aktualnych danych statystycznych, ile osób dziś nadużywa tych leków, ale według szacunków jest to kilka milionów ludzi. Ta liczba będzie prawdopodobnie rosnąć. Według badań co piąta dorosła osoba doświadcza na którymś etapie życia zaburzeń psychicznych. Najczęściej są to nerwice, zaburzenia lękowe, depresje oraz psychozy. Już ponad połowa Polaków obawia się o swoje zdrowie psychiczne.Karina Chmielewska, psychiatra z Instytutu Psychitarii i Neurologii: – W samych lekach nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, są sytuacje, kiedy są niezbędne. Ich celem jest pomoc człowiekowi, wyciszenie niepokojących objawów, które utrudniają prawidłowe funkcjonowanie. Ale należy je brać według ściśle określonego reżimu, wskazań psychiatry. Leki nie rozwiązują problemów, ale łagodzą objawy chorobowe, i dlatego farmakoterapii powinna towarzyszyć psychoterapia. W Polsce za mało mówi się o szkodliwości długoterminowego brania leków, szczególnie tych z grupy benzodiazepin, które mają właściwości uzależniające. Otwarcie mówimy o alkoholizmie, narkomanii, ostatnio o hazardzie. Lekomania to wciąż tabu. Szczególnie że łatwiej zracjonalizować sobie konieczność brania. Przecież to nie są używki, tylko lekarstwa, przepisał mi je lekarz.

Agnieszka: Od czterech lat bierze proszki uspokajające. Najpierw xanax, potem jego tańszy odpowiednik – afobam, teraz lorafen. Łykała też antydepresyjne trittico. Od roku „odzwyczaja się od leku”. Większość jej koleżanek miała epizod z psychotropami. To między innymi dlatego Agnieszka powtarzała sobie: „To żaden problem, tak żyją dziś wszyscy”.

Beata: Nie ma dzieci, ma za to dobrą pracę. Ale stresującą. Od dwóch lat nie zasypia bez nasennego stilnoksu, przed stresującymi produkcjami sięga po uspokajający clonazepam. Codziennie bierze też antydepresyjny seronil. Myśli o odstawieniu.

Marta: Przez dwa lata brała efectin, regularnie łykała tabletki nasenne. A kiedyś myślała: „Ci, co biorą psychotropy, są słabi”. Jej myślenie zmieniła śmierć taty. I ciąża, którą poroniła.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Powód

Według badań: Od początku polskiej transformacji ustrojowej najlepiej sprzedającymi się farmaceutykami są leki przeciwbólowe oraz nasenne i uspokajające – tak wynika z analiz Grażyny Świątkiewicz z Zakładu Badań nad Alkoholizmem i Toksykomaniami.

Ze statystyk: 85 proc. osób badanych przez profesora Heitzmana oceniło warunki panujące w naszym kraju jako szkodliwe dla zdrowia psychicznego. Powodem sięgania po różnego rodzaju psychotropy są: lęk przed bezrobociem (według 77 proc.), kryzys rodzinny (47 proc.), brak pieniędzy. Aż 25 procent Polaków czuje się wykończonych, 28 proc. twierdzi, że są zmęczeni,16 proc. – bardzo zdenerwowani, a 12 proc. odczuwa smutek i zmęczenie.

Karina Chmielewska: – Myślę, że łatwość sięgania po leki psychotropowe ma wiele wspólnego ze współczesną filozofią pod hasłem: Quality of Life. Chcemy mieć po prostu wygodnie – dom z podgrzewaną podłogą, filet bez ości, samochód zamiast autobusu. Robimy wszystko, żeby ułatwić sobie życie. Tak samo chcemy nie czuć bólu.

Agnieszka: – O xanaksie pierwszy raz usłyszałam od znajomego. Przechodził życiowy kryzys, jego żona zakochała się w innym. Po próbie samobójczej wylądował w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, dostał leki, między innymi ten magiczny xanax. Pół roku później odkryłam, że romans ma mój mąż. Nie wylogował się z Facebooka. Jego korespondencja z koleżanką z pracy pełna była: „pragnę”, „z nikim nie było mi tak dobrze”. Jego „drugie życie” trwało rok. Rok cierpienia, moich błagań, jego ciągłego zmieniania zdania. Nie spałam, nie jadłam, miałam napady lęku i paniki. A musiałam wstawać rano, szykować dzieci do przedszkola, pracować, sprzątać, po południu bawić się z chłopcami, uśmiechać się. Franek miał trzy lata, Antek pięć. W końcu zadzwoniłam do lekarki rodzinnej: „Błagam, niech pani mi da coś na nerwy, inaczej zwariuję”. „Może xanax?”. Bez słowa zapisała środek, za receptę wzięła 20 zł. Była sobota, kiedy wzięłam pierwszą różową pastylkę, synowie byli u mojej mamy. Ścięło mnie z nóg. Wtedy nie myślałam, że to z powodu zbyt dużej dawki. Pierwszy raz od miesięcy przespałam noc. Obudziłam się rano. Bez męczącego dygotu i walącego serca.

Beata: – Koleżanki wychodziły za mąż, rodziły dzieci. Byłam dumna z tego, że nie wpadłam w pułapkę tłuczenia kotletów na obiad. Przełomem były 40. urodziny. Co ja tak naprawdę mam, co mi się udało? – podsumowywałam. I okazało się, że poza rzeczami materialnymi nie mam nic. Może tylko kolejne zmarszczki, kolejny raz złamane serce i szefa, który, owszem, ma żonę, ale żyje tylko firmą. Do tego dotarło do mnie, że już mam mniej możliwości, żeby bawić się życiem. Koledzy z planu coraz częściej interesowali się młodszymi koleżankami. Kilka tygodni po magicznej czterdziestce umówiłam się z psychiatrą. „Jak ma nie być w depresji, jak nie urodziła dziecka, nie ma męża” – starszy pan bez skrępowania mówił o mnie w trzeciej osobie. A potem przepisał mi psychotropy.

Marta: – W lipcu trzy lata temu zadzwonił telefon: „Tata nie żyje”. To była moja siostra. „Żartujesz?”, spytałam bezsensownie. „Upadł w salonie. Wezwałyśmy z mamą pogotowie, ale reanimacja nic nie dała”. Pochodzę z niedużej miejscowości, gdzie tradycją jest to, że rodzina i bliscy czuwają przy zmarłym dzień przed pogrzebem. Mój ukochany tata w trumnie wyglądał jak groteskowa kukła: woskowa, sina twarz, z nosa i ust ściekała mu krew. To się podobno zdarza po wylewie. Tamtej nocy pierwszy raz dostałam napadu lęku. Ja, osoba, która zawsze twardo stąpała po ziemi. Wydawało mi się, że słyszę kroki, że coś mnie dusi. Obudziłam męża: „Błagam, nie śpij, ktoś tu jest”. Przytulał mnie, uspokajał. Robił to też wiele razy później – pomagało tylko na chwilę. Śmierć stała się moją obsesją. Koleżance na raka zmarła siostra, ktoś stracił dziecko, ktoś się utopił. Nie mogłam włączać telewizji, czytać gazet. Po pół roku zaszłam w ciążę. „Musisz teraz walczyć o siebie”, mówił mąż. Ale na USG okazało się, że mojemu dziecku nie bije serce. Przez trzy tygodnie nie wstawałam z łóżka. Marcin siłą zaciągnął mnie do psychiatry. „Stres pourazowy”, zdiagnozował tamten. Zalecił spotkanie u psychologa, zapisał leki. Kupiłam je, ale trzymałam w szafce. „Jedyną wartością w życiu jest siła”, mówiła babcia. Ale ja byłam u progu szaleństwa. Poddałam się po kolejnej nieprzespanej nocy.

Ulga

Karina Chmielewska: – Dziś mamy do wyboru mnóstwo różnego rodzaju leków. Dlatego tak ważne jest, żeby przepisywał je psychiatra po dokładnym zbadaniu pacjenta. I dokładnie uświadamiał go, jak który lek działa i jakie są konsekwencje jego przyjmowania. Inaczej działają leki przeciwdepresyjne, których stosowanie zaczyna przynosić efekt najczęściej dopiero po dwóch, trzech tygodniach, inaczej leki nasenne czy uspokajające, które, owszem, działają po 30, 40 minutach, ale można je stosować przez krótki czas lub brać tylko doraźnie. Problem w tym, że benzodiazepiny rzeczywiście przypominają swoim działaniem magiczną tabletkę. W bardzo krótkim czasie eliminują lęk, uspokajają, rozluźniają mięśnie. Mają – przy większych dawkach – też działanie nasenne.

Agnieszka: – Napięcie i lęk to dwa najsilniej towarzyszące mi w życiu stany. Łagodziłam je w różny sposób, najpierw objadając się czy pijąc alkohol. Później chodziłam na różne warsztaty psychologiczne, biegałam na terapię. Samoświadomość – to zyskałam. Moi rodzice wciąż się kłócili, ojciec był despotą. Nigdy nie wiedziałam, co zrobi za chwilę. Pamiętam, jak kiedyś wylałam zupę. „Ale jesteś roztrzepana”, roześmiał się. Kilka tygodni później za to samo dostałam lanie. W dorosłym życiu też wchodziłam w relacje z nieprzewidywalnymi ludźmi. Jak szefowa, to narcystyczna, jak mąż, to taki, który mnie zdradził. Byle drobiazg wytrącał mnie z równowagi. Leki psychotropowe przyniosły upragniony spokój. Nigdy wcześniej nie czułam się tak jak po tabletce xanaksu. „Matko, to tak się czują stabilni ludzie?”, myślałam. Mąż był z kochanką, a ja, zamiast leżeć na łóżku w dygocie, bawiłam się z synami i gotowałam obiad. Potem nawet śmiałam się do przyjaciółki: „Różowiutkie otulają mnie jak ciepła kołdra”. Przyjaciółka, twarda kobieta biznesu, odrzekła: „Co w tym złego? Amerykanki łykają xanax jak dropsy i jeszcze popijają je martini”.

Beata: – „Zwariowałaś?! Myślisz trochę?!” – szef darł się na mnie w swoim gabinecie. „Nie, nie zwariowałam. Po co krzyczysz?”. Rano wzięłam clonazepam, nic nie było mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. Mówiłam wolniej, spokojniej. W produkcji filmowej, gdzie pracowałam, to był największy dar. Wokół rozemocjonowani, histeryczni artyści, a ja człowiek zen. Skończyły się napady lęków, myśli o przemijaniu, w końcu dobrze spałam. „Obojętnie”, „jest, jak jest” – to były najczęściej używane przeze mnie zwroty.

Marta: – Powoli wracałam do siebie. Znów mogłam wspierać mamę, siostrę. Skończyły się koszmary, zaczęłam w miarę normalnie funkcjonować, wróciłam do pracy. Na terapię jednak nie poszłam. Miałam takie uczucie, jakbym swoje cierpienie włożyła do jakiejś szufladki w głowie. Czułam, że ono tam jest, ale szuflada była zamknięta. Nie chciałam tam zaglądać.

Uświadomienie

Pierwsze badania dotyczące tego, kto bierze w Polsce leki psychotropowe, kto ich nadużywa, zrobiono w latach 90. Okazało się, że stosują je przede wszystkim kobiety między 35. a 50. rokiem życia. Wiązano to z okresem około menopauzy, mniejszą odpornością na stres, obniżonym nastrojem. Dziś leki psychotropowe potrafią brać nawet nastolatki i dzieci. Kto ich nadużywa?

Karina Chmielewska: – Pacjent powinien przyjmować leki według zaleceń lekarza. Powinno się sprecyzować, jakie są oczekiwania wobec danego leku i jego ograniczenia. Te same kryteria stosuje się przy kończeniu kuracji danym lekiem. W praktyce często pacjent ogranicza swoje leczenie do farmakologii, pomija uczestnictwo w psychoterapii, „przywiązuje się” do swojej tabletki. Część pacjentów uzależnia się od leków uspokajających. W wyniku rozwoju neuroadaptacji, czyli przyzwyczajania się organizmu do leku, w celu uzyskania tego samego efektu trzeba brać coraz większe dawki. Zaczyna się kombinowanie, zmienianie lekarzy, wszystko po to, żeby zdobyć kolejne recepty.

Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholożka, psychoterapeutka specjalizująca się w leczeniu uzależnień: – Od tabletek może uzależnić się każdy, kto zaczyna brać je w sposób niekontrolowany. Każdy, kto zaczyna szukać w nich ukojenia. Pewnie częściej są to osoby o dużym poziomie lęku, które mają trudności w radzeniu sobie z problemami, czasem te narażone na stres. Trudno jednak uogólniać, bo zdarza się, że ktoś przeżył ostry epizod depresyjny, dostał leki, a potem już nie potrafi z nich wyjść. W przypadku uzależnienia od benzodiazepin czy środków nasennych, podobnie jak przy każdym innym nałogu, ludzie racjonalizują swoje postępowanie. Biorę, bo to mi robi dobrze. Dzięki temu się nie denerwuję. Zawsze mogę odstawić, ale teraz tego nie zrobię, bo mam w życiu kryzys, problemy w pracy, dzieci na głowie. Uświadomienie czasem przychodzi nagle: bo zabrakło tabletki, a my dostajemy objawów odstawiennych. Bo widzimy, że bierzemy coraz większe dawki, które przynoszą coraz mniejszy efekt. Nadużywanie leków sprawia, że jesteśmy coraz mniej obecni tu i teraz, nasze życie toczy się od jednej tabletki do drugiej, coraz gorzej się czujemy. I fizycznie, ponieważ bardzo obciążone żołądek oraz wątroba dają znać o sobie. I psychicznie, bo jesteśmy rozdrażnieni, roztargnieni, mamy problemy z koncentracją, pamięcią.

Agnieszka: – Pierwszy raz chciałam odstawić po roku. Skończyły mi się tabletki, postanowiłam nie brać kolejnej recepty. Mniej więcej po 20 godzinach od wzięcia ostatniej dawki poczułam kłucie w klatce piersiowej. Zbagatelizowałam to. Przez cały dzień chodziłam rozdrażniona, bolało mnie ciało. Wieczorem zrobiłam awanturę chłopcom o źle odłożony kubek i pobrudzoną serwetkę, drżały mi ręce, każdy hałas rozwalał głowę. Rano już byłam u swojej lekarki. Po wzięciu pastylki jak ręką odjął, wszystkie objawy zniknęły. Ale powtarzałam sobie: „Przecież biorę tylko jedną tabletkę. Ta racjonalniejsza część mnie wiedziała, jaka jest prawda: internistka zaczęła patrzeć krzywo, umawiałam się z kolejnymi psychiatrami. „Tak, chcę odstawić, tak, oczywiście”. W końcu namówiona przez jedyną przyjaciółkę, która wiedziała, że łykam tabletki, poszłam do najlepszego psychiatry w mieście. Wizyta 300 zł. Śmiałyśmy się i nazywałyśmy go doktor Drogi. Jest podobno mistrzem wyciągania ludzi z leków. Przepisał mi trittico i jeden z neuroleptyków. Kazał zacząć brać te proszki po to, żeby łatwiej było mi zejść z xanaksu. Neuroleptyk miał zapobiec napadom padaczki, trittico miał mnie wyciszyć. „Widzę panią za dwa tygodnie”. Więcej do niego nie poszłam – z xanaksu nie zeszłam, neuroleptyk i trittico zaczęłam brać już regularnie. Przełomem był moment, w którym lekarka odpisała: „Nie ma mnie w mieście”. I mój kuzyn neurolog, który wprost powiedział: „Ale wiesz, że jesteś uzależniona? Jeśli chcesz, załatwię ci miejsce w szpitalu”. „Miejsce w szpitalu, co to za bzdury. I co ja powiem dzieciom?”.

Beata: – Pierwszy moment przełomowy. Pojechałam na noc do przyjaciółki, wypiłyśmy dwa wina. Kładąc się spać, sięgnęłam po swój woreczek z lekami. „Co ty łykasz? Przecież piłaś alkohol”. Przyjaciółka jest dziennikarką, więc zarzuciła mnie pytaniami. Wyciągnęła ze mnie wszystko. „Jesteś lekomanką, zachowujesz się jak moja mama”. Porównanie z jej mamą było na wyrost, ale mną wstrząsnęło – była alkoholiczką i narkomanką, która nałogami zniszczyła sobie życie. Kilka tygodni później wyjechałam na plan reklamy do Krakowa. Spieszyłam się, wychodząc z domu, tabletki zostały na stole. Ledwo przeżyłam pierwszy dzień. Wieczorem upiłam się do nieprzytomności, co trochę ukoiło mój ból. Drugiego dnia dostałam drgawek, kolega odwiózł mnie do szpitala, byłam pewna, że umieram na zawał. Lekarz w szpitalu spytał wprost: „Co pani bierze?”.

Marta: – Zrezygnowałam z leków po pół roku. Wydawało mi się, że czuję się już dobrze, mogę wrócić do normalnego świata. Planowałam kolejną ciążę, ginekolog powiedział, że starając się o dziecko, nie mogę nic brać, szczególnie że wcześniej poroniłam. Przez kilka dni było nieźle, choć brakowało mi porannego rytuału: kawa, śniadanie i tabletka. Po kilku tygodniach lęk przed śmiercią wrócił ze zdwojoną siłą, znów miałam koszmary. W centrum handlowym pierwszy raz w życiu dostałam napadu paniki, dusiłam się w windzie. Było ze mną gorzej niż wcześniej.

Walka

Karina Chmielewska: – Niektórych leków, szczególnie benzodiazepin, nie można odstawiać nagle. Powinno się to robić powoli, zmniejszając dawki o dziesięć procent co tydzień, dziesięć dni, koniecznie pod kontrolą lekarza, który może przepisać również środki zastępcze, łagodzące objawy odstawienia. Zespoły abstynencyjne jako konsekwencja długotrwałego przyjmowania benzodiazepin należą do jednych z bardziej uciążliwych i długotrwałych.

Magdalena Nowak-Strelnikov: – Ponieważ osoby, które nadużywają leków, biorą bardzo często duże dawki, okres odstawiania musi trwać. Miałam pacjentkę, która brała dziennie pięć tabletek relanium, po pięć miligramów. Po roku doszła do dwóch tabletek po dwa miligramy. Teraz mija kolejny rok – bierze połówkę tabletki. Paradoksalnie z tej najmniejszej dawki bardzo trudno zrezygnować. Ludzie traktują lek jak wentyl bezpieczeństwa. Jedna z moich pacjentek nie brała już afobamu, ale w całym domu miała poupychane pudełka po nim. „To daje mi spokój”, mówiła. Ktoś, kto odstawia lek, ma często silne wahania nastroju, odczuwa ogromny ból, niektórzy mówią, że to jest o wiele silniejsze niż depresja. Ważna jest motywacja. Zobaczenie, jak bardzo zdestabilizowało się nasze życie. Przyglądanie się swoim emocjom. Czasem pytam: „Co ci daje spokój?”. „Tabletka”, słyszę. „Co cię relaksuje?” „Tabletka”. „Jaką potrzebę teraz czujesz?” „Wziąć tabletkę”. Trzeba od nowa szukać sposobów rozładowywania uczuć, radzenia sobie ze stresem, a to jest na początku bardzo trudne.

Agnieszka: – Trafiłam do mądrej psychiatry. „Czuję się przy pani bezpiecznie”, powiedziałam, gdy opowiedziała mi, że ze wszystkiego da się wyjść i że jedna z jej pacjentek po roku zeszła ze wszystkich leków, choć przez osiem lat brała kilka lorafenów dziennie. „Pani musi czuć się bezpiecznie sama ze sobą”, odpowiedziała. Powoli zmniejszała mi dawki, zapisała środki łagodzące. Kryzysy? Pierwszy tydzień leżałam w łóżku. Miałam wrażenie, że słychać było tylko moje walące serce. Rozsadzało mi klatkę piersiową. Ze zdwojoną siłą wróciło poczucie beznadziei. Małżeński kryzys, zranienie. Nie mogłam jeść. Potem, gdy czułam się już fizycznie lepiej, wystarczył drobiazg, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Krzyczące dzieci, mąż, z którym w końcu postanowiłam się rozwieść. Terapia, na którą chodziłam, uświadomiła mi jedno – leki w jakimś sensie zatrzymały mnie w starym życiu. Niwelowały lęk i ból, nie mogłam do końca przeżyć cierpienia, że moje małżeństwo się rozpadło. Zahibernowałam się i nie podejmowałam żadnych decyzji. Nagle zaczęłam znów płakać, to było straszne, ale z drugiej strony – przynosiło ulgę. Totalnie skrajne stany: od euforii po niemal fizyczną tęsknotę za stanem po. Ale wiesz, co było moją motywacją? Synowie. Codziennie odpowiadam sobie na pytanie: „Czy ja chcę, żeby oni kiedyś dowiedzieli się, że ich matka nadużywała leków?”.

Beata: – Najtrudniejsza była utrata kontroli. Wstyd w szpitalu, mina kolegów. Nakłamałam, że miałam jednorazowy atak padaczkowy. Krępowałam się rozmawiać o tym z ludźmi. Ja, taka silna, której koleżanki zazdrościły pięknego życia. W Internecie znalazłam porady, jak odstawiać psychotropy. Sama przestałam brać leki nasenne, uspokajające wyrzuciłam do śmieci. Nieprzespane noce, wymioty, fizyczny ból. Ciągle jestem jednak krok przed. Proszki zamieniłam na alkohol, wciąż biorę antydepresanty, tylko już nie tak dużą dawkę. Co kilka tygodni odkruszam kolejną ćwiartkę tabletki. Ostatnio w sieci znalazłam ileś ogłoszeń: „Sprzedam psychotropy bez recepty”. Wciąż o tym myślę. To trochę tak, jakbyś rozstała się z toksycznym kochankiem, ale wciąż chciała do niego wrócić: jeszcze tylko ten jeden raz… Potem to skończę…

Marta: – Mnie bardzo pomogła ciąża, w którą w końcu zaszłam. Miałam o co walczyć. Było mi łatwiej, bo podobno hormony zmieniają wszystko w głowie. Nie jestem na siebie zła, że sięgnęłam po lek antydepresyjny. Wtedy naprawdę tego potrzebowałam. Żałuję tylko, że łykałam te nasenne, bo zrezygnowanie z nich było najtrudniejsze. Nie jestem przeciwniczką leków, ale kiedy dziś myślę o tym czasie, przypomina mi się wiersz Wisławy Szymborskiej „Prospekt”: „Jestem pastylka na uspokojenie./Działam w mieszkaniu,/skutkuję w urzędzie,/siadam do egzaminów, /staję na rozprawie,/starannie sklejam rozbite garnuszki –/tylko mnie zażyj, /rozpuść pod językiem, […]/Oddaj mi swoją przepaść –/wymoszczę ją snem, /będziesz mi wdzięczny (wdzięczna) /za cztery łapy spadania./Sprzedaj mi swoją duszę./Inny się kupiec nie trafi. /Innego diabła już nie ma”.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>