fbpx

Kryzys małżeństwa i rodziny?

Kryzys małżeństwa i rodziny?
fot.123rf

Najmniej bezpieczne inwestycje to dziś miłość i małżeństwo. Dlatego zaczynamy cykl poświęcony poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jak zbudować trwały i udany związek. Czy miłość może trwać wiecznie? Jak kochać, by kochać szczęśliwie, i czemu to takie karkołomne przedsięwzięcie? Co ma z tym wspólnego syndrom „cyberautyzmu”? Jak uchronić przed nim nasze dzieci – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Ostatnio zarzucono mi jako dziennikarce propagującej psychoterapie, że to psycholodzy i kolorowe magazyny rozbijają rodziny, namawiają do rozwodów, każą stawiać na samorealizację. No to może wystarczy nie słuchać psychologów i nie czytać, żeby zagnieździć się na dobre w szczęśliwym i trwałym związku?

Widocznie konserwatystom i tradycjonalistom wygodniej jest myśleć, że to liberalna propaganda nakręca dekoniunkturę małżeństwa. To teza nieprawdziwa. Są istotne i złożone powody, dla których małżeństwa mają pod górkę. Pierwszym jest to, że rodzina przestaje być niezbędnym warunkiem do wystarczającego zadbania o wychowanie i edukację dzieci. Coraz większą odpowiedzialność za to bierze na siebie państwo. Można powiedzieć, że dzieci podlegają procesowi upaństwowienia. Nie wierzę, że państwo ma jakiś demiurgiczny, tajny plan produkcji dostosowanego do potrzeb rynku ludzkiego monotypu. Raczej odpowiada w ten sposób na ambicje i potrzeby obywateli. Skoro dorośli obojga płci chcą coraz więcej czasu poświęcać zarabianiu pieniędzy, realizowaniu swoich pasji i talentów, kupowaniu i konsumowaniu, to państwo – wykonując swoją służebną funkcję – powołuje coraz to nowe instytucje, które mają rodziców uwolnić od ciężaru opieki nad dziećmi. Skutkiem ubocznym jest kurczenie się czasu i zasobów energii, jakie dorośli chcą i mogą przeznaczać na pielęgnowanie rodzinnego gniazda i budowanie emocjonalnych więzi.

A więc ta wymuszana przez obywateli wychowawcza pomoc państwa sprzyja zanikowi instytucji małżeństwa?

Mówiąc krótko: kryzys instytucji małżeństwa i rodziny jest w ogromnej mierze uwarunkowany systemowo. Skoro przyjęliśmy, że PKB ma nieustannie rosnąć, to coraz więcej obywateli musi produkować, zarabiać i wydawać. Wiadomo, że dzieci w tym przeszkadzają, a w dodatku są nadzwyczaj mało opłacalną inwestycją. Szczególnie ostatnio, gdy okazało się, że ogromne pieniądze inwestowane w ich wychowanie i wykształcenie obciążone są 25-procentowym ryzykiem bankructwa. Bo oto nasze dorosłe, świetnie wykształcone dzieci nie znajdą pracy i pozostaną na garnuszku rodziców. To jeden z powodów coraz częstszych decyzji o nieposiadaniu dzieci. A skoro młodzi nie myślą o dzieciach, to po co im małżeństwo?

Ale co z tymi dziećmi, którymi opiekować się rodzicom pomaga państwo? Czy gdy dorosną, mają szanse na udany związek, na miłość, której nie zgasi pierwsza burza?

Nie mają lekko. Jeśli matce i ojcu brak czasu, by opiekować się dzieckiem przez co najmniej pierwsze pół roku jego życia, gdy go nie karmią, nie przytulają, nie kąpią, nie uczą świata, nie są blisko – gdy zastępują w tym ich inne osoby lub instytucje, to może się nie wytworzyć podstawowa więź emocjonalna między dzieckiem a rodzicami. Nawet jeśli rodzicom wystarczy instynktu, by – mimo braku kontaktu – kochać swoje dzieci, to dziecko i tak nie będzie czuło się dostatecznie kochane. Wtedy w jego psychice zagnieździ się trudno usuwalna wątpliwość co do możliwości bycia ważnym i wybranym przez kogokolwiek. Na dodatek brak silnej pozytywnej więzi między rodzicami a dziećmi – skutkujący brakiem umiejętności i potrzeby spędzania razem czasu – skazuje współczesne dzieci na budowanie zastępczej więzi z elektronicznymi maszynami. W rezultacie wychowujemy coraz więcej dzieci cierpiących na zaburzenie zdolności do kontaktowania się i współpracy z innymi ludźmi oraz do budowania trwałych relacji. Nazywam to syndromem cyberautyzmu. Moim zdaniem epidemia cyberautyzmu ma szerszy zakres niż coraz częściej diagnozowana u dzieci – przypuszczalnie powiązana z cyberautyzmem – łagodna forma autyzmu zwana zespołem Aspergera.

To prawdziwa ironia losu, że współcześni rodzice niedający klapsów, czytający o wychowaniu, mówiący o prawach dzieci itp. robią coś nie tak, i to bardzo…

W każdym razie jeśli czegoś z tym wszystkim nie zrobimy, to za dwa pokolenia dzieci będą produkowane głównie w laboratoriach. To pozwoli państwu na całkowite ich upaństwowienie i precyzyjne kontrolowanie niesfornej dotąd demografii. Przy okazji – owo praktyczne rozwiązanie problemów demograficznych fantastycznie sprzyjać będzie singlowaniu i przelotnym związkom. Sprzyjać będzie także całkowitemu poświęceniu się pracy, zarabianiu i zakupom przez przyszłych cyberautystycznych dorosłych. PKB z pewnością wzrośnie, ale czy ludzie będą szczęśliwsi?

Wróćmy jednak do tu i teraz: skoro pomoc państwa w wychowywaniu dzieci to nie odciążenie rodziców, ale strzał w kolano, to jak żyć we dwoje, a potem z dziećmi, aby miłość nie minęła, a dzieci nie wyrosły na emocjonalne cyborgi?

Partnerzy, którzy nie muszą wspólnie pokonywać trudności, troszczyć się o dobro dzieci i o siebie nawzajem, nie budują silnej więzi. Ludzi łączy nie tylko miłość, ale kto wie, czy nie bardziej jeszcze wszystko, co razem przeżyli, a szczególnie doświadczenie wzajemnego wspierania się, solidarności i liczenia na siebie nawzajem w trudnych sytuacjach i okresach życia. To często decyduje o tym, czy przeżywamy bycie razem jako ograniczającą konieczność, czy jako wyzwalające i otwierające nowe możliwości partnerstwo. Ludzie od zawsze zakochują się w sobie, chcą być razem, chcą budować wspólne życie. To potrzeba tak silna, że nawet powszechny cyberautyzm jej nie zniszczy. Ale jeśli samotność, singielstwo i samodzielne rodzicielstwo staną się całkowicie wygodne i bezpieczne – bo państwo wejdzie w rolę zastępczego megapartnera i megadziadka zarazem – to trwałe związki będą należeć do rzadkości. Zbyt łatwo w obliczu błahego kryzysu lub trudności w relacji będzie można pomyśleć: „A po co mi ten kłopot! Po co ten drugi człowiek, z którym muszę w pocie czoła szukać porozumienia i kompromisu!?”, i bez ryzyka i namysłu przedwcześnie i niepotrzebnie się rozstać.

Zwykle o nietrwałość związków i o rozpad małżeństw oskarża się nie państwo, ale emancypujące się kobiety. Ostatnio nawet filozofia gender przez część duchownych została uznana za źródło wszelkich rodzinnych patologii.

I znów konserwatystom i tradycjonalistom wygodnie jest tak myśleć. Ale prawda jest inna. Kobiety po raz pierwszy w zapisanej historii mają możliwość nie tylko godnego życia, ale nawet macierzyństwa bez udziału i pomocy mężczyzny. Już ich nie stygmatyzuje bycie samotną mamą czy singielką. A doświadczenie bycia zachwycającą i upragnioną – niestety mylone z miłością – oraz satysfakcję seksualną mogą sobie zapewnić bez ślubu, a nawet ryzyka dłuższego związku. Oczywiście, kobiety mogą to mieć tylko w nielicznych, wolnych od intensywnej pracy chwilach, ale mogą. I jeszcze jedno, nie mniej ważne: niestety, wszystko to sprzyja uaktywnianiu się w mężczyznach ich pierwotnego samczego egoizmu. Objawia się on narastającą tendencją do organizowania sobie życia na zasadzie wiecznych wakacji od rodzicielskich zobowiązań z jednoczesnym dążeniem do siania swego nasienia, gdzie się tylko da. Powoli wskaźnikiem sukcesu życiowego mężczyzny stawać się będzie sukces prokreacyjny mierzony liczbą spłodzonych dzieci, za które niekoniecznie bierze się odpowiedzialność. Z czasem zapewne wystarczy w tej sprawie pośrednictwo banku spermy i wyniki popularności swojego nasienia w rankingach portali społecznościowych. Słabi mężczyźni nie będą też mogli w przyszłości liczyć na wyrozumiałość i wsparcie autonomicznych silniejszych psychicznie i ekonomicznie kobiet. Staną się więc niebudzącymi szacunku wolnymi elektronami zajętymi różnymi formami zabawowej, sportowej, kibolskiej, konsumenckiej lub pseudopolitycznej rywalizacji.

To bardzo smutna wizja. Jakoś trudno połączyć w pary szczęśliwe i silne kobiety oraz mężczyzn na wiecznych wakacjach.

Sam mam nadzieję, że przesadzam, że ta wizja się nie urzeczywistni. Ale, niestety, nie mogę udawać, że nie widzę wielu poważnych przesłanek dla zaistnienia takiego scenariusza. Żeby coś zacząć zmieniać czy czemuś zapobiegać, trzeba najpierw zobaczyć, jak jest. Więc mówię, co widzę.

Jeśli jest tak, jak mówisz, to wiem już, dlaczego ponad dwie trzecie pozwów rozwodowych składają kobiety. Może więc należy zacząć przekonywać kobiety, żeby spróbowały dostrzec plusy związków z tymi nowymi mężczyznami na zasadzie: lepszy rydz niż nic. Tak czy inaczej, żeby nie rezygnowały tak łatwo z małżeństwa?

Jestem prawie pewny, że kobiety nie wnoszą pozwów rozwodowych tylko dlatego, że nagle doświadczyły kłopotliwej inwazji much w nosie. Zapewne wielu tych mężczyzn, którzy są genetycznie lub psychicznie niezdolni sprostać uzasadnionym oczekiwaniom swoich partnerek, przekonuje się obecnie, że nie może już liczyć na ich opiekuńczość, wyrozumiałość, cierpliwość lub bezradność. Z drugiej strony – tradycyjna formuła związków i tradycyjna konstrukcja mężczyzny coraz mniej podoba się współczesnym kobietom. Więc coraz śmielej korzystają ze swojej wzrastającej autonomii (i pomocy państwa), by poszerzać obszar wolności. Jeśli ich małżeństwo nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, komfortu i szczęścia, nie wahają się długo, by ulżyć swojemu losowi. Jeśli weźmiemy wszystko, co powyżej, pod uwagę, zobaczymy wyraźnie, że współczesne małżeństwo czy związek może zaistnieć i trwać tylko dzięki bardzo silnej miłosnej więzi i w pełni partnerskiej konstrukcji. Mężczyźni winni pamiętać, że teraz to kobiety w coraz większym stopniu decydują o regułach i zasadach gry – oraz o jakości zawodników – na arenach matrymonialnych zmagań. Bo jak powiedzieliśmy, po raz pierwszy w historii mężczyźni przestają być im w życiu niezbędni. Współczesna kobieta może chcieć być w związku, ale już nie musi. Gdy więc partner ma do zaoferowania jedynie widok siebie pijącego piwo w trakcie obsesyjnego oglądania kolejnych przegrywanych przez reprezentację meczów plus z trudem wynegocjowany, marnej jakości seks – to szybko usłyszy od kobiety: „Sorry, Gregory, ale moją miłość utopiłeś w piwie, do niczego nie jesteś mi potrzebny, jesteś tylko ciężarem i kłopotem. Pakuj się więc i wracaj do mamy!”. To wszystko sprawia, że niepokój o przyszłość instytucji małżeństwa i trwałego związku staje się uzasadniony.

Skoro nawet seks z mężczyzną staje się marny, nie osładza kobiecie codziennych kłopotów, to faktycznie. Może więc zdrowiej jest iść do łóżka na pierwszej randce? Zawczasu sprawdzić potencjalnego partnera do związku z przyszłością? I jeśli okaże się marudzącym w łóżku kochankiem, nie brnąć w relację z nim?

Seks dla wielu jest czymś bardzo szczególnym (częściej dla mężczyzn), łączy ludzi. Więc lepiej tego nie lekceważyć. A kiedy chodzić do łóżka? Obecnie nie ma w tej sprawie reguły. Los decyduje o tym, jak zaczyna się związek. Można po raz pierwszy spotkać się z kimś w łóżku z przypadku, z nudów albo dla sportu i może się z tego narodzić fajny, trwały związek. Może to być także dziewicza noc poślubna. Choć antropolodzy twierdzą, że to ważne, by poczuć zapach, smak i wibrację partnera, partnerki w intymnej sytuacji, zanim zdecydujemy się na związek. Do niedawna było to prawie wyłącznym przywilejem mężczyzn. Emancypacja sprawiła, że kobiety też korzystają z możliwości feromonowego wyboru, który ponoć daje możliwość komplementarnego doboru DNA – co oznacza zmniejszenie prawdopodobieństwa wystąpienia wad genetycznych u ewentualnego potomstwa. No i jak tu pogodzić odkrycia współczesnej nauki z zasadą dziewiczej nocy poślubnej? Mimo tych sprzecznych zaleceń młode kobiety z reguły podejmują ryzyko intymnego kontaktu z ewentualnym kandydatem na stałego partnera. Widocznie zgodnie z zaleceniami antropologów uznają to za ważny element procedury rekrutacyjnej w konkursie na partnera. Dlatego zapewne coraz więcej mężczyzn już na początku dobrze zapowiadającej się łóżkowej randki słyszy druzgocące: śniadania nie będzie. Jedyna pociecha w tym, że feromonowy dobór rzadko gwarantuje dojrzałość i wiarygodność kandydata na partnera.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca
i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze