fbpx

Przegląd najciekawszych terapii z udziałem zwierząt

Przegląd najciekawszych terapii z udziałem zwierząt
W Polsce najbardziej popularna jest dogoterapia, czyli terapia z udziałem psów. (Fot. iStock)

Powoli uświadamiamy sobie, jak szkodliwe jest nie tylko lekceważenie natury, ale i życie w oderwaniu od niej. Próbujemy wrócić na jej łono poprzez bliski kontakt ze zwierzętami. Nic dziwnego, że oferta zooterapii ciągle rośnie. Pytanie: co jest jedynie popularne, a co naprawdę wartościowe?

Jedni szukają u zwierząt pomocy tam, gdzie medycyna wydaje się bezradna. Inni traktują je jak pomocników w swoim samorozwoju. Programów, terapii, zajęć i warsztatów, w których główną rolę grają zwierzęta, począwszy od świnek morskich na delfinach skończywszy, jest coraz więcej. Są coraz bardziej pomysłowe i coraz bardziej popularne.

Brytyjscy weterani wojenni w ramach specjalnego programu próbują poradzić sobie z traumą, opiekując się osieroconymi nosorożcami w rezerwacie Care for Wild Rhino Sanctuary w RPA. W Stanach Zjednoczonych na Mountain Horse Farm można wykupić nie tylko sesje z końmi, ale też z krowami, spędzić z nimi czas i głaskać je do woli, co według badań znacznie obniża ciśnienie.

W brytyjskim ośrodku Rosebud Alpacas ćwiczy się jogę w towarzystwie alpak – obecność tych zwierząt ma redukować stres.

Na Szetlandach lekarze przepisują pacjentom tzw. zielone recepty. Szczególnie tym, którzy cierpią na choroby psychiczne, cukrzycę czy problemy z sercem. Na receptach są konkretne wytyczne dotyczące czasu, jaki pacjenci mają spędzać na łonie natury, np. obserwując ptaki.

W Polsce dzieci z autyzmem korzystają m.in. z dogoterapii i onoterapii (terapii z wykorzystaniem osłów). Psy biorą udział w aktywizacji ruchowej i intelektualnej chorych na Alzheimera. Konie z kolei angażuje się choćby do pomocy w rehabilitacji dzieci niepełnosprawnych. Coraz częściej pojawiają się jednak pytania, czy są dowody na lecznicze działanie tych spotkań. Co tak naprawdę zmienia w nas kontakt ze zwierzęciem?

Odrobina teorii

Programy i akcje, w których zwierzęta mają pomóc człowiekowi, nazywa się ogólnie „interwencjami z udziałem zwierząt” (IAA). Można je podzielić na trzy grupy. Pierwsza to „terapia z udziałem zwierząt” (AAT), prowadzona przez specjalistę według konkretnej metody. W drugiej, tzw. aktywności z udziałem zwierząt (AAA) – zajęcia są mniej ustrukturyzowane i formalne. Najbardziej liczy się sam kontakt wyzwalający tzw. autoterapia, pozytywne emocje, np. podczas spotkań mieszkańców domów opieki społecznej z psami. Trzecia grupa to „edukacja z udziałem zwierząt” (AAE). Jej przykładem są zajęcia z końmi, podczas których menedżerowie uczą się zarządzać ludźmi, czy też program nauki czytania dla dzieci, które mają problem z opanowaniem tej umiejętności – czytają psom, bo te nie krytykują i nie poprawiają. Dzieci mniej się stresują, więc nauka przychodzi im łatwiej.

Interwencja z udziałem zwierząt w Polsce nazywana jest zwykle zooterapią lub animaloterapią, chociaż zdaniem zoopsychologa i pedagoga Jakuba Banasiaka, te określenia powinny być używane tylko w odniesieniu do AAT. – Często wprowadzają w błąd, bo człon „terapia” sugeruje, że zajęcia ze zwierzętami leczą. Tymczasem brakuje badań naukowych, które by to potwierdzały – mówi. Bo wprawdzie jest mnóstwo dowodów na to, że kontakt ze zwierzętami poprawia nasz dobrostan i nasze funkcjonowanie, ale nie na to, że może wyleczyć nas z jakiejś choroby.

Wspomaganie, nie leczenie

– Zooterapię nazwałbym „terapią wspomagającą”. Miewa pozytywny wpływ na funkcjonowanie np. dzieci z zaburzeniami rozwoju i może wspierać rehabilitację osób z chorobami neurodegeneracyjnymi, ale nie zastępuje leczenia ani terapii opartej na dowodach – tłumaczy prof. dr hab. Wojciech Pisula z Instytutu Psychologii PAN, ekspert w psychologii porównawczej i etologii. – Często trudno jest ocenić, co w zooterapii przyczyniało się do poprawy dobrostanu. Może chodzi o nowy obszar aktywności, który dzięki zwierzęciu nagle staje się dla kogoś dostępny? Na przykład osoby, które mają problem z poruszaniem się, dzięki hipoterapii zyskują możliwość przemieszczania się. A może chodzi o dotyk, który jest dla nas bardzo silnym pozytywnym bodźcem? Uruchamia produkcję endorfin i oksytocyny, szybko obniżając poziom napięcia i poprawiając samopoczucie – zastanawia się.

Niekiedy, jak w przypadku delfinoterapii, elementów, które wpływają na końcowy efekt poprawy stanu zdrowia, jest naprawdę dużo. – Wyjazd do ośrodka z delfinami to dla rodziców z chorym dzieckiem często pierwsze tak egzotyczne wakacje. Na krótki czas zmieniają otoczenie na wyjątkowo atrakcyjne. Zamiast żmudnej i bolesnej rehabilitacji są ćwiczenia w ciepłej wodzie w towarzystwie charyzmatycznego zwierzęcia i nowego, zwykle młodego i radosnego terapeuty. Spotkanie z delfinem jest atrakcyjną nagrodą, która motywuje dziecko do większego wysiłku podczas ćwiczeń. Ale nie jest lekiem. A już na pewno można między bajki włożyć to, że dźwięki emitowane przez delfiny leczą – stwierdza Jakub Banasiak. Wspomina eksperyment naukowy przeprowadzony zresztą przez twórcę delfinoterapii Davida Nathansona, w którym do delfinoterapii użyto sztucznego zwierzęcia stworzonego na potrzeby kręcenia filmów. Okazało się, że ćwiczenia z jego udziałem dawały takie same, a czasem nawet lepsze efekty niż te z wykorzystaniem żywego zwierzęcia. Jakub Banasiak, który bierze udział w badaniach nad dziko żyjącymi delfinami i jest ich aktywnym obrońcą, za wielką nieuczciwość uważa obiecywanie, że dzięki delfinoterapii dzieci wyzdrowieją lub ich stan znacząco się poprawi. Poza tym taki wyjazd kosztuje co najmniej kilkanaście tysięcy złotych, więc często wymaga od rodziny wielu wyrzeczeń. Można się zastanawiać nad tym, jak wpływa to na funkcjonowanie chorego dziecka.

W Polsce najbardziej popularna jest dogoterapia, czyli terapia z udziałem psów. (Fot. iStock)

Najlepsze, bo udomowione

Jeśli ośrodek zooterapii kusi wielkimi obietnicami, zwłaszcza wyleczenia różnych chorób, trzymajmy się od niego z daleka. Podobnie jak wtedy, gdy wykorzystuje dzikie zwierzęta. Biała księga Międzynarodowego Stowarzyszenia Organizacji Zajmujących się Interakcjami Ludzi i Zwierząt (IAHAIO) wyjaśnia, że dzikie zwierzęta powinno się obserwować jedynie w naturalnym środowisku lub w azylach, które spełniają odpowiednie normy dobrostanu zwierząt. I pod warunkiem że nie będziemy ich przy tym stresować. Natomiast do pomocy ludziom powinny być wykorzystywane jedynie zwierzęta udomowione. Niewola i tresura to dla dzikich zwierząt naprawdę poważne obciążenie, a do najbardziej poszkodowanych należą delfiny.

– One mają potrzebę pokonywania dużych przestrzeni, głównie pod wodą, są niezwykle społeczne i bardzo ważne jest dla nich przebywanie w naturalnych grupach rodzinnych. W ośrodkach delfinoterapii nie mają wystarczającej aktywności i są wrzucane w grupę przypadkowo dobranych osobników. To źle wpływa na ich system immunologiczny, wywołuje frustrację, a czasem prowadzi do stanów depresyjnych. Poza tym, żeby zmusić je do wykonywania – z ich perspektywy – bezsensownych czynności, muszą być utrzymywane w stanie dużego łaknienia – podkreśla Jakub Banasiak.

Oczywiście to, że w danym ośrodku pracuje się wyłącznie z udomowionymi zwierzętami, nie jest jeszcze gwarancją ich dobrostanu. Zawsze warto upewnić się, że właściciel odpowiednio o nie dba. Zgodnie z wytycznymi IAHAIO zwierzęta muszą mieć zapewniony czas na odpoczynek i odpowiednią opiekę, także weterynaryjną. Uczestnicy zooterapii mogą wchodzić w kontakt z nimi wyłącznie w obecności specjalisty, który przypilnuje przestrzegania reguł. Na szczęście tych dobrych ośrodków jest coraz więcej, bo wzrasta i społeczna wrażliwość na krzywdę zwierząt, i świadomość ich właścicieli.

Bezpieczna klasyka

Wybierając rodzaj zooterapii, nie warto ulegać urokowi nowości. „Suidoterapia” (z udziałem świniowatych), „lagoterapia” (z królikami w roli głównej), „rodoterapia” (z gryzoniami) – brzmią intrygująco, jednak zdaniem ekspertów najlepiej postawić na klasykę, czyli dogoterapię i hipoterapię. Nie tylko mają najdłuższą tradycję, ale też dysponujemy największą liczbą dowodów na ich korzystny wpływ. – Pies przeszedł proces tak głębokiego udomowienia, że wyspecjalizował się w czytaniu zachowań człowieka. Potrafi z nami fenomenalnie współgrać, odczytywać nasze emocje i intencje. Dzieci z autyzmem czy zespołem Aspergera bardzo dobrze na niego reagują i w jego obecności chętniej podejmują różne działania – mówi prof. dr hab. Wojciech Pisula.

Pies i koń najlepiej pomogą nam także po prostu poprawić nastrój. Jeśli czujemy się samotni, cierpimy na brak bliskich relacji, a więc także fizycznego kontaktu z drugą istotą, wszelka aktywność ze zwierzętami, do których można się przytulić czy które można pogłaskać, powinna wpłynąć na nas kojąco. Nie musi od razu nazywać się „terapią”.

W przypadku osób, dla których samotność jest stanem permanentnym, najlepszym wyjściem wydaje się przygarnięcie psa czy kota. – Stała obecność zwierzęcia jest bardzo silnym motywatorem do podjęcia aktywności – trzeba je wyprowadzić, nakarmić, wyczyścić. Fachowa literatura pokazuje, że jest to też jeden ze skutecznych sposobów radzenia sobie ze stanami depresyjnymi o niewielkim nasileniu. Poza tym pies poprawia życie towarzyskie osób samotnych i zmusza do regularnych spacerów, co dobrze wpływa na stan serca. Opieka nad nim to również świetny trening sprawczości. Nasze zachowanie wpływa na czworonoga, poprawia jego dobrostan, a to zwiększa poczucie efektywności i wiarę w siebie – tłumaczy prof. dr hab. Wojciech Pisula.

W Polsce najbardziej popularna jest dogoterapia, czyli terapia z udziałem psów. (Fot. iStock)

Relaksujące obserwacje

Jeśli potrzebujemy przede wszystkim wyciszenia i chcemy obniżyć poziom napięcia, możemy wybrać obserwację zwierząt w ich naturalnym środowisku. Biolog i zoolog Edward O. Wilson z Uniwersytetu Harvarda twierdzi, że człowiek ma silną potrzebę więzi z innymi organizmami żywymi – nazywaną biofilią. Pogląd, że jej zaspokojenie ma ogromne znaczenie dla naszego prawidłowego rozwoju, zyskuje coraz więcej zwolenników.

Wzrasta też popularność wyjazdów poświęconych obserwacji dzikich zwierząt. Na świecie najczęstrzymi celami takich podróży są m.in. meksykański rezerwat biosfery motyli królewskich, australijska Wyspa Filipa z kolonią pingwinów czy Republika Południowej Afryki, gdzie safari są organizowane tak, by nie zakłócać spokoju zwierząt. W Polsce Puszcza Białowieska kusi żubrami, Roztocze – konikami polskimi, a Poleski Park Narodowy – żółwiami błotnymi. Coraz bardziej popularne staje się oglądanie ptaków. Jest nawet biuro podróży, które specjalizuje się w organizowaniu wyjazdów dla ptasiarzy.

Jakub Banasiak uważa, że obserwowanie zwierząt rzeczywiście może zmniejszyć poziom codziennego stresu, ale jeśli nasze starania o harmonię w życiu ograniczymy tylko do tego, efekt będzie krótkotrwały. – Funkcjonujemy w kulturze instant i kulturze mediów. Ta pierwsza każe nam szukać szybkich rozwiązań, ta druga – spektakularnych rezultatów. Liczymy więc: „Jak się zanurzę w oceanie i popływam z delfinami albo pojadę obserwować dzikie zwierzęta, odzyskam równowagę i poradzę sobie ze wszystkimi problemami” – tłumaczy. – Widziałem ludzi, którzy mieli łzy w oczach, obserwując z pokładu łodzi wieloryby, a kilka godzin później byli już w tym samym osobistym piekle mentalnym, co wcześniej. Ktoś niechcący ich potrącił czy w restauracji dostali danie, które zawierało inne składniki niż to było napisane w menu, i cały spokój pryskał.

Zwierzęta – ich obecność, widok, dotyk – mogą więc naprawdę wiele nam dać, ale musimy mieć w sobie gotowość, by to przyjąć. Jednocześnie nie przypisując temu magicznej mocy.