„Jeszcze jedno trzaśnięcie drzwiami, jeszcze jedno przekleństwo. Kłótnia wybucha na nowo. Chcesz, żeby partner wreszcie cię dostrzegł i zrozumiał, ale nic z tego nie wychodzi”. W ten sposób Jennine Estes Powell i Jacqueline Wielick, doświadczone terapeutki EFT, czyli terapii skoncentrowanej na emocjach, opisują rzeczywistość „wybuchowych związków”, w których konflikt narósł do tego stopnia, że najmniejsza trudność doprowadza do eskalacji. Jakie mechanizmy obronne mogą dać o sobie znać w tej sytuacji?
Fragment książki „Kocham cię i nienawidzę. Od codziennych kłótni do wzajemnego zrozumienia i bliskości”, Jennine Estes Powell i Jacqueline Wielick, tłum. Magda Witkowska, Wydawnictwo Laurum. Tytuł, lead i skróty pochodzą od redakcji.
Ludzie mają naturalną zdolność przystosowywania się do nowych warunków. Mają też wrodzone mechanizmy ochronne, które zapewniają im przeżycie. Do najważniejszych należą reakcje: walki, ucieczki, bezruchu lub ugłaskiwania (roboczo odtąd określane mianem reakcji typu „walcz lub uciekaj”).
Jest to tutaj o tyle istotne, że w sytuacji konfliktowej bezpośrednio przekładają się one na schematy komunikacji i przywiązania. Mocno w nas tkwią, wywodzą się bowiem z najstarszych i najbardziej pierwotnych ośrodków mózgu. W wielu przypadkach dochodzą do głosu całkowicie bez udziału naszej świadomości. Gdy ktoś nas skrzywdzi (celowo lub niecelowo) lub gdy nam się w y d a j e, że nas krzywdzi (bo to istotne rozróżnienie), reagujemy na to całkiem automatycznie i w pewien naturalny dla nas sposób.
Im coś wydaje nam się bardziej niebezpieczne, tym więcej wysiłku musimy włożyć w to, żeby się chronić. Mózg wszczyna alarm, a my w głowie klasyfikujemy drugą osobę jako zagrożenie. Uzbrajamy się przeciwko niej i uruchamiamy reakcje typu „walcz lub uciekaj”. To automatyczny mechanizm obronny, mur, którym obwarowujemy serce.
Można to sobie wyobrażać tak: ciało próbuje zapewnić nam bezpieczeństwo, nie przejmując się tym, że w tym celu naraża nas na emocjonalny dyskomfort. Tak się niefortunnie składa, że zachowania składające się na te reakcje mają negatywny wpływ na związek – powodują eskalację konfliktu i dalsze osłabienie więzi. Zrozumienie tych odpowiedzi to ważny punkt wyjścia do pracy z planem obniżania intensywności konfliktu w twojej relacji.
Mogłoby się wydawać, że – nawet w kontekście przetrwania – słowo „walka” brzmi niepokojąco. W rzeczywistości to jednak bardzo ważny mechanizm ratowania się w trudnych sytuacjach. W razie fizycznego, słownego czy emocjonalnego ataku ma cię zabezpieczyć przed realnym zagrożeniem. Nie jesteśmy już co prawda jaskiniowcami, którzy musieli w dziczy zmagać się z groźnymi zwierzętami, ale jeśli w dzieciństwie poniżała cię babcia, to w twoim umyśle mogła się w pewnym momencie pojawić automatyczna potrzeba reagowania. Miałeś dość kulenia się przed jej napastliwymi słowami. Pojawiły się bezczelne odzywki i przykre słowa – sposób na obronę własnego jestestwa.
Jeśli rodzic notorycznie bił nastolatka, to ten nastolatek mógł w pewnym momencie stwierdzić, że ma tego szczerze dość i już dłużej tego nie zniesie – i zwyczajnie odpłacić rodzicowi pięknym za nadobne. Nie ma nic dziwnego w tym, że człowiek się broni i stara się odeprzeć zagrożenie. W takich przypadkach reakcja walki ma charakter adaptacyjny. Dziecko sięga po nią, aby jakoś wybrnąć z kłopotliwej sytuacji i poradzić sobie w świecie, z którego nie może uciec.
Choć reakcja walki może mieć charakter adaptacyjny, to w późniejszych relacjach – zwłaszcza tych z partnerem – nie zawsze pomaga, nie zawsze się przydaje i nie zawsze jest produktywna. W dorosłym życiu może przybierać formę zabiegania o coś, chodzenia za drugim człowiekiem, tłumaczenia mu swoich racji, obarczania go winą, krzyku, rzucania przedmiotami, a także zadawania ciosów czy kopnięć. Zwykle nikt nie uruchamia tej reakcji celowo, ale ona oczywiście rodzi poczucie zagrożenia i może być bardzo bolesna dla drugiej strony. Niewątpliwie skutkuje także dalszym nadszarpnięciem relacji.
Inną adaptacyjną reakcją mającą zapewnić nam przetrwanie jest ucieczka. W tym przypadku zabezpieczamy się poprzez wydostanie się z sytuacji, która nas przytłacza, napawa przerażeniem lub krzywdzi. Niekoniecznie trzeba wydostawać się z niej fizycznie.
Ucieczka może mieć również wymiar emocjonalny i polegać na sięganiu po różne substancje odurzające, odrywaniu się od rzeczywistości, zamykaniu się na rzeczywistość, zrywaniu kontaktu czy więzi, zanurzaniu się w media społecznościowe czy wynajdywaniu różnego rodzaju „pilnych zajęć” czy „spraw do załatwienia”.
Na pewno wiesz, jak wygląda kot, którego coś przestraszyło i który w panice szuka schronienia, a najchętniej ciemnego kąta. Cały jest spięty, serce mu mocno bije, oddech przyspiesza, ogon się stroszy. Ludzie reagują na podobnej zasadzie. Uciekają bądź to dosłownie, bądź tylko symbolicznie (we własnej głowie), żeby uwolnić się od niebezpiecznej sytuacji, uspokoić się i odzyskać poczucie bezpieczeństwa.
Mąż przytłoczony krytyką i atakami ze strony żony milczy w trakcie kolejnej wielkiej kłótni, a myślami ucieka do swojego hobby. Żona, której mąż po raz kolejny wrócił do domu wściekły, ucieka do centrum handlowego na sesję terapeutycznych zakupów. W takich przypadkach ucieczka to adaptacyjna reakcja, która ma na celu uwolnienie się od konfliktu czy dyskomfortu – zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa i schronienia. Gdy jednak w grę wchodzi relacja, ucieczka może zostać odczytana jako odwrócenie się od związku i porzucenie partnera. Dojdzie wtedy do eskalacji sporu i dalszego zerwania więzi.
Bezruch to kolejna adaptacyjna strategia, która ma zapewnić jednostce przetrwanie. Ciało drętwieje, przestaje reagować, w umyśle pojawia się pustka. W założeniu chodzi o to, żeby się nie ruszać do czasu, aż zagrożenie przeminie. Jeleń zamiera, gdy zobaczy przed sobą światła nadjeżdżającego samochodu. Przestaje się poruszać, żeby trudniej go było dostrzec. Biwakowicze, jeśli zdarzy im się spotkać w lesie niedźwiedzia, często się zatrzymują i starają się nawet nie drgnąć – mając nadzieję, że zwierz po prostu przejdzie mózgowi i ciału dodatkowy czas na przygotowanie do realizacji jakiegoś planu.
W bezruchu na scenie zamiera dziecko, które z powodu tremy nie potrafi sobie przypomnieć swojej kwestii. To jego reakcja na konfrontację z liczną publicznością. To samo zjawisko można zaobserwować również w relacjach. Gdy wybucha konflikt, niektórzy po prostu zamykają się w sobie – wcale nie po to, żeby uniknąć sporu, tylko dlatego, że ich mózg przestaje przetwarzać informacje, a ciało odmawia współpracy i nie chce w żaden sposób zareagować. To adaptacyjny odruch, który kiedyś miał nam zapewniać przetrwanie.
Mózg zakłada, że ciało będzie bezpieczne, jeśli trudniej je będzie zauważyć. Dla drugiej strony taka reakcja może jednak stanowić sygnał, że partner w ogóle nie uczestniczy w dyskusji i że sprawa go nie obchodzi. To z kolei może wywołać poczucie osamotnienia, a w rezultacie – no właśnie! – doprowadzić do eskalacji konfliktu.
Ugłaskiwanie to czwarta strategia obronna, najrzadziej omawiana, jednak również stosowana w celu zabezpieczenia własnych interesów. Ugłaskiwanie polega na przymilaniu się temu, kto nam zagraża, żeby humor mu się nie popsuł i żeby się uspokoił. W praktyce może to polegać na spełnianiu wszystkich zachcianek drugiego człowieka albo pacyfikowaniu jego zapędów, ale może też przyjmować formę współzależności.
Osoba stosująca taką strategię często rezygnuje z mówienia o swoich odczuciach i potrzebach. Owija różne sprawy w bawełnę, byle tylko nie doszło do konfliktu. To wszystko działania adaptacyjne o tyle, że da się w ten sposób unieszkodliwić zagrożenie. Jeśli druga strona pozostanie szczęśliwa, do konfliktu nie dojdzie. Jako przykład można podać chłopaka, którego dziewczyna nieustannie strofuje. On wcale nie uważa jej zarzutów za uzasadnione ani komentarzy za zabawne, a mimo to przytakuje i się śmieje. Chwali ją za dowcip, żeby uniknąć dalszej krytyki. Nie mówi jej, co tak naprawdę myśli i czuje, żeby jej nie zdenerwować.
Ugłaskiwanie może być bardzo szkodliwe, ponieważ stoi w sprzeczności z autentycznością i szczerą komunikacją. Zamyka drogę do intymności czy zaufania. Partner tak naprawdę nie ma szansy dobrze poznać tego, kto wiecznie mu się przymila. W rezultacie między dwojgiem ludzi narasta niechęć, dzieli ich coraz większy dystans, a przepaść wypełnia pustka.
Jak te reakcje przekładają się na dynamikę przywiązania w relacji romantycznej? Każda z tych strategii może wywołać u drugiej strony poczucie niezaspokojenia potrzeb w obszarze przywiązania. Z czasem funkcjonowanie w takich schematach staje się automatyczne i człowiek niejako nastawia się na to, że w każdej chwili może doznać krzywdy. To z kolei powoduje, że nieustannie wypatruje zagrożenia.
Jeśli oboje z partnerem wynieśliście z młodości trudne doświadczenia z budowaniem relacji, może być tak, że w obliczu konfliktu czy wyzwań odruchowo uruchamiacie pewne strategie obronne – i w kółko robicie to, co w przeszłości zapewniało wam bezpieczeństwo (emocjonalne, duchowe, psychiczne, a nawet fizyczne). Skutkuje to rozkręceniem swego rodzaju błędnego koła.
1. Poszukiwanie nowych rozwiązań
W notatniku odnieś się do poniższych kwestii. Zastanów się, czy nie warto byłoby podzielić się tymi spostrzeżeniami z partnerem. Jeśli partner miałby na to ochotę, również może udzielić odpowiedzi na pytania.
- Jakie nowe rozwiązania „starych problemów” dostrzegasz obecnie na horyzoncie?
- Jak udało ci się dojść do tych nowych rozwiązań?
- Jeśli nowe rozwiązania na razie nie istnieją, to co by się musiało stać, żeby można je było wypracować?
2. Nowy pozytywny cykl
Pora sięgnąć po notatnik i wpisać do niego parę uzupełnionych zdań.
Im bardziej ja ________ [pozytywne zachowanie], tym bardziej partner czuje ________ [pozytywna emocja], a wtedy reaguje poprzez ___________ [pozytywne zachowanie]. Ja wtedy jeszcze bardziej ________ [pozytywne zachowanie]. Gdzieś głęboko w środku czuję wtedy _________ [emocja]. A mój partner czuje __________ [emocja].
Jak to mogłoby wyglądać w praktyce w przypadku pary, która kończy terapię skoncentrowaną na emocjach i właśnie zdefiniowała na nowo swój pozytywny cykl?
Im większą wykazuję otwartość w stosunku do partnera i dzielę się z nim moimi emocjami i lękami, tym bezpieczniej partner się ze mną czuje, a wtedy chętniej się otwiera. Ja wtedy jeszcze bardziej się do niego zbliżam. Gdzieś głęboko w środku czuję się kochana i bezpieczna. A mój partner czuje się dość dobry i szczęśliwy.
(Fot. materiały prasowe)