Joanna Olekszyk - „Niepotrzebnie zachmurzyć niebo, które może być niebieskie”. Prof. Bogdan de Barbaro o tym, dlaczego warto wybaczać bliskim
00:00
19:54
A może niewybaczenie też daje nam pewne korzyści? O kolejną z wartości pytamy prof. Bogdana de Barbaro.
- Wybaczenie nie następuje na zawołanie. Żeby naprawdę przebaczyć, trzeba najpierw zmierzyć się z gniewem, żalem i bólem.
- Czy można wybaczyć komuś, kto nie przyznaje się do winy? I czy wybaczenie oznacza, że trzeba ponownie wpuścić tę osobę do swojego życia?
- „Osobiście wolę być wybaczliwy niż niewybaczliwy, bo nie chcę, by mnie organizowały nienawiść, gniew i agresja” – mówi prof. Bogdan de Barbaro.
- „Jako terapeuta nigdy nie mówię: masz wybaczyć” – podkreśla psychiatra. Wyjaśnia też, dlaczego niektórzy mogą dobrze żyć, nie przebaczając.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Joanna Olekszyk: Czym jest wybaczenie według psychologii?
Bogdan de Barbaro: W psychologii, ale i w teologii wybaczenie to odpuszczenie winy. Nie w znaczeniu teoretyczno-obiektywizującym, ale emocjonalnym, bo rzecz się dzieje między uczuciami. Oczywiście to nie działa na pstryk, potrzebny jest do tego pewien wewnętrzny proces. Mówiąc metaforycznie: jest rana, którą trzeba oczyścić, bo wtedy dopiero będzie mogła się zabliźnić.
Są jakieś etapy tego procesu? Takie jak w wypadku żałoby: szok i zaprzeczenie, złość, targowanie się, smutek, akceptacja.
Skoro wspomniała pani model pięciu etapów żałoby, opisany przez Elisabeth Kübler-Ross, warto dodać, że te etapy nie muszą przebiegać w sztywny, linearny sposób. Natomiast jeśli chodzi o wybaczenie, ono się na pewno nie odbędzie bez otworzenia emocji – gniewu, agresji, żalu, bólu czy smutku. Czyli jeśli poczuję się zraniony, ale stłumię gniew i ból mocą etycznego nakazu, bo uważam się za takiego „wybaczliwego”, to wprawdzie dokonam aktu przebaczenia, ale w sercu nadal będzie tkwić drzazga. Nie dojdzie więc do odzyskiwania relacji.
Niektórzy uważają, że aby wybaczenie mogło się odbyć, potrzebny jest jeszcze akt skruchy „winowajcy”, ale jak tu dostać akt skruchy od kogoś, kto nie żyje? Albo od pokolenia, które odeszło.
Bo – warto tu dodać – akty wybaczenia dokonują się w relacji, ale nie zawsze jest to relacja dwuosobowa. Dla mnie przykładem pięknego aktu wybaczenia było Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku, w którym pada to słynne zdanie: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. A przecież to nie ci biskupi, którzy wybaczają i którzy proszą o wybaczenie, dokonali zbrodni wojennych czy jakichś czynów niegodnych.
Tak, też zrobiło to na mnie wrażenie, kiedy uczyłam się o nim w szkole, podobnie jak akt wybaczenia Jana Pawła II swojemu zamachowcy Mehmetowi Ali Ağcy w 1983 roku. A jednak mam poczucie, że w kraju chrześcijańskim, jakim jest Polska, rzadko wybaczamy innym zarówno jednostkowo, jak i zbiorowo. Niektóre partie tworzą na tym całe programy wyborcze.
Wiele zależy od tego, czy nasze myślenie i przeżywanie organizuje miłość czy nienawiść. I tak, są politycy, którzy deklarują się jako chrześcijanie, a jednocześnie organizują swoich zwolenników przy pomocy nienawiści, a w każdym razie wrogości. Według mnie to nic innego jak bezczeszczenie pięknej idei chrześcijaństwa. Mógłbym o tym jeszcze długo mówić, ale nie prowadzimy tu kącika politycznego…
Nie prowadzimy, choć westchnąć ze smutkiem możemy. W takim razie zamiast na ogóle skupmy się na sobie. Jakby pan określił swoją zdolność wybaczenia, tak w skali od 0 do 10?
Zastanawiałem się nad tym, przygotowując się do naszej rozmowy i przede wszystkim wyróżniłbym tu wymiar indywidualny i wymiar społeczny. Czyli na ile we mnie jako obywatelu jest gotowość do wybaczenia i na ile obywatel może w ogóle wybaczać tym, którzy mają przewinienia wobec jego narodu. No więc ja nie daję sobie prawa do wybaczania w imieniu ogółu.
Jednocześnie indywidualnie, osobiście wolę być wybaczliwy niż niewybaczliwy, bo nie chcę, by mnie organizowały nienawiść, gniew i agresja. I to niezależnie od tego, czy jestem wierzący w Boga, który jest miłością, czy niewierzący – po prostu dla mnie komfortowy jest stan spokojnej i zaciekawionej życzliwości wobec świata. A do tego jest potrzebne wybaczenie.
Mam teraz przed oczyma dwie osoby, które mnie i moich bliskich w przeszłości zraniły, i choć na poziomie decyzji mogę im wybaczyć, to na poziomie emocji ta rana we mnie wciąż żyje. Może gdyby te osoby powiedziały „wybacz”, czego nie zrobią, bo jedna z nich już nie żyje, a nawet gdyby żyła i gdybym jej o tym powiedział, to nie wiedziałaby, o co chodzi, a druga żyje i też nie wie, o co chodzi…
Gdyby wiedziały, gdyby powiedziały „wybacz”…
Miałbym wręcz ochotę im wybaczyć. Stan niewybaczenia jest w gruncie rzeczy niczym innym jak hodowaniem gniewu. A po co mi gniew? Albo agresja? Ona może mnie mobilizować, ale jednak niszczy od spodu.
Weźmy przykład kogoś, kto umiera. Na pewno byłoby w jego interesie, by w ostatniej minucie swego życia dotarł do stanu wybaczenia, bo byłby to stan, który można by określić jako stan dobrej śmierci. Chciałbym tak odejść.
Niektórzy mówią, że o wybaczenie prościej, kiedy czujesz się szczęśliwy, gdy spotyka cię coś bardzo radosnego – wtedy w twoim sercu nie ma miejsca na dawne urazy.
Energia pozytywna przepędza tę negatywną, to prawda. Ale chciałbym też zwrócić uwagę na to, że słowo „wybaczenie” może mieć inne znaczenie w zależności od kontekstu czy też kalibru zdarzenia. Mogę bez problemu wybaczyć komuś, kto mnie potrącił na ulicy. Mówi się: „Przepraszam”, „Nic nie szkodzi”, „Nic się nie stało” i idzie się dalej. To jak zakłucie, które samo mija. No chyba że ktoś ma interes w tym, by tę urazę w sobie pielęgnować.
Swojego czasu rozmawialiśmy o honorze i o tym, że dawniej, kiedy jeden dżentelmen potrącił drugiego, w dobrym tonie było żądać od niego satysfakcji…
I obaj panowie szli się zabijać do pobliskiego parku… Tak się załatwiało wtedy te sprawy. Dziś ktoś potrącony pewnie otrzepie się i pójdzie dalej, ale ktoś głęboko zraniony może się załamać.
Znaczenie mają też nasze intencje. Możemy przecież potrącić czy skrzywdzić kogoś nieświadomie. Czasem tak się zdarza w relacjach rodzice – dorosłe dzieci, że ci pierwsi przepraszają: „Myślałem, że robię to dla twojego dobra, ale widzę, że cię skrzywdziłem”. Trudniej wybaczyć, kiedy rodzic nie dostrzega swojej winy: „Ale o co ci chodzi? Przecież miałeś wszystko”, a już najtrudniej wybaczyć krzywdę intencjonalną.
Możliwe, że wtedy ten zraniony ma prawo nie tyle do trwania w niewybaczliwości, co do trwania w odległości, zbudowania dystansu, skonstruowania tarczy, by uniknąć następnego zranienia.
Wyobraźmy sobie dwóch przyjaciół. Jeden z nich zranił drugiego, ale rozum i emocje nie pozwalają mu zauważyć swojej winy, a sygnał od tego zranionego też nie dociera. Można powiedzieć, że nastąpił koniec przyjaźni. Zraniony miał prawo, dobre prawo, oddalić się od dawnego przyjaciela.
Niektórzy sądzą, że wybaczając, na nowo wpuszczamy winowajcę do swojego życia, a w dodatku negujemy krzywdę.
A gdyby tak na to spojrzeć, że wybaczenie nie oznacza wymazania, tylko zmianę barwy emocjonalnej tego wydarzenia? Wybaczam ale nie zapominam, po prostu dokonuje się we mnie pewien rodzaj otwarcia, które odbudowuje pozytywne emocje.
Odwołam się teraz do swojego doświadczenia z gabinetu terapeutycznego w kontekście relacji, o której pani już wspomniała, rodzice – dzieci.
Gdy matka mówi: „Wybacz mi, córko, że taka byłam”, to daje swojemu dziecku, już dorosłemu, szansę na to, że – jakbyśmy powiedzieli w naszym terapeutycznym żargonie – zmieni narrację, czyli zmieni sposób opisu wydarzeń z przeszłości. Na przykład na taki: „Moja mama sama była kiedyś ofiarą przemocy i nie potrafiła sobie inaczej z tym poradzić”.
Pojawia się coś w rodzaju usprawiedliwienia, wyjaśnienia, co nie znaczy, że to kompletnie wymazuje emocje z tym związane. Dziecko może powiedzieć: „Mamo, wtedy mnie to bardzo bolało, nie chcę blokować gniewu, który we mnie powstał, więc ci o nim mówię. Jeśli jesteś gotowa go przyjąć, będę w stanie ci wybaczyć”. Mówię to oczywiście w wielkim skrócie, ale chcę podkreślić, że jest to proces cyrkularny, odbywający się z udziałem obu stron. Pogłębiona podróż w przeszłość, w której jest miejsce na uczucie gniewu, żalu, bólu, smutku i na końcu na wybaczenie.
W kilku źródłach znalazłam rozróżnienie pomiędzy wybaczeniem i przebaczeniem. To pierwsze jest procesem wewnętrznym, niezależnym od tej drugiej osoby, a przebaczenie odbywa się przy udziale obu stron – tak, jak to właśnie pan opisał.
Ciekawe rozróżnienie i chyba bym się z nim zgodził…
A czy wybaczenie można osiągnąć siłą woli, czy jest to coś, co musi zajść w nas samo i jest od naszej decyzji niezależne?
Myślę, że na samym początku jest potrzebna decyzja, że chcę wybaczyć. Natomiast cała reszta to proces emocjonalno-refleksyjny, który odbywa się w metapozycji. Czyli ja się sobie przyglądam, sprawdzam, co się we mnie dzieje.
Jak by to dokładnie wyglądało?
Najpierw postanawiam, że chcę wybaczyć, bo to jest zgodne z moim systemem wartości, a ponadto orientuję się, że mi się to nie opłaca z punktu widzenia higieny psychicznej. Następnie sprawdzam, jakie pojawiają się w związku z tym we mnie emocje, spostrzeżenia. Który element dawnego zdarzenia był dla mnie taki raniący. Na przykład mogę mieć problem z przebaczeniem komuś za to, że zranił mojego bliskiego. Czy ten, kto zranił, był kimś obcym? Nie, był też kimś bliskim. Może więc pojawić się we mnie niezgoda, bunt, sprzeciw.
Generalnie apelowałbym o większą zdolność do wybaczania w relacjach z bliskimi, bo jeśli miałoby to skutkować obrażaniem się, to jakby niepotrzebnie zachmurzyć niebo, które może być niebieskie. Natomiast jeśli są to sprawy poważne, to one wymagają wglądu. No chyba że niewybaczenie jest nam do czegoś potrzebne…
To znaczy?
Że ma budować w nas pozorną moc. U podstaw tego typu myślenia jest coś, co można nazwać narracją bycia krzywdzonym. Jeżeli ktoś w życiu był raniony, a potem miał nagrody za trwanie w tym przekonaniu, to uczy się przeżywać świat jako wrogi, a siebie jako wiecznie krzywdzonego. Owszem, może to dawać poczucie wyższości moralnej, ale jednak na dłuższą metę się nie opłaca. Ten obraz jest bowiem wykrzywiony – człowiek dostrzega wyłącznie krzywdzicieli, a życie dostarcza mu przykładów.
Być może częściej dzieje się tak w wypadku osób, które nie mają tego wewnętrznego lustra, które pozwala bardziej siebie rozumieć i odczuwać sprawczość wynikającą z własnego rozwoju. Ten, kto chce być dojrzały osobowościowo, czuwa nad tym, co się dzieje z jego psychiką, i ma wpływ na to, by jego życie było zgodne z jego systemem wartości.
Niektórzy wybierają zemstę. Ale choć bywa ona jedynym, co trzyma przy życiu, to jednak ostatecznie nie karmi i niczego nie zwraca. Daje tymczasowe pocieszenie, ale nie ukojenie.
Zemsta to ślepa uliczka wyniesiona do honorowego aktu agresji.
Inni zamiast zemsty wybierają przebaczenie właśnie po to, by wyzwolić się z roli ofiary.
Gdy rozmawiam w gabinecie terapeutycznym z osobą, która była niegdyś krzywdzona, to staram się tak z nią pracować, by odróżniła akt krzywdy, której doznała w dzieciństwie, od krzywdy, która dzieje się teraz, czyli bieżącej opowieści pod tytułem: „Świat się składa z krzywdzicieli”.
Jako terapeuta nigdy nie mówię: masz wybaczyć. Nie jest to ani moim zadaniem, ani prawem. Mogę za to – poprzez moją pracę – działać na rzecz tego, by powstały emocjonalne warunki do wybaczenia. Mówię wtedy danej osobie: „Kiedyś skrzywdził pana ten a ten człowiek, ale teraz pana krzywdzi opowieść o tamtej krzywdzie. Okulary, przez które patrzy pan na świat”.
No i zawsze zaczynamy od sprawdzenia, jakie ktoś ma korzyści z postawy „świat mnie krzywdzi, trzeba być nieufnym”, bo one są, i to czasem bardzo duże.
Można nie przebaczyć i dobrze żyć?
Jedni to potrafią, drudzy nie. Nigdy nie powiem komuś, co dla niego będzie lepsze. Stąd też mam kłopot na przykład z radykalnym wybaczaniem, metodą Colina Tippinga – w moim poczuciu wtedy terapeuta narzuca coś pacjentowi, wcale nie tworzy warunków do dokonania wyboru. Oczywiście jeśli widzę, że niewybaczenie trzyma pacjenta w stanie autodestrukcji, to mu o tym mówię. Agresja niektórych silnie wewnętrznie integruje, do tego stopnia, że nie poradziliby sobie, gdyby ją im nagle zabrać. Jeśli podalibyśmy im środki rozpuszczające gniew, mogliby się rozpaść.
Ktoś mi kiedyś opowiedział o rytuale występującym w pewnej społeczności. Tam zabójcę, związanego i unieruchomionego, dostają na łódź krewni ofiary. Do nich należy decyzja, czy wrzucą go do wody, by utonął, lub na pastwę rekinów, czy też rozwiążą i wrócą z nim na brzeg. Jest w tym jakaś inspirująca mądrość. Akt wybaczenia jest wtedy wysiłkiem, zwycięstwem miłości nad nienawiścią. Niestety nie pamiętam, gdzie ta „sprawiedliwość naprawcza” się dzieje.
W książce „Wybaczyć niewybaczalne” psycholog David Stoop pisze: „Jeśli skłaniamy się ku przebaczeniu, czujemy, że musimy zaprzeczyć naszej wizji sprawiedliwości i uczciwości. Jednakże nie przebaczając, zaprzeczamy naszemu zrozumieniu miłości i współczucia”.
Tak, to decyzja pomiędzy „oko za oko, ząb za ząb” a „miłość ponad wszystko”.
A wybaczenie samemu sobie? Też potrafi być wyzwaniem.
Jeśli nie mogę sobie czegoś wybaczyć, może mieć to takie konsekwencje jak depresja czy autoagresja, czyli nic dobrego z tego nie wynika. Natomiast jeśli przeanalizuję swój zły czyn, kontekst, w jakim do niego doszło, zadam sobie pytanie, co bym zrobił, gdyby udało się cofnąć czas – to wtedy pojawia się miejsce na żal i skruchę oraz pogłębioną wiedzę o sobie, która pozwoli mi być lepszym człowiekiem.
Dostęp do doświadczenia pod tytułem „dokonałem złego czynu” może prowadzić w dwóch odległych od siebie kierunkach: albo do unieważnienia siebie, albo do rozwoju własnego. Nie muszę dodawać, że ta druga wersja jest lepsza.
Zakończymy naszą rozmowę cytatem? Może z Mahatmy Gandhiego? „Wybaczenie jest aktem siły, nie słabości”.
Żeby na zło nie reagować złem, trzeba być silnym. W tym sensie wybaczenie jest siłą, ale pod warunkiem, że nie jest kapitulacją. Bałbym się wersji, w której wybaczenie byłoby rezygnowaniem z siebie samego.
Z kolei Nelson Mandela powiedział: „Przebaczenie wyzwala duszę, dlatego jest w nim taka siła”.
Lubię Mandelę, bo jest miłośnikiem sprawczości. Psycholog, który rozmawiał z nim po wyjściu z więzienia, opowiadał kiedyś, że Mandela miał pewien zwyczaj. Otóż gdy wychodził raz dziennie ze swojej celi dwa metry na trzy na spacerniak, to szedł bardzo wolno, zmuszając tym strażnika przed nim i strażnika za nim do dostosowania się do jego tempa. Te kilkanaście sekund dziennie dawało mu poczucie sprawczości i wpływu, bez których by nie przeżył łącznie 27 lat więzienia.
Żeby nie było tak poważnie, dorzucę jeszcze Oscara Wilde’a: „Zawsze przebaczaj swoim wrogom. Nic ich tak nie zdenerwuje”.
Ale niech będzie poważnie. Zakończyć żartem coś bardzo poważnego to jednak… trochę niepoważne. Podsumujmy nasz temat może tak: przebaczanie to droga do bycia silnym.
Bogdan de Barbaro, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor. W latach 2016–2019 kierownik Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum. Współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku”.