Dziedzictwo oświecenia każe nam wierzyć w to, że należy decydować i postępować racjonalnie. Otóż nie działamy w ten sposób – większości wyborów dokonujemy bez głębokiego namysłu. To podszepty intuicji czy instynktowne reakcje, ale też decyzje wynikające z głęboko nieświadomych procesów. Jedną z koncepcji, które wyjaśniają ten mechanizm, jest System Wewnętrznej Rodziny, IFS, opracowany
przez psychoterapeutę rodzinnego Richarda C. Schwartza.
Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 09/2026.
Każdemu i każdej z nas zdarzyło się powiedzieć coś w stylu: Jakaś część mnie chce pójść dzisiaj do pracy, ale inna wolałaby zostać w łóżku. To, co tu mam na myśli, to w pełni wewnętrzne osobowości, a nie alter ego, z którym mamy do czynienia w zaburzeniach dysocjacyjnych tożsamości – pisze Richard C. Schwartz w książce „System Wewnętrznej Rodziny”. Tłumacząc swoją koncepcję, wyraźnie podkreśla, że taka wewnętrzna różnorodność nie jest niczym nienormatywnym z perspektywy zdrowia psychicznego, dlatego właśnie decyduje się na neutralne pojęcie „części”. Ale od początku.
Jako „zapalony terapeuta rodzinny, przekonany, że przez wdrożenie myślenia systemowego do poznawania i zmieniania struktur panujących w rodzinach został odnaleziony Święty Graal tegoż właśnie obszaru terapeutycznego” – jak sam siebie określa – na początku lat 80. XX wieku (już jako doświadczony specjalista) Schwartz znalazł się pod metaforyczną ścianą. Musiał przyznać, że niezależnie od tego, w jakim stopniu jego klienci przemodelowali swoje relacje rodzinne, nie zmieniło to ich wewnętrznych rozterek. Z tej chwilowej frustracji zrodziły się poszukiwania poza obszarem psychologii zachodniej – w tradycjach duchowych znających postać JA, które ze współczuciem i mądrością integruje wszystkie części. To, co nazywamy myśleniem, staje się wtedy dialogowaniem z naszymi podosobowościami. „Gdy klienci i klientki zyskali dostęp do własnego JA, zaczęli się odnosić w odmienny sposób nie tylko do własnych części, lecz także do ludzi w swoim otoczeniu” – czytamy w przywołanej książce. „Wiedzieli, że zalew emocji oznaczał, że smutna jest tylko ich część, a nie oni w całości”. Pora poznać te części.
W Systemie Wewnętrznej Rodziny dzielą się one na dwie kategorie: te pod ochroną i te dające ochronę. Części pod ochroną IFS nazywa „wygnańcami”, ponieważ w imię troski o ich dobro (są wrażliwe i podatne na zranienie) spychamy je jak najbardziej na margines; części dające ochronę to tak zwani strażnicy, do których należą „menedżerowie” i „strażacy”.
To najbardziej wrażliwe, kruche fragmenty psychiki. Zachowują wspomnienia o zranieniach, odrzuceniu, samotności, najtrudniejszych emocjach i doświadczeniach. Dobrze znają wstyd, poczucie braku wartości, stratę czy bycie zależnym. Co możemy usłyszeć z ich ust?
- Jestem do niczego.
- I tak nikt mnie nigdy nie pokocha... Bo za co?
- Nie ma co liczyć na innych.
- Każdy mnie zdradza, zostawia, wykorzystuje.
„Wielu z nas usłyszało od członków rodziny czy zaprzyjaźnionych osób jakąś wersję – wypowiadanego z najlepszymi intencjami – komunikatu: Po prostu zostaw to za sobą i idź naprzód. Tak też robimy” – zauważa terapeuta. Tyle że tutaj pojawia się poważne niebezpieczeństwo, gdyż zrzucając bagaż minionych doświadczeń, zwłaszcza trudności z dzieciństwa, zarazem negujemy całe części naszego wnętrza, dotknięte tymi trudnościami. A to zazwyczaj te najbardziej niewinne, czułe, wrażliwe, skore do zabawy, ufne i ciekawe świata podosobowości. Zamiast doczekać się pociechy, uznania, współczucia, są skazane na banicję, skąd co jakiś czas głośno i gwałtownie żądają przywrócenia.
Na sztandarach mają hasło „nigdy więcej” – zranień, odrzucenia, przemocy, bólu. Dlatego starają się trzymać wszystko pod kontrolą: okoliczności, relacje z innymi ludźmi, emocje. Jakie role najczęściej przyjmują?
- perfekcjonisty (zawsze można lepiej);
- nadmiernego planisty (wszystko musi być dopięte na ostatni guzik);
- zadowalacza innych (najważniejsze, żeby wszyscy mnie lubili i uśmiechali się);
- opiekuna wszystkich wokół (będą mnie potrzebować);
- pracoholika (nie mam czasu na głupoty, spotkania, przyjaźnie, bo ja pracuję).
„Najłatwiej będzie nam zrozumieć menedżerów, jeśli wyobrazimy ich sobie jako części, które spieszą zapobiec wszystkiemu, co w jakiś sposób może pobudzić naszych wygnańców” – podpowiada Schwartz i wyjaśnia dalej: „Chcą chronić wygnańców, ale jednocześnie pogardzają nimi, bo są słabi i potrzebujący. Obwiniają wrażliwe części za to, że doświadczamy zranień i krzywd. Są przerażeni ewentualnością przytłoczenia wygnanym bólem czy wstydem”.
Kto nie zna tego wewnętrznego szumu? Tej paplaniny głosów, przekrzykujących się w dyskusji i zawsze gotowych wtrącić swoje trzy grosze? Czasem hejtujących, innym razem wzbudzających strach czy jak ekonom popędzających do roboty... To właśnie menedżerowie, do których nieraz mamy pretensje. Ale przecież to nic innego niż mechanizm obronny przed zagrożeniami, których na tym świecie niemało. Zamiast lekceważyć te sygnały (jak szczekanie przestraszonego psa), lepiej zauważyć, przed czym właściwie nas ostrzega, i adekwatnie do tego zareagować.
Wkraczają do akcji, gdy zawodzą strategie menedżerów. Nie planują, ale reagują w razie wypadku. Są jak służby wysyłane po zgłoszeniu na numer alarmowy. Jakie narzędzia preferują?
- zachowania kompulsywne: zakupy, scrollowanie mediów społecznościowych, przypadkowe kontakty seksualne;
- objadanie się;
- niekontrolowane wybuchy złości;
- używki;
- uzależnienia;
- odcinanie się od emocji i techniki dysocjacyjne;
- psychosomatyka.
Twórca IFS porównuje ich do nastolatków, którym powierzono opiekę nad malutkim dzieckiem, i choćby dwoili się i troili, to nie zdołają go ukoić, gdy zanosi się płaczem. „Próbują włożyć noworodkowi coś do ust, aby go uspokoić (jedzenie, narkotyki, alkohol), desperacko szukają kogoś, kto się nim zajmie (flirt, romans) albo znajdują sobie i wszystkim innym jakieś zajęcie odwracające uwagę i czekają, aż noworodek sam z siebie przestanie płakać (telewizja, medytacja, zakupy). Jeśli żadne z powyższych wymienionych nie pomoże, sfrustrowany nastolatek pewnie wrzuci płaczącego noworodka do szafy, aby zagłuszyć jego płacz, z nadzieją, że zaraz uśnie” – opisuje plastycznie Richard C. Schwartz.
Zwykle trudno nam przyjąć, że takie destrukcyjne zachowania wynikają z najlepszych intencji, więc najchętniej wyrwalibyśmy te wewnętrzne chwasty z korzeniami. Jednak to nie tylko plan skazany na niepowodzenie, ale i wbrew naszym interesom: i wygnańcy, i menedżerowie, i strażacy są nam potrzebni. Wysłuchani i uwzględnieni w życiowych planach, stają się użytecznymi narzędziami, które ułatwiają życie.
Sposób na pogodzenie wszystkich podosobowości to według Schwartza prawdziwe JA – rdzeń, centrum człowieka. Niesie spokój, daje odwagę, pewność, zdrową ciekawość, łączy i zapewnia współczucie. Co się na nie składa? W angielskiej wersji jest to 8 C, które możemy kolejno opisać jako:
- Poczucie fizycznego i psychicznego spokoju. W ciele nie ma już tej sprężyny, która ciągle skacze we wszystkich kierunkach.
- Zdolność do postrzegania rzeczy i spraw takimi, jakie są.
- Zdrowe zaciekawienie światem, innymi ludźmi i ich reakcjami oraz zadawanie pytań, by zrozumieć, a nie oceniać.
- Empatia otwierająca serce na uczucia drugiego człowieka.
- Poczucie wartości i sprawstwa, które pozwala opuścić gardę i nie atakować z lęku.
- Odwaga do: działania, przyznania się do błędu, stawienia czoła własnemu bólowi czy trudnym emocjom.
- Kreatywna mądrość: zdolność przełamania schematów myślowych, umiejętność wejścia w stan flow.
- Połączenie ze wszystkimi JA w otoczeniu.
Takie JA „w sposób naturalny obejmuje dowodzenie w systemie i szanuje wkład, jaki wnoszą części – dzięki czemu one również okazują szacunek JA. To pozwala nadać właściwy kierunek i efektywny sposób uzdrawiać system, zarówno ten wewnętrzny, jak i zewnętrzny”– puentuje autor książki.