Warsztatomania

fotochannels.com

Od kilku lat daje się w Polsce zauważyć coraz większy pęd ku rozwojowi osobistemu. Znacząco wzrasta oferta stowarzyszeń, kursów, grup wsparcia, warsztatów. To zajęcia czasochłonne i kosztowne, a mimo to już na miesiąc przed rozpoczęciem ostatniego festiwalu rozwojowego dla kobiet PROGRESSteron trudno było o wolne miejsca. O przyczynach tego boomu mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Skąd w nas ten zawrotny pęd do rozwoju?
W.E.
: Warto zauważyć, że również psychoterapia jest drogą rozwoju osobistego, nie tylko metodą leczenia. A coraz więcej osób korzysta z różnych form terapii, co dodatkowo poprawia statystykę. Rosną w siłę szkoły psychoterapii, które uważają, że rozwój naszych ukrytych zasobów i możliwości jest najlepszym sposobem na wychodzenie z kłopotów. Gdy ktoś przychodzi do terapeuty z problemem, to zamiast skupiać się na tym, co boli, można zająć się potencjałem, którego ta osoba jeszcze w sobie nie rozwinęła. Zakłada się, że gdy zostanie on uruchomiony, cierpienie, z którym przyszedł klient, też znajdzie rozwiązanie.

K.M.: Cierpienie jest chyba najważniejszą motywacją do rozwoju. Ktoś, kto przychodzi do terapeuty czy czegoś szuka na warsztatach, już jest na jakimś poziomie rozwoju, bo chce, próbuje aktywnie zmienić swoje życie.

Dlaczego to się nasila akurat teraz?
K.M.: Wzrasta zamożność społeczeństwa, coraz więcej osób może nadwyżki czasowe, finansowe i energetyczne spożytkować na pracę nad sobą. Poza tym żyjemy coraz dłużej, ci, którzy odchowali dzieci, zrealizowali się zawodowo, mają czas i energię, które chcą jakoś zagospodarować.

W.E.: Jest też inny powód – rozczarowanie. Ludzie osiągają to, o czym marzyli: status, przynależność, pieniądze, autonomię, ale… czegoś wciąż im brak. Miało być cudownie, a nie jest. To częsty powód rozwojowych poszukiwań, choć rzadko uświadamiany.

K.M.: Osoby, które można powiedzieć, przeżyły luksus rozczarowania, poszukują w specjalnym obszarze. Nie władzy, pieniędzy czy zaszczytów, tylko wartości wewnętrznych. Zastanawiają się, jaki jest sens życia, co znaczy wolność, co to znaczy być człowiekiem. Kim jestem, gdzie jest moje miejsce…

W.E.: Luksus rozczarowania przychodzi przeważnie dość późno. „Tyle czasu zmarnowałem” – słyszę często. To oczywiście nieprawda, bo gdyby ten człowiek nie przeżył tego, co przeżył, psychicznie nie byłby gotowy, by szukać czegoś nowego. Tego nie da się przyśpieszyć. Trzeba zrobić wiele błędów, zaliczyć parę wycieczek na manowce. Wtedy dopiero nabieramy pewności, że chcemy wysiąść z pociągu, którym większość nieprzytomnie pędzi.

– Rozczarowanie kojarzy się z bólem, stratą, a nie z luksusem.
K.M.
: To dowód przejścia na dużo wyższy etap rozwoju, a więc zysk. Przemijanie też jest zyskiem. To, co zdobywamy w życiu, nie może nam wystarczyć raz na zawsze. Nawet wspaniały związek, zawód, który się kocha. W końcu przychodzi kryzys. I dobrze, bo bez kryzysu nie ma mowy o rozwoju.

– Od psychologa zwykle słyszymy: kryzys? Wspaniale! To cudowny moment. Tymczasem to zwykle trudny czas, nie do pozazdroszczenia…
K.M
.: To się wiąże z porzucaniem iluzji. Gdyby było dobrze, jaką mielibyśmy motywację do zmian? Nawet gdy coś osiągniemy, po jakimś czasie cudowne uczucie satysfakcji mija. Już nie wystarcza do szczęścia. To kolejny element: co komu wystarcza? Taki babski temat: ciuchy. Póki żyję iluzją, kupuję, bo wierzę, że nowy ciuch to najlepsze lekarstwo na poczucie braku. Ale gdy zaczynam widzieć, że chociaż kupuję i kupuję, to wciąż mnie coś w środku uwiera, iluzja znika. Zaczynam rozumieć, że ciuchów mam aż nadto, brak mi innych wartości. I mamy przyczynek do rozwoju.

W.E.: Są ludzie, którzy intuicyjnie i wcześnie wybierają rozwój, działają w imię swoich wyższych potrzeb i wartości. To zwykle ludzie młodzi, kontestujący wartości reprezentowane przez swoich rodziców – zagonionych, łudzących się, że pieniądze i władza dają bezpieczeństwo. Takiej młodzieży będzie coraz więcej, zwłaszcza ze środowisk, które już doświadczyły konsumpcyjnego szczęścia. Uważam, że rozwój naszego potencjału to jedyny ratunek dla świata. Jedną z moich pierwszych książek zatytułowałem „Pomóż sobie – daj światu odetchnąć”. Tylko człowiek, który pracuje nad sobą, jest w stanie widzieć dalej niż koniec własnego nosa. Mieliśmy tego przykład w związku z obroną Doliny Rospudy. Żeby chcieć się na mrozie przykuwać do drzewa w obronie przyrody, trzeba być człowiekiem, który wie, czym grozi konsumpcja i wyścig szczurów, i który uznaje, że w tę stronę nie idzie. Nie chce niszczyć ziemi, lecz o nią dbać. Dzięki takim ludziom coraz więcej osób dostrzega, że jak tak dalej pójdzie, zadusimy się dwutlenkiem węgla, zużyjemy wodę, wytniemy lasy, wykończymy zwierzęta i nie będzie nam się chciało żyć, bo będziemy na wszystko uczuleni.

K.M.: Jest jeszcze jeden powód tego, że dziś ludzie się budzą. Co prawda uzyskaliśmy wolność od socjalizmu realnego, pojawiły się nowe możliwości, ale jednocześnie popadliśmy w inną niewolę: pieniądza i korporacji, sukcesu. Przy tym wszystkim odczuwamy w Polsce coraz silniejszą presję: jedynie słusznego, tradycyjnego światopoglądu. Jednak rynek jest wolny, może więc zaproponować coś w kontrze. I proponuje. Stąd fala myślenia alternatywnego: od ekologii po ezoterykę. Znam ludzi, którzy wstają o czwartej rano, by przed pracą pójść na jogę, bo chcą coś zrobić dla siebie. Rozwój osobisty to też bunt jednostek, wyraz indywidualizmu w obliczu homogenizacji.

 

Jest jeszcze kwestia duchowości w sytuacji, gdy coraz więcej ludzi nie chce identyfikować się z instytucjami religijnymi.
W.E
.: Niewątpliwie przeżywamy kryzys tradycyjnej religijności. Ludzie patrzą na stan świata, jego historię i widzą, ile wojen, ile nietolerancji i nienawiści prowokowały instytucje powołane ponoć do budowania harmonii, miłości i miłosierdzia. Próbują więc szukać duchowej inspiracji poza tymi instytucjami, a nawet w opozycji do nich. Poszukują indywidualnego duchowego przebudzenia. Pewnie dlatego film „Wielka cisza” [2005, reż. Philip Gröning – red.] pokazujący pełne skupionej obecności życie mnichów w kontemplacyjnym klasztorze stał się w Polsce niemal hitem. Ludzie chłoną jego zachwycającą czystość i prostotę. Ten film jest antytezą wszystkiego, czym żyjemy na co dzień: konsumpcji, popkultury, chaosu, hipokryzji, pośpiechu, rywalizacji. Pokazuje, że zwyczajne życie jest cudem, że można się zachwycić krojeniem chleba, kopaniem grządki, padającym śniegiem, kwiatami. Ludzie tęsknią za prostotą, naturalnością i umiarem.

K.M.: Nasze poszukiwania mają też inne źródło. W ramach biadania i straszenia często podkreśla się dzisiejszy upadek autorytetów. To fakt: żyjemy w czasach transformacji, stare struktury się skompromitowały, a nowe dopiero się rodzą. Jako cywilizacja zaczynamy wyrastać z mitu rodziców, którzy wiedzą lepiej i których trzeba ślepo słuchać. A skoro tak, zaczynamy jako ludzie dojrzewać, czyli szukać własnej drogi, wartości, a co za tym idzie – nowych autorytetów, mistrzów. Takich, którzy żyją pełniej, autentyczniej. Takich, którzy nie stają na drodze rozwojowi i nie próbują indoktrynować. Niestety, tacy ludzie są zwykle mało medialni, ponieważ z założenia nie dążą do władzy, może dlatego o nich nie słychać, co nie znaczy, że ich nie ma.

Dlaczego kobiety częściej niż mężczyźni zajmują się rozwojem osobistym?
K.M
.: Bo są energetyczne, mądre, głębokie…

W.E.: Ponieważ żyły w upokarzającym zniewoleniu przez tysiąclecia i to nie one odpowiadają za stan świata. Teraz więc mają moralną przewagę nad mężczyznami. Mogą powiedzieć: nie wywoływałyśmy wojen, nie miałyśmy obłąkanych pomysłów ideologicznych i politycznych. Tak ogromna przewaga moralna daje wielką siłę. Dlatego kobiety mają teraz olbrzymi pęd do zmiany i rozwoju, mężczyźni zaś budzą się ze snu o potędze z dziejowym kacem, z poczuciem winy i klęski.

Nie widać tego po nich.
W.E.
: Bo to nieuświadomione. Widać to po objawach i zachowaniach. Mężczyźni robią się coraz bardziej chaotyczni, pogubieni, są w odwrocie. Ci, którzy ciągle utrzymują pozycję władzy i wpływu, rozpaczliwie próbują ratować status quo i zawrócić koło historii. Miotają się więc arogancko i bezmyślnie, robią groźne miny i odkopują dawno już zmarłych wrogów, by uzasadnić swoją iluzoryczną misję. Ale coraz więcej ludzi widzi, że to jest dęte, że nic sensownego za tym nie stoi. W tym kontekście kobiety to siła wstępująca, rewolucyjna. Większość kobiet ma odruchową niechęć do instytucji patriarchalnych, muszą więc szukać czegoś w zamian. Dlatego tak się angażują w różne ruchy i organizacje alternatywne.

Jakie są pułapki tego pędu ku rozwojowi osobistemu?
K.M.: Nie przypadkiem mówi się o kimś nawiedzony, oszołom. Są ludzie, którzy biegają między jednym warsztatem a drugim obozem. Nie zdążą się nawet przebrać. Wówczas się robi z tego życie zastępcze, ucieczka przed życiem prawdziwym. Tacy ludzie mają poczucie, że biorą w czymś udział, choć tak naprawdę nie biorą w niczym udziału. Ileś takich osób musi być, ale to margines.

W.E.: W działania na rzecz własnego rozwoju nie angażują się ludzie wyjątkowi i poukładani wewnętrznie, tylko boleśnie doświadczeni przez los, mający swoje ograniczenia i deficyty. Część z nich uprawia to, co pewien buddyjski nauczyciel nazwał duchowym materializmem. Zamiast się rozwijać, kolekcjonują doświadczenia, mają do nich instrumentalny stosunek. Rozwieszają na ścianach zaświadczenia, licencje i gablotki z trofeami. Często dążą do władzy i rządu dusz. Tacy ludzie znajdą się w każdym ruchu, ideologii. Ale są też tacy, którzy uczą się, że rozwój polega na tym, by puszczać, oddawać, a nie dodawać i zbierać, że w drodze do światów leżących wyżej trzeba przejść próbę igielnego ucha.

K.M.: Niezwykłe jest to, że nie wiemy, w którym momencie stanie się coś, co pchnie nas na drogę poszukiwań, rozwoju. A czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że już na niej jesteśmy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »