Jak zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa?

fot. iStock

Warto więc się trudzić, by zwiększyć własne poczucie bezpieczeństwa?

Wszyscy nieustannie się w tej sprawie trudzimy. Tylko, jak już powiedzieliśmy, większość z nas w tym trudzie zmierza w złą stronę. Aby nie zbłądzić, warto zadać sobie kilka pytań: Co zrobić, by nie czuć się w życiu jak kierowca jadący w nocy we mgle, bez świateł i prawa jazdy? Co zrobić, by w pełni świadomie, realnie rozpoznawać zmieniające się okoliczności mojego życia? Co zrobić, by trafnie odbierać sygnały zmysłów? Co zrobić, by w porę rozpoznawać potrzeby mojego serca i ciała? Co zrobić, by czuć się bezpiecznie zawsze, nawet w obliczu katastrofy?

Nawiązać kontakt z ciałem zamiast z ubezpieczycielem?

Dobrze jechać samochodem ubezpieczonym i przy dobrej widoczności. Mieć oczy i uszy otwarte – widzieć, słyszeć i czuć to, co dzieje się wokół nas. Uczyć się odróżniać fakty od interpretacji. To się nazywa być w kontakcie z rzeczywistością i to jest niezbędne, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Wtedy unikniemy sytuacji trafnie przedstawionej w pewnym rysunkowym dowcipie. Bogate przedmieście, piękny dom z ogrodem. Elegancka kuchnia, na stole obfite pyszne śniadanie. Radosne dzieci, piękna mama. Pod stołem dokazują uroczy piesek z kotkiem. Słowem: sielanka. Przy stole siedzi mąż i ojciec. W garniturze, z teczką, przygotowany do wyjścia do pracy. Ma przerażoną minę i cały się trzęsie. Żona pyta: „Dlaczego się tak trzęsiesz? Rozejrzyj się dokoła: piękny dom, mądre, zdrowe dzieci, pogoda dopisuje, piękna, kochająca żona, za chwilę jedziesz do pracy, którą lubisz – o co ci chodzi?”. „Właśnie, właśnie – mamrocze przerażony mąż – tak zaczynają się wszystkie horrory!”. Jak widać, największym naszym wrogiem są nawykowe interpretacje świata i życia, a nie świat i życie same w sobie. A wielu z nas tak ma, że „im lepiej, tym gorzej”, albo „jest tak dobrze, że to się musi źle skończyć”.

Nawet jeśli wszystko gra, nie potrafimy się cieszyć, bo boimy się tego, że się skończy.

Dlatego trzeba zacząć od pracy wewnętrznej. Nauczyć się nie słuchać lęku. Zdemaskować go jako złego doradcę. Zrozumieć, że jeśli zaczniemy go słuchać, to w końcu wepchnie nas pod nasze własne łóżko. Staniemy się wówczas niewolnikami naszego lęku. Poczucia bezpieczeństwa nie zbudujemy, unikając zagrożeń i ryzyka.

Niektórzy skomentują: „Eichelberger się wymądrza o duchowości! Niech lepiej powie rodzicom, jak przestać się bać o dziecko”…

Jeśli będziemy się tylko bać o dzieci i zabezpieczać je na wszelkie sposoby, to zarazimy je swoim lękiem, a kiedy dorosną, nie będą się nigdy i nigdzie czuły bezpiecznie. O bezpieczeństwo dzieci trzeba się troszczyć, ale mądrze, trzeba przygotowywać je do życia, uczyć samodzielności, sprawczości, radzenia sobie z trudnościami, zagrożeniami i bólem. Zamykanie dzieci w bezpiecznym domu w kasku na głowie z ochraniaczami na tyłku, kolanach i łokciach jest wyłącznie karkołomną, daremną i w gruncie rzeczy okrutną próbą radzenia sobie z własnym lękiem. Jeśli my, rodzice, sobie z nim nie poradzimy, to nie nauczymy tego naszych dzieci i zainfekujemy nim następne pokolenia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »