Jak cieszyć się życiem

Mamy z nią kłopot – albo sobie jej odmawiamy w imię wyższych celów, albo się w niej zatracamy. A wystarczy wsłuchać się w swoje ciało. Ono wie, czego i ile nam trzeba. Przyjemność niewymuszona na poziomie ciała i płynąca z głębi duszy to twórcza siła, o którą sami musimy zadbać.
Bożena Kochańska, nauczycielka matematyki w podwarszawskim liceum, co roku po świętach zaklina się, że już nigdy więcej. Krochmalenia obrusów, pucowania okien i podłóg, pieczenia, gotowania, gości. Całego tego zgiełku, od którego dostaje migreny. Ale przychodzą następne święta i wpada w ten sam kołowrót. Wszystko musi być tak jak w domu rodzinnym. Suto, obficie i pachnąco. – Radości nie mam potem z tego żadnej – mówi. – Jedzenie się wyrzuca, prezenty, bywa, oddaje do sklepów. Brakuje siły na rozmowę, spacer, książkę. Po co więc to robię? Dla dzieci. Chcę im dać to, co sama dostałam od rodziców. A przyjemność? W kontekście świąt wydaje mi się jakaś niestosowna.

Odpuśćmy sobie

Przyjemność wydaje się podejrzana wielu ludziom i to nie tylko w kontekście świąt. Co prawda – z jednej strony – kojarzy się z czymś, co cieszy: dobrym jedzeniem, ciekawą książką, kojącą muzyką. Ale z drugiej – uważana jest za coś grzesznego, co degraduje duchowo, odciąga od obowiązków i odpowiedzialności. A już przyjemność zmysłowa uważana jest od wieków za synonim rozwiązłości. Wielu ludzi życie poświęcone przyjemnościom uznaje za zmarnowane.
Na taki stosunek do tego skądinąd miłego uczucia pracowały całe pokolenia kształtowane przez kulturę, religię. Przyjemność zawsze była czymś „niższym” od „wyższego” poczucia obowiązku. To między innymi dlatego traktujemy ją podejrzliwie, a nawet się jej boimy, choć brzmi to jak sprzeczność. Jak bowiem można obawiać się czegoś, co sprawia radość? Otóż można. Wielu ludzi w przyjemnych sytuacjach przeżywa ostry lęk, a są i tacy, którzy przy intensywnym przyjemnym pobudzeniu doznają bólu.

Psychiatra Alexander Lowen w świetnej książce „Przyjemność” wyjaśnia ten mechanizm na przykładzie człowieka, który wyciska nabrzmiały wrzód. To bolesny zabieg, ale konieczny do uzyskania uczucia ulgi. Czasami ból jest nieunikniony, jeśli chcemy przywrócić normalne funkcjonowanie organizmu. Czasem potrzeba też dotknąć bolesnych miejsc w ciele i duszy, żeby uwolnić przyjemne doznania. „Prawda ciała może być bolesna, ale negowanie tego bólu zamyka drzwi do przyjemności. Jeśli boimy się bólu, to boimy się również przyjemności” – pisze Lowen.
Nie znaczy to jednak, że należy się umartwiać, żeby doznać czegoś miłego, jak czynią to masochiści. Chodzi o to, że jeśli chcemy czerpać z życia radość, to nie możemy uciekać od uczciwej konfrontacji z samym sobą, nawet jeżeli sprawia nam to ból. Ale też musimy sobie odpuścić, czyli pozwolić ciału na swobodne reagowanie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »