Strach przed chodzeniem

Co nam dodaje skrzydeł? Radość życia, entuzjazm, miłość, przyjaźń, ciekawa praca, pasja tworzenia… Tego wszystkiego może pozbawić nas nieśmiałość. Mało, że podcina skrzydła. Czasem pęta nogi tak, że trudno zrobić krok.
Słowo nieśmiałość zostało zapisane w średniowiecznych annałach już ponad 1000 lat temu. Jako nieśmiałą określano osobę trudną w kontakcie z powodu swojej bojaźliwości. Rzecz nie jest więc „nowoczesnym wynalazkiem”, może tylko współcześnie bardziej boli, bo wszystkie możliwe media, a także poradniki przedstawiają model człowieka sukcesu: idącego przez życie na zasadzie cel-pal, zwalczającego własne słabości równie łatwo, jak łatwo łamie się zapałkę. Tymczasem – to nie takie proste. O ile zupełnie możliwe jest wykorzenienie i unicestwienie jakiejś drobnej przywary, o tyle trudno w ten sam sposób wychować w sobie przebojową kobietę czy dynamicznego, rzutkiego mężczyznę, jeśli właśnie nieśmiałość jest podstawowym zrębem naszej osobowości. Aby sobie z nią poradzić, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytania: czym jest?, skąd się może brać?, a dopiero potem szukać sposobów, aby ją opanować.

Wachlarz nieśmiałości

Jak to zwykle bywa, definicji zjawiska jest wiele. Najbardziej pojemną wydaje się ta, która określa nieśmiałość jako zachowanie osoby świadczące o świadomej niezdolności do podjęcia czynności, mimo że ma na ich temat wiedzę. Amerykański psycholog społeczny, prof. Zimbardo twierdzi, że osoba nieśmiała czuje się stale skrępowana wśród ludzi lub w różnych sytuacjach. Charakteryzuje ją rezerwa i brak wiary we własne siły. Jest to więc pewien rodzaj lęku społecznego.

Oczywiście, nieśmiałość nieśmiałości nierówna. Może być sytuacyjna albo chroniczna. Występuje też w różnym zakresie: przybiera lekką formę, np. zakłopotania, w momencie zainteresowania naszą osobą, aż po upośledzenie psychiczne, które może okaleczyć człowieka równie silnie jak poważny fizyczny defekt (tak pisze o tym Zimbardo) i uruchamia autoagresywne mechanizmy: uniemożliwia zawieranie przyjaźni, przeszkadza w publicznej obronie własnych praw, każe nadmiernie przejmować się własnymi reakcjami, obawiać, jak zostaną ocenione przez innych, zamyka człowieka w skorupie lęku, z którego nie potrafi wyjść. Gdy stan się przedłuża, do psychicznych bolączek mogą dojść kłopoty ze zdrowiem: spowodowane stresem choroby autoimmunologiczne (czyli organizm atakuje sam siebie), depresyjność, lęk i przeraźliwa samotność.

Typowa nieśmiałość ma kilka objawów fizjologicznych: przyspieszone bicie serca, czerwienienie się, wystąpienie plam na szyi i twarzy, suchość w ustach, pocenie się, drżenie rąk, nudności. Te trzy ostatnie symptomy typowe są dla fobii społecznej: mogą nawet utrudniać podstawowe czynności, jak wyjście z domu do pracy.

Gdy dziecku czegoś brak

Nieśmiałości nie można rozpatrywać jako cząstki „wyjętej” z człowieka, jak kawałek tortu. Jak to zwykle bywa, odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy i dlaczego właśnie tacy?, należy szukać w dzieciństwie. Mamy na myśli charakter, na który mają wpływ przede wszystkim rodzice. Jego zręby tworzą się od pierwszych chwil życia, przy czym pierwszych sześć lat to kluczowy okres, kiedy formuje się baza dla późniejszego rozwoju człowieka. Właśnie psychologia rozwojowa zwraca uwagę na to, jak ważne są pierwsze tygodnie, czas tuż po narodzeniu i niemowlęctwo – jego przebieg traktowany jest jak matryca, w której odlewa się późniejszy charakter. Jeśli rodzice są wystarczająco dobrzy, człowiek przechodzi przez życie bez chorobliwej nieśmiałości. Może okazać się introwertykiem, wrażliwcem, ale nie będzie mieć lęku przed kontaktem ze światem.

Nieraz zdarza się, że spotykamy na swojej drodze kogoś, o kim mówimy, że „przeprasza, że żyje”. Ma bladą, woskowatą twarz, skurczone ciało, zawsze stoi z boku. Można z pewnym prawdopodobieństwem wnioskować, że w bardzo wczesnym dzieciństwie musiał doznać traumy, która zablokowała w nim „prawo do życia”. Może to być nieszczęśliwy los: porzucenie, dom dziecka albo długotrwałe przebywanie w szpitalu we wczesnym okresie – słowem sytuacja, w której zabrakło opieki rodzica. W tym wczesnym okresie absolutnie najważniejsza jest adekwatność zachowania rodziców do potrzeb małego dziecka: zaspokajanie jego głodu (dla dziecka głód to prawdziwy ból), potrzeby fizycznego kontaktu, głosu, który słyszało będąc jeszcze w brzuchu matki, dotyku znanych rąk, znajomego zapachu. Jeśli tego nie brakuje, w małym człowieku gruntuje się przeświadczenie, że ma prawo czuć potrzeby, na które ktoś odpowie. Tak formuje się zaufanie do samego siebie. Zaniedbany niemowlak może wyrosnąć na człowieka, który unika kontaktów albo ma kontakty „dzikie”, znajduje ucieczkę w świecie idei, woli obcować z książkami niż z ludźmi, jest samotnikiem-intelektualistą, inwestuje w rozwój duchowy, w bycie ponad potrzebami. To tylko kilka możliwych scenariuszy. W tym wszystkim kryje się przekaz: nie potrzebuję ludzi, nie potrzebuję więzi, bo nie wierzę w to, aby moja potrzeba została uznana za ważną. Bywa też inaczej: upośledzenie następuje w nieco późniejszym okresie.

Jest taki fajny moment w rozwoju dziecka, mniej więcej od około roku do półtora. Pierwszy raz staje na nogi, mówi pierwsze słowa, może się samo przemieszczać, manifestować swoją wolę. Czuje się panem sytuacji, nabiera odwagi w obcowaniu ze światem. Jeśli rodzice pozwolą dziecku na ten mały „podbój kosmosu” – rozwój szybko i naturalnie przejdzie w fazę urealnienia: za chwilę mały człowiek zrozumie, że nie jest wszechmocny. Natomiast jeśli rodzice podchodzą do wszystkiego z przesadnym lękiem, dziecko uwewnętrznia przeświadczenie, że nie ma prawa sięgać po to, czego chce. Przeświadczenie to może być źródłem późniejszej nieśmiałości.

Czasem zdarza się i tak, że „błąd w matrycy” pojawia się między osiemnastym a dwudziestym czwartym miesiącem życia. Wtedy dziecko jest już odrobinę „odpępowione”, idzie do świata i przynosi mamie różne rzeczy: a to cudny samochodzik, a to lalę. Chce w ten sposób na nowo przywołać ją do układu więzi, mówi: pochwal mnie, pobaw się ze mną. Jednak zdarza się, że mama zdążyła się już przyzwyczaić do wygodnej sytuacji, w której dziecko potrafi zająć się samo sobą. Przeszkadza jej, że znów chwyta się jej spódnicy, strzepuje więc małe łapki, mówiąc: zostaw, nie przeszkadzaj, idź baw się sam. Malec zapamiętuje, że to, co go cieszy, nie jest ważne, że nikt nie chce się tym cieszyć razem z nim. To także może być źródłem nieśmiałości.

Nic nie poradzimy: te krótkie miesiące najwcześniejszego dzieciństwa rzutują na cały nasz psychologiczny życiorys. Czasem nabyta w pierwszych miesiącach trauma ciągnie się długimi latami. Potrafi zniszczyć życie. Nie wolno sobie na to pozwolić. Przygotowując się do tego „wykładu” o nieśmiałości przeglądałam rozmaite psychologiczne fora internetowe. Pewna borykająca się z problemem nieśmiałości internautka pisała: mam już 60 lat, moje rodzeństwo odnosi sukcesy w życiu zawodowym, ma udane rodziny, przyjaciół, a ja, mimo upływu lat, wciąż pozostałam tą samą wzgardzoną, odrzuconą dzikuską…

Wola zmian

Na nieśmiałość nie ma niebieskiej tabletki szczęścia. Każdy musi znaleźć własną drogę, a przede wszystkim wzbudzić w sobie wolę ZMIANY. Kochająca osoba. Przyjaciele. Terapeuta. Trzeba znaleźć własny trop. Matryca matrycą, ale człowiek cały czas się STAJE. Nigdy nie jest za późno, żeby poprawić jakość życia.

W przypadku niezbyt głębokiej nieśmiałości sytuacyjnej wystarczy zapewne odrobina pracy nad sobą. Jeśli ogarnia cię lęk przed konkretnym wyzwaniem – mimo lęku zrób milimetrowy krok. Coś tam się zawsze uda utargować, pchniesz swój świat o ten milimetr. Takie pozytywne doświadczenie daje nam poczucie „sprawstwa” . Czasem, jeśli ktoś ma dostatecznie dużo szczęścia i trafi na życzliwego, dobrego człowieka – przyjaciela lub życiowego partnera – on pomoże nabrać pewności siebie, cierpliwie poczeka na ujawnienie tych skrywanych czy tłumionych emocjonalnych potrzeb. Odpowie na nie tak, że odbudujemy to, czego zabrakło w dzieciństwie. Nieraz przecież zdarza się, że dzikus w objęciach miłości potrafi się zmienić w normalnie funkcjonującego człowieka. Ile razy wypowiadaliśmy takie zdanie: „jak on się przy niej wyrobił!”, „jak ona przy nim wypiękniała, nabrała pewności siebie!”.

Wbrew obiegowej opinii, nie tylko kobiety mają problemy ze znalezieniem tej drugiej połówki – bo są zbyt nieśmiałe. W grupach terapeutycznych jest mnóstwo mężczyzn. Próba pokazania własnej wartości jest tłumiona u nich przez lęk przed odrzuceniem. Nieśmiali mężczyźni obawiają się, że kobieta ich pochłonie lub odrzuci, boją się zbliżyć i nie potrafią stworzyć dobrego związku. Może to i banał, ale nigdy dość go powtarzać: jeśli człowiek otworzy się na ludzi, otrzyma wielokrotnie więcej, niż oczekiwał. I jeszcze: gdybyśmy mieli dobre stosunki z ludźmi, terapeuci nie byliby potrzebni. Jednak bardzo często bez nich nie dokonamy zmian, nie ruszymy z miejsca. Terapia czy grupa wsparcia, w której przekonamy się, że ze swoim problemem nie jesteśmy sami, potrafi zdziałać cuda. W przypadku głębokiej fobii społecznej jest absolutnie niezbędna i trzeba ją wspierać lekami.

Cały czas mówimy o nieśmiałości, tej głębokiej, jako o poważnym upośledzeniu życia i to prawda, ale też niecała. Oczywiście, nie jest to pieprzyk na urodzie, to problem, który musimy rozwiązywać, ale… może on również mieć swój urok. Na ogół nieśmiali ludzie są także wrażliwi – więcej czują i widzą, głębiej rozumieją. To ma swoją wartość, o ile nie obniża zbyt drastycznie jakości życia. Jeśli nas blokuje, unieszczęśliwia, wtedy mamy święty obowiązek zaopiekować się sobą, coś zrobić. Jeśli próbujemy walczyć z nią bez niczyjej pomocy, musimy pamiętać, że w nieśmiałości typowy jest rozjazd między „ja” idealnym i tym realnym. A to łatwiej jest dostrzec podczas konfrontacji z grupą terapeutyczną czy też w rozmowie z życzliwym człowiekiem. Postarajmy się być dla siebie jak życzliwi, wyrozumiali rodzice. Nie stawiajmy sobie nierealnych celów. Te realne są naprawdę
wystarczająco dobre.

Opowiadała Elżbieta Brodowska, psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze