fbpx

Wielkanoc w zgodzie z energią

Bogdan Biały

Wiosenne odrodzenie to czas oczyszczania oraz porządkowania: ciała i umysłu. Także poprzez dietę. Na przykład ajurwedyjską

Późna jesień i zima to czas gromadzenia tłuszczu, złogów, krótko mówiąc – według zasad ajurwedy – nadmiaru kapha, która miała nam pomagać podczas wilgotnej i zimnej pory, ale w cieplejsze, suche dni – przestaje nam służyć. Dlatego na przełomie marca i kwietnia pozbądźmy się jak najszybciej jej nadmiaru, dla równowagi doszy. O tej porze roku są zalecane: masaże, powolne zwiększanie aktywności, ćwiczenia rozciągające, joga, pranajama, rozgrzewające herbaty, a przede wszystkim odpowiednie jedzenie: o gorzkim smaku i z gorzkimi przyprawami.

Święta inaczej

Wiele lat temu, właśnie wiosną trafiłam do Indii. Koleżanka, z którą tam poleciałam, zachorowała. W wielu miejscach jej ciała, na węzłach chłonnych pojawiły się wyczuwalne palcami dosyć duże guzki. Byłyśmy przerażone… Gdy zjawiłyśmy się u lekarza ajurwedyjskiego, zaczął mówić o złogach, o nadmiarze kapha, o kontraście między zimnym i wilgotnym powietrzem w Polsce a suchym i ciepłym w Delhi.

Dzielnica Paharganj i podejrzanie wyglądający kramik lekarza ajurwedy nie skłaniały do optymizmu, ale cóż było robić? Posłuchałyśmy rad lekarza. Jedną z ważniejszych była dieta. Zalecał: dahl z fasolki lub soczewicy, groch z dzikim ryżem, niektóre warzywa i owoce, jak karczoch, szpinak, okra, rzodkiewki, grejpfruty, jabłka, a także herbatkę z imbiru i cytryny. Wszystko po to, żeby wyregulować w organizmie kapha.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy po tygodniu guzki na ciele mojej koleżanki zniknęły. Obie jednak pozostałyśmy na ajurwedyjskiej diecie jeszcze przez kolejny tydzień. Nie zrezygnowałyśmy nawet podczas przypadających w czasie jej trwania Świąt Wielkanocy. Może właśnie dlatego te święta zapisały się w mojej pamięci w sposób szczególny.

Po raz pierwszy w życiu byłam świadkiem uroczystości przyjęcia chrztu przez prawie sto dorosłych osób. Towarzyszyły temu niezwykłe okoliczności: msza odbywała się o północy przy dźwiękach hinduskich pieśni, w świetle pochodni połyskiwały złotem drapowane sari. Pomyślałam, że życie pełne jest niespodzianek i przypadków: przyjechałam do Indii między innymi po to, by szukać wskazówek do buddyjskich medytacji, a znalazłam się w środku katolickich uroczystości wielkanocnych. I zamiast polskiej sałatki majonezowej, szynki i jajek, zajadałam dahl, popijając herbatką imbirową.

Co dajesz, a co bierzesz

Wielkanoc, a zwłaszcza jej kulinarne tradycje, kojarzy się z obdarowywaniem: ktoś przygotowuje jedzenie, ktoś inny przychodzi i jest częstowany, zjada. Kim jest ten, kto dał, a kim ten, który otrzymał? Obie postaci są jak rewers i awers tej samej monety. Błędem jest myślenie, że ten, kto częstuje, jest jedynym, który coś ofiarowuje. Poczęstowany też daje: poczucie bycia potrzebnym, uwagę, słowa uznania, zainteresowanie. A to bardzo wiele. Gdy przyjmuje z całego serca, z całego serca też ofiaruje. Tak więc każdy akt dawania jest w równej mierze braniem.

Ileż upokarzających sytuacji mogłoby mnie w życiu ominąć, gdybym wiedziała o tym przed laty! Prosta sytuacja: nadąsana wychodzę od sąsiadki bez słowa „dziękuję”, gdy ta wpycha mi do kieszeni pączki. Nie chcę ich jeść, nie chcę jej dziękować, a już broń Boże chwalić prezent lub rozmawiać na jego temat. Jestem zbuntowaną nastolatką i mam w nosie jej pączki.

Dziś myślę, że jeśli ktoś jest gotowy coś ci ofiarować, np. mama wędzoną kiełbasę – to weź, zamykając w ten sposób koło wymiany. Mamie dasz uwagę, poczucie wartości, może wdzięczność. A chwilę potem możesz tą kiełbasą obdarować kolegę albo pieska za rogiem. Ileż dobrych uczuć przepłynie przez wszechświat wraz
z taką kiełbasianą święconką.