1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Schizofrenia a popęd seksualny. Jak kocha schizofrenik? Jak nawiązuje bliskie relacje?

Schizofrenia a popęd seksualny. Jak kocha schizofrenik? Jak nawiązuje bliskie relacje?

fot.123rf
fot.123rf
Czy zaburzenia psychiczne przekładają się na jakość więzi erotycznych? Czy chorzy na schizofrenię mają szanse na szczere, satysfakcjonujące relacje? Jak kocha schizofrenik? I jak schizofrenia rzutuje na popęd seksualny i budowanie bliskości? - Z doktor Magdaleną Nowicką, psycholożką kliniczną z Uniwersytetu SWPS rozmawia Magdalena Rybak.

Schizofrenia to choroba, która wpływa na umiejętność budowania relacji międzyludzkich – chorzy mają problem z wyrażaniem swoich potrzeb i stawianiem granic. Jak to rzutuje na ich relacje intymne? Jak schizofrenia przekłada się na popęd seksualny?
Schizofrenia wiąże się przede wszystkim z osłabieniem ekspresji emocjonalnej. To spora przeszkoda w nawiązywaniu bliższych relacji, które potencjalnie mogą służyć zaspokajaniu potrzeb intymności, bliskości i kontaktom seksualnym. W efekcie chorzy są mniej aktywni seksualnie. Nie są w stanie przeżywać szczęścia czy jakiejkolwiek przyjemności głównie z powodu swoich lęków, oporów i wycofania. Problemem bywa też obniżenie potrzeb seksualnych w wyniku stosowania leków psychotropowych. Spadek libido może być poważnym problemem dla pacjentów, którzy już funkcjonują w relacjach (pierwszy rzut choroby zdarza się między innymi u kobiet 40–50-letnich, które funkcjonują w związkach małżeńskich). Ale są też pacjenci, u których obserwuje się nadmierny wzrost libido. Może on wówczas przejawiać się w fantazjach seksualnych i wiązać z patologicznymi formami masturbacji. Należy pamiętać, że ci pacjenci mają potrzeby seksualne, które powinni zaspokajać. Jest to warunkiem koniecznym do osiągnięcia dobrostanu psychicznego, rozumianego jako zadowolenie z życia.

Czy to prawda, że kobiety radzą sobie lepiej – łatwiej im znaleźć partnera i nawiązać stałą relację?
Tak, kobiety cechuje lepsze funkcjonowanie społeczne. Wychodzą za mąż i zajmują się dziećmi, w większości mają życie seksualne, ale deklarują, że jest ono mało satysfakcjonujące. Badania pokazują też, że takie kobiety mają więcej partnerów niż kobiety zdrowe, co świadczy o tym, że prawdopodobnie częściej chwytają się przygodnych kontaktów lub stają się ich ofiarami. Ze względu na trudności w stawianiu granic, mniejszy wgląd w siebie i zaburzenia emocjonalne łatwiej je nakłonić do takich spontanicznych interakcji. Mężczyźni mają zdecydowanie większą trudność w inicjowaniu znajomości, przez co rzadziej nawiązują relacje i kontakty seksualne. Zazwyczaj używają takich form zaspokojenia jak masturbacja. Zdarza się, że chorujący na schizofrenię pacjent doświadcza urojeń o treści seksualnej (zwykle bardzo drastycznej), które stanowią niejako zastępczą formę zaspokajania popędu seksualnego.

Ciąże u kobiet chorych na schizofrenię często są nieplanowane i niechciane. Co się dzieje, jeśli samotna chorująca kobieta znajdzie się w takiej sytuacji?
To jest problem. Pacjentki często mają trudność z rozpoznaniem objawów ciąży. Nie potrafią zinterpretować zmian somatycznych zachodzących w ich ciele, a przez to rzadziej korzystają z opieki lekarskiej. Ciąża i jej objawy powinny być elementem psychoedukacji. Mogą wręcz wystąpić sytuacje, w których kobieta zaprzecza istnieniu ciąży, często jest to część procesu psychotycznego. Przeżycia matki mogą prowadzić do odrzucenia proponowanych form opieki lekarskiej, ale to już jest rola lekarza, aby sobie z taką sytuacją poradzić. Problemem może być również stosowanie przez kobietę ciężarną farmakoterapii.

Czy choroba może zaburzać jakość interakcji pomiędzy matką a dzieckiem? Jak kocha schizofrenik?
Chora na schizofrenię matka może nieprawidłowo interpretować różne sygnały emocjonalne wysyłane przez dziecko i nieadekwatnie na nie reagować. To z kolei może zaburzać rozwój dziecka. Dlatego ważne jest, aby w procesie wychowawczym matce towarzyszyły inne, zdrowe psychicznie osoby, a także żeby korzystała ze wsparcia w procesie terapeutycznym i uczyła się prawidłowo odczytywać sygnały ze strony dziecka.

W Polsce nie mamy specjalistycznych programów opieki nad ciężarnymi chorymi psychicznie. Nie są one ani specjalnie prowadzone przez lekarzy, ani też edukowane w czasie ciąży. A o sprawach dotyczących zakładania rodziny i opieki nad dzieckiem pacjentom także należy mówić.

Wróćmy do tematu: schizofrenia a popęd seksualny. Czy są prowadzone jakieś działania mające na celu uczenie chorych rozpoznawania ich potrzeb seksualnych?
Tak, ten temat stanowi istotny element psychoedukacji. W ramach różnych programów pacjenci uczeni są, jak rozpoznawać swoje potrzeby seksualne, panować nad nimi i w bezpieczny sposób je zaspokajać. Ważne jest mówienie o tym, czym jest seksualność. Że to nie tylko potrzeby fizyczne, ale też emocjonalne. Nawet jeśli pacjenci mają uśpione potrzeby fizjologiczne z powodu stosowania leków, to nadal mają potrzebę bliskości i intymności. Potrzebę bliskości w pewnym stopniu zaspokaja grupa wsparcia. Intymność jest obszarem dużo delikatniejszym – osoby chore na schizofrenię uczą się stawiać granice i chronić swoją fizyczność, cielesność. Bywa, że u tych głębiej zaburzonych pacjentów psychoedukacja polega na mówieniu, jak należy się ubierać oraz przed kim i kiedy można się rozebrać.

Dr Magdalena Nowicka psycholog kliniczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych Uniwersytetu SWPS. Pracę badawczą łączy z pracą psychologa praktyka na dziennym oddziale psychiatrycznym dla osób chorujących na schizofrenię.

Rozmowa była prowadzona w ramach akcji Uniwersytetu SWPS (przy współudziale miesięcznika SENS) polegającej na oswajaniu tematu schizofrenii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Rozbudź swoją energię seksualną

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości, gdy wracamy po całym dniu spięci i usztywnieni? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? I jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? Jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. Jest to o tyle ważne, że jeśli wyrobimy w sobie takie nawyki, będą nam służyły przez całe życie. Bo po latach bycia razem ze sobą zaczynają się pojawiać problemy w sferze seksualnej. Rozbudowana gra wstępna jest w stanie doprowadzić do orgazmu, ale nie skupia się na imperatywie odbycia stosunku.

Tradycja seksualna Dalekiego Wschodu uczy nas tego, że długie pieszczoty potęgują napięcie i powodują zwiększone wydzielanie endorfin, fenyloetyloaminy oraz oksytocyny, które odpowiednio wywołują poczucie szczęścia, przywiązania i błogostanu. Kamasutra oferuje nam mnóstwo propozycji, wyróżniając osiem rodzajów objęć, dotyków, pocałunków, ukąszeń, zadrapań, siedzeń, ułożeń, kontaktów oralno-genitalnych. W następstwie ośmiu rodzajów kombinacji różnorodnych pieszczot powstają 64 możliwości erotycznej gry wstępnej. W Kamasutrze nazwane to zostało nauką „sześćdziesiąt cztery”. Jest to doskonałe źródło wiedzy o tym, gdzie pieścić, jak pieścić i jak zmieniać natężenie pieszczot.

Poznajemy nie tylko różne rodzaje dotyku, którymi można wyrażać swoje pragnienia erotyczne, lub pocałunków, ale także typologię kobiet – gazela, kobyła, słonica, i mężczyzn – zając, byk, ogier. Przy połączeniu różnych typów mężczyzn i kobiet powstają różne typy rozkoszy. Każdemu typowi kochanki czy kochanka przypisane są określone formy pieszczot i rodzaje pozycji seksualnych w zależności od ich budowy anatomicznej, a zwłaszcza wielkości narządów płciowych. Jeżeli partnerzy dobiorą się według przypisanej im typologii (zając i gazela, byk i kobyła oraz ogier i słonica), powstają trzy rodzaje rozkoszy.

Ugryzienia i głaski

Aby gra wstępna stała się drogą do rozkoszy, powinna prowadzić od bodźców łagodnych do coraz silniejszych. Na początku ugryzienie, wbicie paznokci czy pociągnięcie za włosy będzie bolało. Ale jeżeli nastąpi to po godzinnych pieszczotach, ilość wydzielonych endorfin spowoduje, że będzie to źródłem dodatkowej rozkoszy. Musimy być uważni i patrzeć, jak druga osoba reaguje. Dla kogoś głaskanie może nie mieć erotycznego charakteru, raczej da uczucie relaksu. Wtedy należy wzmocnić bodźce. A jeżeli głaskanie intensyfikuje czyjeś doznania erotyczne, utrzymać je. Obserwując reakcje ciała partnera, będziemy mogli dostosować się do jego oczekiwań.

W czasie gry wstępnej próbujmy różnych bodźców, gwarantuje to różnorodność doznań. Na przykład po zasłonięciu oczu możemy w stymulowane wcześniej palcami czy językiem miejsce położyć kostkę lodu albo przyjemnie ciepłą łyżkę. Pamiętajmy, że całe nasze ciała usłane są receptorami zarówno dotykowymi, jak i bólu i temperatury. W związku z tym skupienie się tylko na genitaliach powoduje zubożenie pożycia. Idea udanego seksu to idea intensywnych poszukiwań. Bo po pierwsze, możemy nie wiedzieć, w jakich miejscach na co jesteśmy wrażliwi. Po drugie, pewne pieszczoty mogą z czasem przestać działać, a nowe miejsca się uruchomić w wyniku naszych wzajemnych interakcji.

Sztuka czułości

Seks to szansa na stymulację wszystkich naszych zmysłów. Na jakie sposoby będziemy to robili, zależy od naszej wyobraźni. A jeżeli nam jej brakuje, szukajmy inspiracji w filmach, książkach, poradnikach. Największy problem, z którym się mierzymy, to czas. Bo na misteria seksualne potrzebujemy przynajmniej 2–3 godzin. Gdy w domu są dzieci, jest to bardzo trudne. Ale nawet to nie zwalnia nas ze starań. I pamiętajmy, że seks to jest też czułość, którą sobie okazujemy. Czasami możemy po prostu leżeć i się gładzić. Stymulujemy wtedy okolice erogenne i szukamy nowych źródeł przyjemności.

Poprzez seksualność budujemy też bliskość. Specyficzna budowa układu nerwowego pozwala organizmowi na stałą kontrolę tego, co się dzieje w jego wnętrzu oraz kontaktowanie się ze światem zewnętrznym, czyli też z najbliższą osobą. Liczba bodźców, którą sobie nawzajem dostarczamy, może zintensyfikować nasze przywiązanie do siebie poprzez wydzielanie oksytocyny, nazywanej hormonem przywiązania, i endorfin odpowiadających za błogostan czy fenyloetyloaminy odpowiadającej za intensywność przeżyć. Jeżeli często fundujemy sobie przyjemność, wówczas wzrasta czułość we wzajemnych kontaktach i pogłębiają się uczucia. Ale działa to również w drugą stronę – układ nerwowy zbiera też informacje negatywne. Jeżeli nie umiemy dotykać i zadajemy ból, to za trzecim razem partner lub partnerka nie będą już chcieli takiej bliskości i obniży to mocno ich motywację do kolejnych kontaktów seksualnych.

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Seks

„Wszechobecny” seks. Dlaczego tak nas fascynuje? W jakie mity nadal wierzymy?

Tramwaj z reklamą męskiej bielizny. Belgrad, Serbia, 2020 r. (fot. iStock)
Tramwaj z reklamą męskiej bielizny. Belgrad, Serbia, 2020 r. (fot. iStock)
Jest częścią nas, ewoluującą razem z nami, ale i razem z nami podupadającą, jeśli akurat na takim etapie życia jesteśmy – mówi seksuolog Michał Lew-Starowicz.

Dlaczego seks tak nas kręci? Psychologowie Cindy Meston i David Buss, naukowcy znani z badań nad ludzką seksualnością, w jednej ze swoich książek wymienili bodajże 237 powodów, dla których uprawiamy seks. Oczywiście nie przytoczę ich tu wszystkich z pamięci, ale te najczęściej wymieniane to m.in. pogłębienie bliskości emocjonalnej, przyjemność zmysłowa, podkreślanie ról w związku, zwiększenie poczucia własnej atrakcyjności, a także poprawa nastroju, zdrowia czy nawet odporności organizmu. Są też powody, które można nazwać negatywnymi, jak próba manipulacji partnerem, wyrażanie wrogości wobec niego… Seks może zaspokajać wszystkie te potrzeby. A to tylko ułamek wspomnianej liczby. I jak tu się nim nie fascynować?!

Seksualność jest jednym z najważniejszych aspektów naszego człowieczeństwa, sferą dotyczącą każdego z nas. Jest też kilka tysięcy osób na świecie, i do tej grupy ja także się zaliczam, których seks fascynuje także od strony naukowej.

No i jest też coraz liczniejsza grupa, która za pomocą seksu chce coś sprzedać (jak choćby, swojego czasu, pewien polski producent trumien). Nie prowadziłem statystyk, ale sądzę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że jakieś 2/3 wszystkich reklam bazuje na skojarzeniach seksualnych. Od kosmetyków po ubrania, jedzenie, blachę falistą czy wycieczki zagraniczne, a na wspomnianych trumnach kończąc. Seks się sprzedaje, bo jak już powiedziałem, jest jednym z najważniejszych aspektów naszego życia. Dlatego nie powinniśmy go zaniedbywać, ale też uważajmy, żeby go nie wyeksploatować.

Jak by pan scharakteryzował zdrowe podejście do seksu? Jako zachowanie właściwych proporcji. Cieszenie się nim i praktykowanie go w miarę potrzeb. Rozmawianie o nim z partnerem, bo to uchroni nas przed nieporozumieniami czy nawarstwieniem problemów. Z drugiej strony nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, gdy coraz więcej o seksie mówimy, a coraz mniej go uprawiamy. Mam tu na myśli pewnego rodzaju otwartość w postawie, sposobie mówienia czy wyglądzie, która sprawia wrażenie ekshibicjonizmu, a tak naprawdę jest przejawem dość ubogiego życia seksualnego, wynikającego z kompleksów, zahamowań czy innych problemów.

Bądźmy otwarci, ale nie popadajmy w skrajności. Można chodzić po domu nago, ale nie trzeba obnażać się z całą swoją fizjologią czy opowiadać wszem wobec o swoich doświadczeniach seksualnych. Dzieciom trzeba także pozwolić na intymność, gdy o to proszą, np. w łazience podczas kąpieli – to kształtuje szacunek wobec ciała i uczy ochrony swoich granic.

W związku dobrze jest uwodzić siebie nawzajem wyglądem, zapachem czy spojrzeniem, ale nie oszukujmy się, małżonkowie, którzy są ze sobą od lat, nie zawsze wyglądają dla siebie pociągająco i odświętnie. Ważne jest, żeby widzieć siebie w różnych odsłonach, ale nie przekraczać granic dobrego smaku. Unikać całkowitego zespolenia z partnerem, ale też nie przedłużać dystansu. I jeszcze jedno słowo w sprawie uwodzenia, coraz częściej mówi się o nim jako o zestawie cech czy zachowań, które gwarantują powodzenie u płci przeciwnej. Takie podejście do uwodzenia jest zadaniowe, sztuczne i plastikowe. Flirt powinien być czymś naturalnym, swobodnym i spontanicznym.

Zwykły, powtarzalny seks może być atrakcyjny? Ludzie potrzebują powtarzalności, przewidywalności. Daje im to poczucie bezpieczeństwa, ale jeśli pozostaje tylko powtarzalność, to seks staje się monotonny. Nie chodzi o to, by za każdym razem wprowadzać coś nowego, ale raz na jakiś czas – jak najbardziej. To niezwykle ożywia życie seksualne.

Nie ma pan wrażenia, że obraz seksu obecny na billboardach daje fałszywy przekaz, że uprawiają go tylko osoby wyjątkowo atrakcyjne? To bardzo niebezpieczny przekaz, ale mam wrażenie, że dotyka każdej sfery życia. Niech pani weźmie jakikolwiek kolorowy magazyn – czy w rubrykach o seksie, modzie, urodzie znajdzie pani choć jedno zdjęcie osoby, którą można by nazwać mniej atrakcyjną, normalną? Ten ogólny dyktat u przeciętnego odbiorcy, któremu do ideału wiele brakuje, powoduje blokady i frustracje. Poza tym erotyka z billboardów, poprzez swoje uproszczenie, zabija całą istotę seksualności, w której kryje się harmonia, zadowolenie z siebie, z życia, z seksu.

Tak jakby odkąd seks stał się kwestią publiczną, szeroko omawianą i pokazywaną, przestał być czymś prywatnym. Ależ seks jest naszą prywatnością! Zawsze odwołuje się do najbardziej osobistych i uwewnętrznianych elementów osobowości. Jest częścią nas wręcz od urodzenia. Naszą seksualność wynosimy z domu, rozwijamy potem przez poszczególne doświadczenia i stosunek do siebie. Seksualność nie jest więc oderwanym bytem.

Lubię powtarzać, że seks jest taki, jacy jesteśmy my. Jest częścią nas, ewoluującą razem z nami, ale i razem z nami podupadającą, jeśli akurat na takim etapie życia jesteśmy.

A jakie mity na temat seksu robią tej sferze najwięcej krzywdy? W niektórych stereotypach jest trochę prawdy, ale też nie można ich stosować wobec wszystkich. Na przykład ten, że mężczyźni nie lubią rozmawiać o emocjach – owszem, raczej nie lubią, ale nie wszyscy. Gdy do mojego gabinetu przychodzi para, to nie zawsze on jest wycofany, czasem przejmuje cały ciężar konwersacji i dużo o sobie potrafi opowiedzieć.

W sferze seksu narosło wiele mitów, jak choćby te dotyczące męskiej seksualności. „Mężczyźni zawsze myślą o jednym”, „im większy członek, tym większa satysfakcja” itp. – kierują naszą uwagę na sprawność, fizyczną wydolność. Biedni są mężczyźni, którzy biorą je sobie do serca, ale i biedne ich partnerki, które stają się dla nich czymś w rodzaju poligonu doświadczalnego męskości. Są też niezachwiane przekonania, np. „partner, który raz zdradził, na pewno zrobi to ponownie”, „mężczyzn interesuje tylko seks, a kobiety są bardziej emocjonalne” czy „nigdy bym tego nie zrobiła”. Te nieraz prowadzą na manowce. Samo życie najlepiej weryfikuje wszelkie mity i przekonania, zwłaszcza co do tego, do czego jesteśmy zdolni albo nie. Jaką pewność, że dotrzyma obietnicy, może mieć mężczyzna, który zapewnia: „nigdy nie zdradzę żony”, skoro nigdy jeszcze nie miał pokusy i okazji, by zdradzić? O wiele bardziej realnie od „nigdy czegoś nie zrobię” brzmi: „chciałbym i będę się starał, żeby do tego nigdy nie doszło”. Warto mieć w sobie pokorę i otwartość, pracować nad sobą i nad związkiem. Wtedy to nasze wyobrażenie może się spełnić.

Prof. nadzw. dr n. med. Michał Lew-Starowicz: lekarz, specjalista psychiatra, seksuolog, psychoterapeuta, pierwszy w Polsce specjalista medycyny seksualnej (FECSM) afiliowany przez European Union of Medical Specialists. Dyrektor Centrum Terapii Lew-Starowicz.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens”.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.