1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak pobudzić zmysły? Proste porady na dobry seks

Jak pobudzić zmysły? Proste porady na dobry seks

Czas dla siebie, czas na wyciszenie to element higieny psychicznej i sposób na to, by doszło do głosu libido. (Fot. iStock)
Czas dla siebie, czas na wyciszenie to element higieny psychicznej i sposób na to, by doszło do głosu libido. (Fot. iStock)
On jest zmęczony, ją boli głowa, przestają się dotykać, mijają się. Dużo pracują, mają małe dzieci. Czy żeby ożywić namiętność, musimy iść do seksuologa? Najpierw warto wypróbować kilka znacznie prostszych sposobów. Tak prostych, że gdyby nie pochodziły od specjalistów, machnęlibyśmy na takie mądrości ręką. Ale by zadziałały, trzeba je zastosować.

Na cyfrowym odwyku

Znajoma powiedziała mi, że „łatwiej zmienić faceta niż zmienić faceta” – i właśnie dlatego chce się rozwieść. Jej mąż woli siedzieć w Internecie niż się z nią kochać. Leżenie w łóżku i patrzenie w sufit, kiedy on obejmuje swój telefon, wykańcza. Podjęła jeszcze jedną próbę. Zorganizowała wyjazd. Wycieczkę tam, gdzie nie ma zasięgu. Tygodniowa wyprawa po lasach i górach wystarczyła, by mąż znów jej zapragnął.

Śledząc bez przerwy wiadomości czy sprawdzając Facebook w telefonie, zabijamy swoje prawdziwe potrzeby, siebie. Tak seksuolog Piotr Gumienny wyjaśnia, dlaczego taki prosty sposób pomógł. Dostarczanie sobie bodźców wzrokowych, intelektualnych w każdej wolnej chwili, a szczególnie wieczorem, sprawia, że tracimy ochotę na seks. Nie trzeba oglądać porno, bo przewijając nieustannie wiadomości na ekranie telefonu, jesteśmy na informacyjno-bodźcowym haju. Podniecenie wraca po czterech dniach w lesie, bo tyle wystarcza, by „wytrzeźwieć”.

Potrzeba odpoczynku od informacji jest blisko potrzeby erotycznej, bo gdy uwolnimy się od natłoku bodźców, od adrenaliny, kortyzolu itp., może zakiełkować w nas zmysłowość. Czas dla siebie, czas na wyciszenie to element higieny psychicznej i sposób na to, by doszło do głosu libido.

Pierwsza prosta rada na dobry seks to: cztery dni choć raz na dwa miesiące z wyłączonymi wszystkimi komunikatorami. Odwyk od informatorów i zaszycie się w lesie.

Intymna relacja

Do Andrzeja Gryżewskiego, seksuologa i psychoterapeuty, trafia wiele par z problemami podobnymi do tych, które miało pewne małżeństwo celebrytów. Ludzi pięknych i z niezaprzeczalnym sukcesem. Mimo to nieszczęśliwych w łóżku. Powód: „Jej oziębłość”.

Usiedli tak daleko od siebie, jak tylko było to możliwe, na kanapie w gabinecie seksuologa. Byli tu już drugi raz. Ona spokojna, on kipiał od hamowanej złości. Zdradziła go, i to z kim?! Z grubasem!?

Andrzej Gryżewski: – Dla kobiety nie ma większego afrodyzjaku niż męska uwaga. Jej brak to powód oziębłości i niechęci do seksu. A na pierwszej sesji ona mówiła, że mąż jej nie słucha, że tylko fizycznie jest obok, że nigdy nie patrzy jej w oczy. Wszystko jedno, czy rozmawiają, czy jedzą, czy się kochają. Teraz nie chce seksu z nim właśnie przez to jego patrzenie w bok! Ten, z którym go zdradziła, był w nią wpatrzony jak w obrazek: prosto, jasno i z zachwytem! Wreszcie poczuła się widziana, ważna, kochana!  Poświęcenie kobiecie pełnej uwagi bywa przez wielu mężczyzn niedocenione. A szkoda.

„Nie patrzy w oczy? A więc coś ukrywa?! Może fantazjuje o innej?” – przyczyny mogą być różne, ale kobieta zawsze pomyśli, że chodzi o konkurentkę, i dlatego traci ochotę na seks. Tymczasem mężczyzna potrzebuje poczucia autonomii, więc bywa, że odwraca wzrok tylko z tego powodu.

Może też chcieć się chronić. Nie patrzy w oczy, bo się wstydzi, nie jest pewny swojej seksualności? Może na przykład mieć kłopoty z utrzymaniem erekcji, dodaje Piotr Gumienny. Spojrzenie w oczy mogłoby skonfrontować go z tym kłopotem, bo a nuż ona zobaczyłaby w nich wątpliwość, czy znów nie zawiedzie. Patrzenie w oczy jest jak patrzenie w lustro, dlatego mężczyzna w takich sytuacjach go unika. Woli odbębnić stosunek po niebieskiej czy innej pigułce, wykazać się wzwodem, odhaczyć seks na liście zadań i nie konfrontować się z tym, że coś mogło być nie tak.

Drugi domowy sposób na seks to: zbuduj intymną relację. To nic nie kosztuje – wystarczy uważność, bycie tu i teraz. Intymność wymaga też szczerości, ujawnienia zwłaszcza tego, co wstydliwe. Na pewno to lepsze niż ochronny dystans.

Nareszcie jesteś blisko

Przyczyny podniecenia, tego, że kobieta nabiera ochoty na seks, mogą być różne. Na przykład widok mężczyzny zmywającego naczynia. W fartuszku. Albo gotującego zupę czy sprzątającego odkurzaczem mieszkanie. Zwłaszcza jeśli jest to mężczyzna, który odnosi zawodowy sukces i ma silny charakter. Taka zabawa w odwrócenie ról? W dominację? Nie musi o to chodzić, uważa Piotr Gumienny.

Jeśli mężczyzna jest dla kobiety mało osiągalny tak na co dzień – bo poświęca wiele czasu i uwagi budowaniu kariery i swoim pasjom, nie zajmuje się więc ani dosłownie, ani mentalnie sprawami domu – ona odbiera to jako brak intymności i bliskości. Nie czuje się więc bezpieczna i kochana. W codziennym pędzie mężczyzna nastawiony zadaniowo mija partnerkę, a ona traci razem z poczuciem bezpieczeństwa ochotę na seks. Oddycha z ulgą, kiedy widzi go w kuchni, czuje, że w tym momencie, w takiej sytuacji jest blisko. A dla kobiety bliskość mężczyzny to afrodyzjak, bliskość rodzi bowiem więź niezbędną do tego, by mogła otworzyć się na seks. By chciała się kochać. Dlatego gdy jej mężczyzna jest domowy, bliski, dostępny, taki na wyciągnięcie ręki – ona w naturalny sposób może chcieć jeszcze bardziej się do niego zbliżyć. Najbardziej, jak to tylko można, czyli kochając się z nim…

Zatem trzeci domowy sposób na seks to płyn do mycia naczyń i fartuszek. Czasem bywa to tak seksowne jak perfumy, szampan i luksusowa bielizna, zwłaszcza gdy powodem oziębłości jest brak psychicznej obecności.

Blisko siebie i swojego ciała

W domu można nosić krótkie tuniki odsłaniające nogi, jeśli z nóg akurat jesteśmy dumne. Nago przechodzić między sypialnią a kuchnią albo nie zamykać drzwi do garderoby, kiedy się przebieramy, a figura czy piersi nie budzą kompleksów. Gdy partner przechodzi obok, nasz szlafrok może się zsunąć z pleców do połowy pośladków, jeśli plecy czy pupę uważamy za ładne.

Moja znajoma po związku z mężczyzną, który nie chciał seksu, obiecała sobie, że nigdy więcej nie będzie rozmawiać o tym, czemu on nie chce. Zastanawiała się u seksuologa nad jego dziwaczną relacją z matką. Po rozwodzie zaczęła biegać i chodzić na pilates, żeby poczuć się dobrze w swoim ciele.

– Kobieca nagość – normalny mężczyzna niewiele więcej potrzebuje, by nabrać ochoty na seks – mówi seksuolog prof. Zbigniew Lew-Starowicz. – Kobieta nie powinna wstydzić się ciała, jeśli chce mieć radość z seksu. Dla mężczyzny większość kobiecych kompleksów nie ma najmniejszego sensu. Pewność siebie i podziw w oczach partnerki podniecają każdego. To nie cellulit czy za mały biust skutecznie niweczą namiętność, ale chowanie się pod kołdrą i gaszenie światła.

Czwarty domowy sposób na seks: pokazuj swoje ciało! A jeśli się krępujesz – zadbaj o nie. Bieganie czy taniec niewiele kosztują, a sprawiają, że poczujesz się sexy. Zniknie dystans między tobą a twoim ciałem, dystans, który budują wyłącznie kompleksy.

Użyj wyobraźni

Mężczyźni myślą, że kobiety podnieca ich męskość w stanie wzwodu, wydają więc majątek na pigułki i tym podobne specyfiki. Unikają więc seksu, gdy nie są pewni erekcji. Ale podniecenie wynikające z patrzenia na wielkie męskie atrybuty to u kobiet rzadkość, uważa Andrzej Gryżewski. Kobiety podnieca bardziej to, co sobie wyobrażą, co może się wydarzyć.

Dowodem jest choćby to, że kupując wibratory, wybierają wzory daleko odbiegające od modelu rzeczywistego. Gdy taki wibrator stanie obok łóżka, można go pomylić ze współczesną rzeźbą. Bo dla kobiety wyobraźnia, nie realny świat, to przestrzeń miłości zmysłowej.

– Kobieta potrzebuje czegoś więcej niż mężczyzna, by mieć ochotę na seks – potwierdza prof. Lew-Starowicz. – Pożądanie wybucha w niej, gdy na przykład wyobrazi sobie blisko siebie tego, kogo pragnie, fantazjuje o nim.

Pomóc jej w tym mogą zdjęcia, ale nie anonimowe akty męskie. Zdjęcia mężczyzny, który jej się podoba, pociąga ją, intryguje. Myślenie o nim może stać się jej afrodyzjakiem, gdy wyobrazi sobie siebie z nim w zmysłowej scenerii. Może nawet kiczowatej, ale co z tego. Nikt jej fantazji nie będzie przecież oceniał.

– Nie widzę w tym nic niestosownego, o ile nie fantazjujemy o panu ze zdjęcia, kochając się z mężem – mówi prof. Lew-Starowicz.

Piąty domowy sposób na seks: jeśli chcesz być namiętną kochanką, daj sobie prawo do korzystania z fantazji. To nie wymaga ani pieniędzy, ani wizyt u specjalisty.

Bądź jak stewardessa

Stewardessa zawsze najpierw podaje tlen sobie, potem dopiero pasażerom. Podobnie ma postępować w sypialni każda kobieta. Najpierw zadbać o swój orgazm. To powinien być dogmat. Nie patrz więc ukradkiem, czy on jest podniecony. Nie śledź jego reakcji. Oddaj się swojemu ciału i temu, co ono czuje i czego pragnie. Zanurz się w miłości jak w strumieniu i skup na tym, co wibruje i drży w tobie, odczytuj swoje wrażenia, śledź swoje dreszcze…

– Moim pacjentkom radzę, by przede wszystkim myślały o sobie i swojej satysfakcji – mówi Karolina Strojecka, psychoterapeutka i seksuolożka. – Żeby postępowały tak, jak radzi już w samym tytule książki Ian Kerner, amerykański seksuolog: „Jej orgazm najpierw...”. Żeby wczuwały się w swoje ciało, skupiły na swoich odczuciach.

Szósta domowa rada na seks: zadbaj o to, by on dotykał i całował cię tak, żebyś miała orgazm. Egoizm? Nie, twoja satysfakcja jest ważna i dla ciebie, i dla niego. Podniecenie kobiety i jej ekstaza to afrodyzjak dla mężczyzny. Radość seksu sprawia, że mamy ochotę na więcej. Klapa powoduje, że chętniej sięgamy po seriale i pączki.

I na deser rada siódma! – W seksie jasno wytyczone ścieżki się nie sprawdzają – mówi Karolina Strojecka. – Lepiej szukać wciąż nowych. Bądź więc odkrywczynią, poszukuj radości seksu dla siebie, a na pewno znajdziesz ją dla was obojga.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora
  1. Psychologia

Kilka chwil dla siebie – medytacja uważności

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Dopadł cię stres? Nie masz na nic czasu? Rada: znajdź chwilę na medytację uważności. Według psycholog pozytywnej Jolanty Burke, to prosty sposób na zadowolenie z życia.

Spróbowałam medytacji w centrum Rigpa w Dublinie. Wszyscy siedzieliśmy na podłodze przy ołtarzu śmiejącego się Buddy, słuchaliśmy jednego z mnichów, a potem medytowaliśmy nad jego słowami. Wiele lat później, gdy studiowałam psychologię pozytywną, trafiłam na wykład na temat Mindfulness Based Stress Reduction (Redukcji Stresu Poprzez Uważność), programu realizowanego przez klinikę o tej samej nazwie na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Klinika jest prowadzona przez psychologa, doktora Jona Kabat-Zinna, twórcę medytacji uważności, polegającej na skupianiu się na chwili teraźniejszej, tak jakby od niej zależało całe nasze życie. To forma stoickiej medytacji, której celem jest polepszenie samopoczucia.

Cel: lewa półkula

Doktor Kabat-Zinn wraz z zespołem naukowców dokonał niesamowitych odkryć na temat medytacji uważności. Według ich badań, medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych uczuć. Dlatego też osoby, które codziennie medytują, czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich ogólny stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy.

Kolejna korzyść płynąca z medytacji to istotne obniżenie symptomów depresji, niepokoju i dysforii. W ciągu zaledwie kilku tygodni osoby regularnie medytujące są w stanie poprawić swoje samopoczucie na bardzo długi czas.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson w swojej książce „Pozytywność” opowiada o kobiecie, która nigdy nie miała dla siebie czasu. Z trójką dzieci, domem na głowie i pracą na pełny etat była wiecznie podminowana i zestresowana, co negatywnie odbijało się na jej relacjach z mężem. Gdy zaczęła medytować, znajdowała się w stanie przewlekłej depresji i od kilku lat cierpiała na poważną bezsenność. Po trzech miesiącach regularnej medytacji zaczęła przesypiać 7 godzin bez budzenia się. Polepszyło się też jej samopoczucie, odnalazła przyjemność w zabawie z dziećmi, a w jej związek małżeński wstąpiła nowa energia. W ciągu zaledwie 12 tygodni poradziła sobie z nękającą ją depresją. To zresztą jeden z wielu przypadków potwierdzających zasługi medytacji uważności dla osiągania trwałego stanu szczęścia.

Codzienna praktyka

Aby zrobić pierwszy krok na drodze do spokoju i zadowolenia, najlepiej zarezerwować sobie 45 minut na codzienną praktykę uważności, ale wystarczy też 10 lub nawet 5 minut. Każda chwila medytacji będzie cudownym darem.

Najlepiej medytować rano, przed rozpoczęciem dnia. Nie musisz mieć specjalnej maty czy siedzieć w stroju gimnastycznym bez ruchu ze skrzyżowanymi nogami. Medytacje uważności można wykonywać siedząc na krześle, stojąc w autobusie, chodząc po ulicy czy jedząc obiad. Jon Kabat-Zinn poleca również jogę połączoną z medytacją uważności i skanowanie ciała, czyli koncentrowanie się kolejno na każdej jego części.

Najbardziej znana medytacja to medytacja łaskawości oparta na wzbudzaniu pozytywnych uczuć.

Poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji. Przeczytaj je i postaraj się od razu poświęcić kilka minut na wybraną medytację.

Medytacja siedząca

Wystarczy przeznaczyć na nią 5 minut dziennie. Ale jeśli możesz, postaraj się wygospodarować 10, 20 czy nawet 30. Usiądź wygodnie na krześle lub w fotelu – zadbaj o to, by twoje plecy były wyprostowane. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że jesteś górą. Skup się na swoim oddechu, bądź w pełni obecny. Za każdym razem, gdy uciekniesz myślami w jakimś kierunku, nie karć się za to, ale staraj się powrócić do koncentracji na swoim wdechu i wydechu. Na początku może być trudno, jednak z czasem będziesz nabierał coraz większej wprawy.

Uważne jedzenie

Wybierz jeden posiłek w ciągu dnia, może to być obiad, śniadanie lub zwykła przekąska. Postaraj się skoncentrować na każdym kęsie potrawy. Możesz na chwilę zamknąć oczy. Poczuj jej zapach, smak, zwróć uwagę na kształt, kolory czy ułożenie jedzenia na talerzu. Myśl o tym, jak każdy kęs nasyca cię i wzbogaca. Nie śpiesz się.

Skanowanie ciała

Połóż się na podłodze, macie do jogi lub na łóżku. Zacznij medytację od koncentracji na wdechu i wydechu. Po trzech wdechach przenieś swoją uwagę na palce lewej stopy, bez poruszania nimi. Skoncentruj się na swoich odczuciach. Coś cię swędzi, boli, a może odczuwasz łaskotanie? Palce są ciepłe czy zimne?

Następnie wyobraź sobie, jak twój oddech przesuwa się od klatki piersiowej, po brzuchu, lewej nodze, aż do jej palców.

Na wydechu niech rozpłyną się w stanie relaksu.

Potem skoncentruj się na dolnej części stopy, bez poruszania nią. Skup się na swoich uczuciach i znowu podczas wdechu doprowadź powietrze do tego punktu. Przy wydechu dolna część stopy rozpływa się w stanie relaksu.

Powtórz to samo, idąc kolejno przez wszystkie części lewej nogi: górną część stopy, kostkę, łydkę, kolano, udo. Potem prawa noga. Przejdź do miednicy, pośladków, dolnej i górnej części kręgosłupa, klatki piersiowej i brzucha. Potem skoncentruj się na palcach obu rąk, dłoniach, nadgarstkach, przedramionach i ramionach. Teraz kolej na twarz i szyję. Koncentruj się kolejno na szczęce, ustach, języku, dziąsłach, nosie, oczach, brwiach, czole i uszach. Wyobraź sobie, jak oddech przesuwa się w kierunku twarzy i przy wydechu pozostawia ją w stanie błogiej relaksacji. Kontynuuj tę wycieczkę aż do czubka głowy. Wyobraź sobie, że otwiera się niczym otwór na głowie wieloryba…

Weź tą drogą trzy głębokie oddechy (zamiast przez nos). Powoli skoncentruj się raz jeszcze na swoim wdechu i wydechu. Otwórz oczy. Całe ćwiczenie powinno zająć ci około 35–40 minut.

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy

Jolanta Burke psycholog pozytywna, coach.

  1. Seks

Kiedy on mówi jej "nie". Dlaczego mężczyźni odmawiają seksu?

Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Ważną, ale też trudną częścią gry seksualnej jest mówienie „nie”. To zwykle kobiety odmawiają seksu, w tej grze mężczyźni tradycyjnie są bardziej aktywni. Czy tak jest też w małżeństwie? Okazuje się, że równie często, może nawet częściej, to mężowie odmawiają żonom. By uniknąć seksu, używają pokrętnych strategii. Poznacie je w tej rozmowie, może więc nie padniecie ich ofiarą. A trudno o dobry związek bez dobrego porozumienia, także w erotyce – przyznaje psychoterapeuta Krzysztof Korona.

Proponowanie seksu mężczyźnie przez kobietę, jeśli nie jest się pewnym swego, to emocjonalnie wielkie ryzyko. Faceci często próbują, więc równie często są odtrącani, jakoś się przyzwyczaili. Wielu ma grubą skórę. Dla kobiet odmowa mężczyzny to bolesne odtrącenie i wielkie poniżenie. Także dlatego mężczyznom bywa czasami trudno powiedzieć kobiecie „nie”.
W sytuacjach pozamałżeńskich on próbuje, ona często odmawia. A jeśli ona jemu proponuje, to już różnie bywa... Jednak mało która kobieta będzie ryzykować. Dziś Internet to zmienia, tam zyskujemy więcej pewności wzajemnej. Zupełnie inaczej jest w stałym związku.

W małżeństwie ta niesymetryczność nie obowiązuje?
Nie. I o tym chciałem mówić. Na odmowę faceta w małżeństwie należy patrzeć na tle statystyk dotyczących kondycji fizycznej polskiego mężczyzny. Raport z 2003 roku mówi, że kiepsko u niego z tym, co odpowiada za erekcję, za libido, czyli z układem krążenia. Dlatego wielu umrze na zawał lub wylew. Jeżeli zaczyna szwankować zdrowie, odmowa seksu nie musi mieć związku ze stanem małżeństwa, raczej z lękiem przed porażką. Jeżeli on odmawia, mądra kobieta powinna pomyśleć: „Czy nie czas zatroszczyć się o zdrowie partnera?”.

Niestety, edukacja seksualna kobiet (nie inaczej mężczyzn) opiera się na uproszczonej edukacji internetowej. Ostatnie badania prof. Izdebskiego wskazują, że w Internecie staramy się szukać rozwiązania każdego problemu. Odtrącenie przez męża kobiety często interpretują tak: „on ma inną”. Albo: „znudziłam mu się”. Czasami tak jest, ale częściej to błąd, który pogłębia problem. Żony, którym mąż odmawia, bywają złośliwe albo mówią: „Już mnie nie kochasz, nie podobam ci się”. Wtedy pojawia się męski lęk, co to będzie następnym razem. Jeżeli on podejmie aktywność seksualną, to już na progu będzie obciążona lękiem, że się nie uda. Faceci, którzy obawiają się zaczepek seksualnych swoich partnerek, mają swój system zachowań unikowych.

Chyba obie strony stosują podobną taktykę. Ona: „Jestem zmęczona, nie mam nastroju”, on: „Nie widzisz, jaki jestem zagoniony?”.
To akurat niezła strategia, bo jest wprost. Gorsze są te unikowe. Mężczyźni i kobiety mają odmienne, wiele z nich wielce pokrętnych. Najwięcej pracy w gabinecie mam z unikowymi strategiami kobiet.

One zwykle mówią: „Muszę mieć nastrój, jestem niewyspana, małe dzieci”. Brak nastroju czasami trwa całymi latami, zdarza się, że w końcu traci się go na zawsze. A przy okazji traci się męża.
Czasami tak. Ale sytuacja, kiedy w ogóle pojawia się dialog, jest już niezła. Bo najczęściej go nie ma. On kładzie się, ona rozpoczyna prasowanie, on czeka w sypialni, ona jest na etapie pieczenia placka, gotowania ogórkowej bądź robienia porządków, przecież jutro przychodzą goście. To unikowe strategie najczęściej stosowane przez kobiety. Dzisiaj coraz rzadziej kobieta powie: „boli mnie głowa”. To się zbanalizowało. Faceci są inni: nie prasują, nie sprzątają, jeżeli chcą unikać seksu, to kombinują w dwojaki sposób: angażują się w pracę, późno przychodzą do domu, przynoszą papiery z pracy, odbierają setki telefonów. Mówią: „Nie mam czasu, jestem zapracowany”. Albo: „Słuchaj, ledwie żyję, potrzebne są nam pieniądze”. To strategie ucieczkowe spod znaku „praca”.

Jest jeszcze inny system stosowany przez facetów. Mężczyzna, który potrzebuje argumentów, dzięki którym nie podejmuje współżycia, zachowuje się czasami jak detektyw. Rozpoczyna w domu szpiclowanie. Szuka notatek, przegląda Internet, sprawdza telefon: gdzie ona jest, co robi. Motywem jest wytwarzanie konfliktu, stworzenie poczucia winy. Tak może ją ukarać. To strategia, kiedy on nie podejmuje aktywności seksualnej, boi się, że nie będzie miał erekcji bądź ma problem z wytryskiem. Przypominam, mówimy cały czas o związku małżeńskim. Jeśli chce się uniknąć seksu wieczorem, można doprowadzać do porannego konfliktu. To bywa skuteczne. Kolejna strategia: „ona mnie zdradza”. Zaczynają się więc przesłuchania: „ty chyba kogoś masz”.

Robi się zimno. A wystarczy ochłodzić stosunki, by seks był dla kobiety trudny lub niemożliwy. Efektem jest obopólna niechęć. Konflikty, nieuchronne w związku, nie są łagodzone przez bliskość, jaką daje erotyka. Seks nieprokreacyjny właśnie też jest po to, by łagodzić. Jak sobie z tym radzisz jako terapeuta?
Ujawniamy przyczyny uruchamiania uników. Im ludzie byli bardziej wstrzemięźliwi przed ślubem, tym bardziej prawdopodobne jest uruchomienie tego typu strategii w okresie małżeńskim. Im mniej mieli różnorodnej aktywności na początku związku, bardziej ograniczali pieszczoty, tym większe prawdopodobieństwo, że strategie unikowe będą podejmowane przez mężczyzn. Im mniej są seksualnie wyedukowani, mało czytali, mniej rozmawiali, tym takie strategie będą się nasilały jako pretekst odmowy seksu.

Borykającym się z problemem radzę, aby sobie wyobrazili, że są nad rzeką. Mogą przez nią przejść na drugi brzeg, na którym napisane jest: „satysfakcja i orgazm”. Mają do wyboru dwa mosty. Jeden bardzo szeroki, gdzie da się bezpiecznie przejść we dwoje. Ale jest też kładka, mogą się na niej zmieścić, jednak trzeba postępować bardzo ostrożnie, by nie wpaść do wody.

Te pary, o których rozmawialiśmy wcześniej, zamiast mostu wybierają kładkę, czyli uważają, że uprawianie seksu powinno się odbywać tylko w ramach określonych norm. Seks ma polegać na tym, że najpierw powinien być pocałunek, chwila gry miłosnej, wprowadzenie członka do pochwy, wykonywanie nim ruchów frykcyjnych, by doszło do osiągnięcia orgazmów przez nią i przez niego. I powinna następować pięciominutowa gra w czułość po zakończeniu stosunku – to seks według receptury seksuologów sprzed iluś tam lat. Jeżeli mężczyzna czuje, że ma jakiś problem z erekcją, to nie wejdzie na szeroki most. Nie ma umiejętności i pomysłu, by używać miłości francuskiej, czy korzystać z pieszczot, aby tak doprowadzić kobietę do orgazmu. To wykracza poza jego myślenie, co to jest normalny seks.

Jaki typ mężczyzny tak postępuje?
Będzie to „przywódca” – nie poddaje się, nie cierpi porażki. Typ gościa, który ma niską samoocenę, dużo kompleksów, myśli o sobie jako o mężczyźnie nieatrakcyjnym fizycznie. Myśli: „Ona zrobiła mi łaskę, że za mnie wyszła”. Takie strategie stosują również mężczyźni, których partnerki są zafiksowane na myśleniu, że orgazm jest kluczem do satysfakcji seksualnej. Aktywność jej mężczyzny ma ją doprowadzić do jednego bądź wielu orgazmów, i to pochwowych, sztywnym penisem. Mężczyzna, który nie jest w stanie takiej aktywności podjąć, zacznie uruchamiać takie strategie unikowe, o których rozmawialiśmy.

Ale są też inne powody, dla których facet unika seksu, dosyć oczywiste.
Zdrada rzeczywista, gdy facet ma inną kobietę. Ale też w ramach nowych czasów należy wspomnieć zdradę wirtualną – on zdradza żonę w Internecie. I sytuacja, kiedy facet nie otrzymuje w seksie tego, czego pragnie. Wtedy często spotyka się z kobietami, które moi pacjenci ładnie nazywają „sponsorkami”, czyli kobietami, które oni sponsorują.

Wielu jest tych sponsorów?
Tego dokładnie nie wiem, ale wiem, że wzrasta liczba mężczyzn, którzy nie są w stanie z kobietami porozmawiać na temat swoich potrzeb seksualnych. Boją się, że zostaną wyśmiani lub uznani za dewiantów. W Polsce na temat dewiacji seksualnych mówi się coraz więcej: o pedofilach, o różnych zachowaniach seksualnych, które wykraczają poza normy, i mężczyzna, który ma specyficzne upodobania do prowadzenia na przykład gry wstępnej, samego stosunku seksualnego, jeśli jest otoczony taką atmosferą – o, tego robić nie wolno, bo to świadczy o twoich dewiacjach – będzie unikał rozmowy, w związku z czym nie otrzyma w łóżku tego, co chciałby otrzymać.

Częściej ona czy on odmawiają seksu?
Wiem tylko, że o wiele częściej kobiety skarżą się na mężczyzn. Często nie wprost. Pytają: „Co mam zrobić, on nie chce ze mną współżyć, podejrzewam, że mnie zdradza?”. Albo: „Mój mąż jest pracoholikiem, jest uzależniony od komputera, gier...” itp. Dopiero w dalszej rozmowie odsłania się część dotycząca seksu. Dlatego nie bardzo wierzę w badania prowadzone na dużych grupach, kiepsko tam ze szczerością.

Jak traktujesz jako terapeuta zjawisko unikania seksu?
Jeżeli obydwoje nie mają potrzeb seksualnych, najczęściej nie ma też problemu. Zwykle odmawianie seksu w małżeństwie jest dramatem co najmniej jednego z partnerów. Jeśli on odmawia kobiecie, to ona musi sobie dać radę z napięciem seksualnym. Korzysta z Internetu i próbuje nawiązywać relacje. Wtedy pojawia się poczucie winy, bo korzysta z wibratora, masturbuje się. Próbuje zaspokajać swoje potrzeby seksualne poza związkiem? Jeszcze gorzej. Jeśli tego wszystkiego nie robi, to zaczyna myśleć źle o sobie. Czasami obniża poczcie atrakcyjności seksualnej partnera. Jeśli chce ochronić siebie, musi z niego zrobić wroga. Albo pracuje, by ostudzić swe libido.

Są myśli, które zabijają miłość: „ile on mi krzywdy zrobił!”. Wspomina same złe rzeczy. Tak buduje się w głowie fortecę. I nawet jeśli on będzie próbował, to ona nie będzie w stanie zareagować na niego seksualnie.

Zawsze podejrzewałem, że w takiej sytuacji może to nie najlepiej się skończyć.
Albo nawet całkiem źle. U kobiety odtrącanej (u faceta zresztą też) łatwo o depresję, sięganie po używki, aby rozładować napięcie. Tak zaczyna się proces niszczenia miłości i autodestrukcja.