1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Między jednym a drugim związkiem

Między jednym a drugim związkiem

fot. 123rf
fot. 123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Rozstaliście się, stało się, a ty nie masz zamiaru zostać singielką. Nie rwij włosów z głowy, nie czekaj na idealnego kandydata, tylko działaj. Jak wykorzystać czas przed rozpoczęciem nowego związku?

Amy Levine, seks coach i założycielka strony igniteyourpleasure.com, namawia nas, żeby w czasie między jednym a drugim facetem zadbać przede wszystkim o swoje samopoczucie i odpowiedni poziom libido. Levine podpowiada co robić, by nasza energia seksualna nadal buzowała i sprawiała, że przyjemnie jest żyć.

1. Zrób coś, czego nienawidził twój były mężczyzna

To był raczej domator, który nie przepadał za wypadami do miasta? Odwiedź kluby, które lubisz, potańcz, baw się. Wyjdź do kawiarni, wybierz się z kolegą lub przyjaciółką na kolację. Teraz, solo, możesz się tym cieszyć. Jeśli on był imprezowiczem i ty jesteś bywaniem zmęczona, połóż się z dobrą lekturą oraz kieliszkiem ulubionego wina na kanapie. Poczuj, że możesz zrobić, co chcesz, zwłaszcza to, czego ci brakowało. Karaoke, włóczenie się po księgarniach, objadanie się lodami? Zrób to!

2. Spraw sobie nową fryzurę

I nie chodzi tu o podcięcie końcówek, tylko nową fryzurę, może nowy odcień na głowie. To sprawi, że poczujesz seksowna i odświeżona. Już samo oddanie się w ręce dobrego stylisty, który dopieści cię swoją uwagą i fachowym okiem, jest kojące. Nowa fryzura sprawi, że na twojej twarzy zawita uśmiech a on może przywołać nowego kochanka. 3. Zrób sobie zdjęcie buduarowe

Dlaczego nie? Poczujesz się zmysłowa, pociągająca. Może odkryjesz siebie trochę na nowo. I, co ważne, poczujesz to bez obecności mężczyzny. Będziesz seksowna zanim on się pojawi, podnosząc swoją seksualną energię.

4. Ćwicz, ruszaj się

Ruch to super sposób, by podnieść poziom endorfin a także zyskać lepszy kontakt z własnym ciałem, co w efekcie podnosi naszą pewność siebie. To nie muszą być koniecznie ćwiczenia na siłowni, ale na przykład joga, zumba, taniec erotyczny. Uwolnij napięcie z ciała. 5. Masz jeszcze w telefonie jego numer? Wciśnij „delete”

Usuń go! Prosta czynność uderzenia palcem w klawisz „delete” działa dobrze dla poczucia twojej wartości. Zobacz, ty decydujesz o tym, że go nie ma. Poza tym pozbycie się wszelkiej pokusy odezwania się do niego, pozwala bardziej ukierunkować się na nowe. Oczyszczasz teren, pozwalając na otwarcie drzwi do nowych możliwości w twoim życiu.

6. Spotykaj się z kobietami

Może trochę zaniedbałaś swoje koleżanki a nawet przyjaciółki? Nadszedł czas, aby temu zadośćuczynić. Nocny maraton filmowy? Wypad na dobrego drinka? Przegląd wyprzedaży? Nie jest najistotniejsze, co będziecie robić. Chodzi o to, żeby poczuć, jak to fajnie być dziewczyną. Wsparcie, zaufanie, śmiech - które otrzymujesz od innych kobiet - są nie do przecenienia.

7. Zajmij się swoją pasją

Zaopiekuj się jakimś swoim ukrytym talentem. To ci doda głębi i seksapilu. Nie pozwól, by żal po utraconej miłości zaszkodził twoim zainteresowaniom. Dzięki nim dowiesz się, co jest dla ciebie ważne i kim jesteś. Zyskasz na atrakcyjności.

8. Wyjedź sama na wakacje

Tak, przecież możesz zrobić to sama, zwłaszcza jeśli nigdy tego nie robiłaś. Ten „zabieg” wzmocni twoją pewność siebie, bardziej sobie zaufasz. Wzbogacisz swoje doświadczenie życiowe i wewnętrzną siłę. I kto wie? Może na egzotycznej plaży spotkasz tego kolejnego?

9. Kup seksowną bieliznę

Ale nie dla niego. Wyłącznie dla siebie, zasługujesz na to. To czysta przyjemność, która odpręża, bo działa na korzyść twojej seksualności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Psycholog pozytywny Jolanta Burke opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Jolanta Burke, psycholog, opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Artykuł archiwalny

Roztrzęsiona siedziałam w fotelu, zastanawiając się, czy to dzieje się naprawdę. „Czemu to zrobiłeś? – szeptałam – Czemu mnie tak skrzywdziłeś?”. Ale jedyne słowa, jakie był w stanie wypowiedzieć to: „Nie wiem, naprawdę nie wiem… Tak mi przykro”. Wiedziałam, że to koniec, oboje wiedzieliśmy, że przekroczył granicę i nie ma już powrotu. Nadszedł czas rozstania, życia bez niego. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Po wielu latach małżeństwa był dla mnie nie tylko partnerem, ale również przyjacielem, najbliższym człowiekiem, który… zdradził mnie z inną kobietą. Czułam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale bałam się, że pamięć o tym zdarzeniu będzie mnie dręczyć przez lata, niszcząc resztki zaufania. Rozwód był jedyną opcją.

Wyjście z dołka

Kolejne miesiące stały się udręką. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dołku. Jako psycholog wiedziałam, że rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. Czytałam o badaniach, według których satysfakcja z życia w przypadku rozwódek i wdów spada o 10 proc. i nigdy nie powraca do normy. A może jednak powraca? Tradycyjna literatura psychologiczna rzadko pisze o rozwoju po traumie. A przecież dla niektórych ludzi sytuacje stresujące, jak w moim przypadku, są platformą do rozwoju.

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, by dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. W długoterminowych badaniach psychologicznych odkryto, że 10 lat po rozwodzie 40 proc. rozwódek potwierdziło, iż czuje się lepiej niż przed rozwodem. Z innych badań wynika, że rozwódki doświadczyły większego rozwoju w życiu niż kobiety, które nie przechodziły przez rozpad małżeństwa. Po przeanalizowaniu tych badań pomyślałam, że jest dla mnie jeszcze jakaś szansa, tylko muszę ją odnaleźć.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam przy kominku otulona ciepłym kocem, płacząc nad kubkiem gorącego kakao, zdałam sobie sprawę, że jestem już zmęczona swoim smutkiem. Mam dosyć płaczu, bycia przygnębioną i wspominania wszystkiego od nowa. Przyszedł czas, żebym zmieniła swoje podejście do życia, żebym powróciła do dawnej siebie.

Mój nowy projekt nazwałam „Programem na zdrowie”. Miałam dwie możliwości, by wyjść z dołka: mogłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty albo samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. Ponieważ miałam dość ograniczony budżet finansowy – mieszkałam za granicą, z dala od rodziny i musiałam oszczędzać – zdecydowałam się na drugą opcję i rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam czytać artykuły i książki na temat tego, co jest naprawdę istotne w życiu. I tak odkryłam psychologię pozytywną.

 
To nauka o dobrostanie emocjonalnym, o tym, jak go osiągnąć i polepszać. Tradycyjna psychologia skupia się bardziej na tym, czego nam w życiu brakuje. A także na terapii, która ma nas wyleczyć z kompleksów, ograniczeń, zahamowań. Natomiast psychologia pozytywna koncentruje się na zdrowiu i „kwitnieniu psychologicznym”, bada wszystko, co w życiu dobre, i radzi, jak możemy to jeszcze bardziej ulepszyć. Ale najbardziej interesujące, że dla ludzi w stresie i stanie depresji jej działanie jest dłużej skuteczne niż tradycyjnej terapii. To odpowiadało mi bardziej niż banalne poradniki, pełne „złotych rad”, co powinno się robić w sytuacji kryzysowej. Postanowiłam zacząć mój „Program na zdrowie” od prostych interwencji.

Interwencja pierwsza – przyjaciele

Tuż po rozstaniu pragnęłam samotności. Odrzucałam wszystkie zaproszenia na kolacje, spotkania, weekendowe wypady. Chciałam „popływać w moich łzach i smutku”. Niestety, to, co robiłam, specjaliści psychologii pozytywnej uznają za wielki błąd. Przyjaźń nie tylko poprawia samopoczucie, ale również zmniejsza ryzyko chorób i przedłuża życie. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam ludzi, izolowałam się od nich, a to nie wyszło mi na dobre. Dlatego też, nie zwlekając, pewnego wieczora rozesłałam wiadomości do znajomych, których wcześniej unikałam, i umówiłam się z nimi na kawę.

Nasze spotkanie było bardzo udane. Ale ponieważ nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, znajomi oczekiwali, że zobaczymy się znowu za kilka tygodni. A przecież, żeby nawiązać bliski kontakt z kimkolwiek, ważne są regularne i częstsze spotkania. Zamiast więc czekać na zaproszenie – jak normy społeczne nakazują – wyrzuciłam moje ego do kosza i dwa dni później zadzwoniłam do przyjaciół, żeby znów umówić się z nimi na kolację.

Upłynęło kilka tygodni… Pewnego wieczora, sącząc włoskie wino podczas miłej pogawędki ze znajomymi na tarasie naszej ulubionej restauracji, zdałam sobie sprawę, że od dawna nie czułam smutku! Moje życie zaczęło się zmieniać... Kilka szczerych rozmów, kilkoro bliskich mi ludzi i... poczułam się bardziej szczęśliwa. Mój „Program na zdrowie” zaczął działać!

Interwencja druga – pozytywne emocje

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, żeby dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. Kiedy nadejdzie zły dzień, zamiast siedzieć i słuchać przygnębiającej albo agresywnej muzyki, dużo lepiej poczytać dobrą książkę, porozmawiać z przyjaciółką czy zrobić coś, co naprawdę sprawi ci przyjemność, a czego z różnych względów na co dzień sobie odmawiasz. Dla mnie tą przyjemnością okazało się malowanie.

Nie jestem artystką i, prawdę mówiąc, bardzo brzydko maluję, ale to nieważne. Malując zapominam o całym świecie. Pół godziny przy sztalugach relaksuje mnie tak, jak innych cały dzień spędzony w spa. W tamtym okresie starałam się znaleźć wiele sposobów, by wzbudzić w sobie jeszcze więcej pozytywnych uczuć. Chodziłam do galerii, pisałam wiersze, kupowałam ulubione wino, mimo że było drogie, i sączyłam je przez cały tydzień.

Żeby polepszyć sobie nastrój, raz w tygodniu, w niedzielę, pisałam listę wszystkich rzeczy, za które byłam życiu wdzięczna. Na początku szło mi to ciężko, bo jedyne, co przychodziło do mojej głowy, to: „Nie jestem za nic wdzięczna! Nie mam męża, żyję daleko od domu, jestem smutna!”. Ale za każdym razem, gdy tak pomyślałam, szybko starałam zmusić się do znalezienia jakichkolwiek pozytywnych stron mojego położenia, np.: „Jestem wdzięczna za dach nad głową, jestem wdzięczna za tego miłego kierowcę, który zatrzymał dla mnie autobus, jestem wdzięczna, że mam pracę…”. Psychologowie pozytywni twierdzą, że wystarczy napisać trzy istotne rzeczy, ważne, by wykonywać to ćwiczenie regularnie przez wiele tygodni – wtedy poprawa samopoczucia i dobrostan psychiczny będą długotrwałe.

Interwencja trzecia – pisanie

Badania amerykańskiego psychologa dr. Jamesa W. Pennebakera wskazują, że pisanie przez minimum 20 minut dziennie w ciągu kolejnych czterech dni znacząco poprawia odporność na choroby, polepsza samopoczucie, a efekt prowadzenia pamiętnika, w którym zapisuje się własne przeżycia, odczucia i przemyślenia, porównywany jest do działania krótkoterminowej psychoterapii.

Ja wybrałam formę pisania polecaną przez dr Sonję Lyubomirsky, zdaniem której należy skupić się na opisywaniu swojego życia w przyszłości, kiedy smutek odejdzie, a w sercu zagości radość i spokój. Codziennie więc siadałam i spisywałam moje rozważania i marzenia. Wyobrażanie sobie mojego życia w momencie, gdy wszystko się ułoży, wprowadzało mnie w tak wspaniały nastrój, że czułam się pełna energii do końca dnia. Nawet kilka miesięcy później dodawało mi to odwagi i zapału do życia.

Interwencja czwarta – sposób myślenia

Mimo że spotkania z przyjaciółmi, pisanie pamiętnika i inne zajęcia poprawiły mi samopoczucie, to nadal zdarzało mi się miewać negatywne myśli. I denerwowałam się, gdy ktoś mi czasem mówił: „myśl pozytywnie, wszystko będzie dobrze”. Przecież wiem, że poczuję się lepiej, jeśli będę nastawiona optymistycznie, tylko nie wiem, jak to zrobić!

Z pomocą przyszedł ojciec psychologii pozytywnej – dr Martin Seligman. Zamiast mówić: „myśl pozytywnie”, radzi: „zmień sposób myślenia, postrzegaj negatywne, nieprzyjemne zdarzenia jako tymczasowy okres w życiu, który każdy przeżywa, ale który szybko minie”.

Postanowiłam zastosować jego sugestie w praktyce. Powtarzałam sobie: „Moja sytuacja jest tymczasowa, za kilka dni, tygodni odnajdę dawną radość i spokój!”, ale inny głos podstępnie szeptał: „A jeśli ta sytuacja nie jest tymczasowa... Może zawsze będziesz samotna i nieszczęśliwa?”. Nie poddawałam się: „Ależ nie, miałam przecież męża, znajdę kogoś... może kogoś bardziej wartościowego, ciekawszego, bardziej przystojnego... Mój smutek jest tymczasowy, a brak partnera nie może przesłonić mi radości życia!”. „A co jeśli nie znajdziesz nikogo?” – dręczył mnie ten upiorny głos! Odpowiadałam mu uparcie: „Znajdę, znajdę! Skoro byłam kiedyś szczęśliwa, będę też szczęśliwa w przyszłości”.

I tak przez kilka tygodni walczyłam z własnymi skrajnymi myślami, dopóki nie nauczyłam się zatykać uszu na te negatywne, nie słyszeć tego upiornego głosu. Im dłużej i wytrwalej ćwiczyłam nowy sposób myślenia, tym łatwiej mi to przychodziło.

Kolejny klucz do optymizmu, według doktora Seligmana, to ograniczanie stresu i smutku. Optymiści widzą nieszczęście jako kroplę w morzu szczęścia. Zaczęłam więc sama sobie tłumaczyć: „No dobrze, rozpadł się mój związek, ale przecież praca daje mi ogromną satysfakcję, mam przyjaciół i mieszkam w spokojnym, pięknym kraju”. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z dobra wokół mnie, tym czułam się i mniej samotna, i mniej smutna.

Daję radę

Minęło już osiem lat od rozstania z mężem. W tym czasie przeżyłam śmierć taty, rozpadło się kilka moich kolejnych związków, spotkało mnie wiele różnych perypetii życiowych, ale zyskałam pewność, że cokolwiek się stanie, mam worek pełen narzędzi do naprawy sytuacji. Wiem, że zawsze sobie poradzę!

  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni odchodzą?

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mężczyźni uciekają nie od kobiet, ale od schematu związku, którego nie potrafią zmienić, bo go nie rozumieją. To nie kobieta czy związek są więzieniem. On jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia – mówi Benedykt Peczko.

On odchodzi. Wnosi o rozwód. Czuje się stłamszony, wykorzystywany, zniewolony, krytykowany, osądzany. A przede wszystkim „utracił wolność”. Jego męska siła i niezależność cierpią w związku z kobietą. Szarpie się w potrzasku i wreszcie uwalnia się z niego. Wychodzi z więzienia. W książce „Dlaczego mężczyźni odchodzą” Brenda Shoshanna pisze o tym, że odchodzą właśnie dlatego, że czują się z nami jak w więzieniu. Tak często też czują się kobiety w związkach z mężczyznami – ograniczane, krępowane, niewystarczająco dobre. One też odchodzą, niejednokrotnie zostawiając mężczyzn z dziećmi. Mówią: „Mam was wszystkich dosyć! Odchodzę! Róbcie sobie, co chcecie! Teraz będę się zajmować sobą!”. Dla mężczyzny to jest szokujące wyznanie.

Śmiałam się, że będziemy rozmawiać o „znikających facetach”. Oczywiście, znikają również kobiety. Wreszcie jest sprawiedliwie – wątpliwe pocieszenie. Wyemancypowane kobiety, wolni mężczyźni – taki jest wzorzec naszej kultury. Zewsząd słyszymy: nie ograniczajmy się, korzystajmy z życia. Trudności w relacjach coraz bardziej dotyczą młodych mężczyzn, którzy żyją w silnym wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony, są nasyceni wyobrażeniami, jaką wolnością powinni się cieszyć; tyle możliwości kroczenia swobodnie różnymi ścieżkami, tyle przygód czeka! Z drugiej strony, bycie z kimś też jest trendy. Niełatwe jednak, więc gdy nie wytrzymują w związku zbyt długo, zrzucają winę na zaborczość kobiet. Pójdę sobie! Spróbuję czegoś innego! To jest racjonalizacja, żeby samemu nie poczuć się źle, nie poczuć się winnym. Ta strategia sprawdza się na krótko, bo ileż można podróżować, konsumować wciąż nowe przygody, korzystać z życia.

No tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pragnienia serca. Brenda zapewnia, że mężczyźni pragną miłości. A po kolejnych ucieczkach, na które decydują się, gdy tylko ich poczucie wolności i niezależności zostaje naruszone, czują się sfrustrowani i samotni. Mężczyznom zależy na trwałych związkach. Oczywiście, nie wszystkim mężczyznom, tak jak nie wszystkim kobietom. Przywiązanie do zmian, do wiecznej zabawy rodzi smutek. Wielu mężczyzn odczuwa smutek; zwłaszcza ci, którzy wybierają wolność wyboru. „Niby tylu ludzi wokół, tyle kobiet, możliwości, a jestem samotny” – takie skargi słychać często. Ci z nas, którzy zdecydowali się pozostać w związku i tworzyć go, mogą dostarczyć wiele inspiracji i wsparcia. Przelotne związki są jak fajerwerki na niebie, sporo huku i dymu; kolorowe widowisko, które szybko gaśnie, przemija. To coś innego niż gwiazdy, które są na niebie stale. Gdy w naszych relacjach jest dużo zmian, nie może rozwinąć się poczucie bezpieczeństwa i zaufania. W mocnym związku coraz głębiej poznajemy samych siebie i siebie nawzajem, swoją siłę i słabsze strony. Mogą zdarzyć się kłótnie, rozbieżności i kryzysy, ale znamy siebie również w tych kryzysach. Dojrzewamy, stajemy się coraz silniejsi.

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. Wielu mężczyzn odkrywa, że nie musieli wychodzić z relacji, żałują tego. Uciekli nie od kobiety, ale od schematu związku, którego nie potrafili zmienić, bo go nie rozumieli. To nie kobieta czy związek są więzieniem. Mężczyzna jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia, przez siłę negatywnych stereotypów.

Czytałam o mężczyźnie, który pod koniec życia wyznał, że miał cztery żony, ale tak naprawdę mógłby się nie rozstawać z tą pierwszą, ponieważ w każdym kolejnym związku napotykał te same problemy. Właśnie mam kontakt z mężczyzną, który powiedział swojej partnerce: „Już tak dłużej nie wytrzymam. Mam dość. Codziennie zachowujemy się w taki sam sposób, codziennie mówimy to samo”. Nie był już w stanie znosić narzekań i pretensji. Zapytał: „Gdzie my jesteśmy w tym wszystkim? Liczą się tylko pieniądze, rozwój zawodowy, zajmujemy się zewnętrznymi celami, zadaniami, obowiązkami. Nasz związek umiera”. A kobieta odpowiedziała: „Taki jest ten świat. Wszyscy tak żyją”. On się wyprowadził, co ją otrzeźwiło, bo dotarło do niej, że traci rodzinę. Oni, jak wiele par, wpadali w tak zwane pętle komunikacyjne. Jedno mówiło: „ty znowu swoje”. A drugie: „a ty, jak zwykle, nigdy…”.

To jest niewola, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia. Tej parze się udało. Poprosili o pomoc z zewnątrz. Zaczęli ze sobą rozmawiać. Wiele spraw przeformułowali. Dokonali odnowy duchowej związku. Spotkali się na nowo, zmienili się. Ten mężczyzna nie żałował, że odszedł. Wiedział, że gdyby został, byłoby jeszcze gorzej. Jednak przed odejściem próbował się porozumieć, próbował zrozumieć, pytał, co się z nimi dzieje, mówił o tym, co czuje, że mu zależy.

Wyjątkowy mężczyzna. Zwykle to kobiety chcą rozmawiać. Ale – jak mi często mówią – z nim trzeba się obchodzić jak z jajkiem, ostrożnie, delikatnie. Brenda pisze, że większość mężczyzn jak ognia boi się, żeby nie być modeliną w rękach kobiety, a każdą krytyczną uwagę odbierają tak, jakby właśnie byli w szkole i znów dostali jedynkę. Bo my podobno chcemy rządzić i stale się o coś czepiamy – a to źle wyglądają, a to za mało zarabiają, nie zajmują się domem, dziećmi i tak dalej. Źle się ze sobą komunikujemy, bo dobrego porozumiewania nie uczymy się w żadnej szkole. Potrzeba tu samoświadomości – w jaki sposób rozmawiamy ze sobą. Istnieją zasady dobrej komunikacji, które chronią przed eskalacją złości, agresji, żalu. Gdy czujemy się atakowani, odruchową reakcją jest obrona i kontratak albo wycofanie, ucieczka właśnie. W dobrej komunikacji mówimy o zachowaniach, nie oceniamy osoby – nie mówimy „jesteś egoistyczny, leniwy, nieodpowiedzialny”. Gdy mężczyzna słyszy takie słowa, z pewnością zacznie się bronić i to w sposób bolesny dla partnerki. Gdyby zgodził się z nią, że taki właśnie jest, dokonałby psychicznego samobójstwa. Gdy słyszymy: „musisz się zmienić” czy „zmień się!”, jesteśmy zdezorientowani, bo co to znaczy?

„Nie podoba mi się sposób, w jaki się ubierasz, kolor krawata nie pasuje do marynarki, mógłbyś skrócić włosy, przystrzyc brodę…” Nie do wiary, ale takie komunikaty bywają dla mężczyzn sygnałem do ucieczki ze związku. Jeśli tak, to zapewne mamy tu do czynienia z potężnym urazem z przeszłości. Być może mama czy opiekunka ubierały lub karmiły chłopca na siłę. Być może wchodziły bez pytania do pokoju, przeglądały szuflady, plecak, a w okresie dojrzewania wybierały mu dziewczyny, krytykowały jego wybory. Później, w dorosłym życiu, aby zachować swoją odrębność, wytworzył sztywne granice. Niewinną uwagę traktuje jak zamach na swoją osobę, czuje przymus obrony. Reakcja emocjonalna jest nieproporcjonalna do tego, co się wydarzyło, co usłyszał. Jakikolwiek ruch ze strony kobiety odbiera jako wrogie posunięcie, akt przemocy. Ta reakcja dotyczy jakiejś osoby z przeszłości, a nie kobiety, z którą teraz tworzy związek. Nadmiernie reagują mężczyźni z niskim poczuciem własnej wartości: „No tak, jestem do niczego, nawet krawata nie umiem sobie dobrać!”.

On boi się odrzucenia. Gdy słyszy uwagi, woli się wycofać. Żeby nie narazić siebie na porzucenie, sam odchodzi. To jest dla niego pozornie lepsze rozwiązanie, bo może czuć się panem sytuacji; to on decyduje. Chroni siebie przed zranieniem. Jednak na dłuższą metę to nie działa. W końcu i tak ból da o sobie znać. I trzeba się nim zająć.

Jak mogłaby brzmieć zdrowa reakcja na krytyczną ocenę kurtki, koszuli czy krawata? Bo przecież są mężczyźni zadowoleni z tego, że kobieta interesuje się ich wyglądem, doradza, kupuje ubrania, dobiera krawaty, zapach wód kolońskich. On mógłby zapytać: „A co podoba ci się w moim wyglądzie? I czy to, co ci się nie podoba, jest tak silne, że rzutuje na naszą relację?”. Mógłby zapytać: „Co by ci się bardziej podobało?”. Gdyby się tego wszystkiego dowiedział, podjąłby najlepszą decyzję. Zainteresowanie ze strony kobiet wielu mężczyzn odbiera jako wyraz troski, życzliwości, wsparcia, bo kobiety mają dobry gust, wyczucie kolorów, patrzą z zewnątrz, więc więcej widzą. W związkach, które tworzymy, zapominamy o pozytywnych intencjach, które kryją się pod krytycznymi uwagami, być może niefortunnie wypowiedzianymi. Dobrze by było, gdybyśmy wykształcili w sobie nawyk przyglądania się sobie: co się ze mną dzieje, gdy na przykład partnerka mówi, że inny kolor krawata byłby lepszy. Jak się czuję z tym prostym, niewinnym komunikatem? Jeśli mnie to jeży, rani, pogarsza mi nastrój, warto się zastanowić dlaczego. Kiedy pierwszy raz poczułem się w ten sposób? Czy znam to uczucie z przeszłości? Co z przeszłości dodaję do tej sytuacji? Jaka jest pozytywna intencja kobiety? Chce, żebym dobrze wyglądał. Ja też chcę dobrze wyglądać.

Rozpoznanie i skupienie się na intencji może wiele zmienić. Jeśli to mój ulubiony krawat i nie chcę go zmieniać, kobieta nie odrzuci mnie z tego powodu, nie przestanie mnie kochać. Jeśli kobieta mówi, mówi po coś – to jest właśnie pozytywna intencja, pozytywny cel, który chce uzyskać, nawet gdy robi to w sposób przykry. Nie chodzi o to, żeby ona teraz się zamknęła i dała mi spokój, ale żebym się dowiedział, co jest poza fasadą.

„Za dużo pracujesz, za mało zarabiasz”. Pozytywnym celem może być tutaj: chcę, abyśmy więcej czasu spędzali razem, we dwoje i z dziećmi. Troszczę się o ciebie, o życie rodzinne, o nasze zdrowie i bezpieczeństwo materialne. Ona nie mówi po to, by mnie upokorzyć; mówi, bo jej na nas zależy. Takie myślenie, takie podejście otwiera przestrzeń do rozmowy, do wspólnych ustaleń, wydobywa serdeczne uczucia, które przecież mamy dla siebie.

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec. Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem? Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem? Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy? Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda? Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał? Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty? Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”? Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło? Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca? Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”. Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte… Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy? Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne… Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Zanim odejdę. Co warto rozważyć przed podjęciem decyzji o rozstaniu?

Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wydaje nam się, że wiemy wszystko na temat rozwodów. Że lepiej się pożegnać niż męczyć. Dla dobra dzieci czasem lepiej zostać. A może przeciwnie? Czyli jak? Tak naprawdę nie wiemy nic, dopóki nie trafi na nas. Co rozważyć, zanim uznamy, że przeminęło z wiatrem?

Wydaje nam się, że wiemy wszystko na temat rozwodów. Że lepiej się pożegnać niż męczyć. Dla dobra dzieci czasem lepiej zostać. A może przeciwnie? Czyli jak? Tak naprawdę nie wiemy nic, dopóki nie trafi na nas. Co rozważyć, zanim uznamy, że przeminęło z wiatrem?

Rozejść się jest bardzo łatwo. Wystarczy złożyć w sądzie dobrze uzasadniony wniosek. Nie spotyka nas za to, jak jeszcze 20 czy 30 lat temu, ostracyzm społeczny. Z reguły też jesteśmy samodzielne finansowo albo przynajmniej dysponujemy oszczędnościami lub możliwościami. Zależność ekonomiczna jest coraz rzadszym powodem pozostania, jeśli rozważamy odejście. Ale finanse to niejedyne koszty, jakie poniesiemy. Dochodzą inne straty – na przykład emocjonalne, bo mitem jest, że żałoba po rozwodzie trwa rok albo dwa.

Judith S. Wallerstein, psycholog, profesor uniwersytetu w Berkeley, przez 15 lat obserwowała rodziny po rozwodzie – dorosłych i dzieci. Połowa rozwiedzionych kobiet i 1/3 mężczyzn uznała, że żyje im się lepiej. Druga połowa kobiet i 2/3 mężczyzn jeszcze po 10 latach trwało w porozwodowej traumie. Dla co trzeciej kobiety i co czwartego mężczyzny życie po rozwodzie było pozbawione satysfakcji, niektórzy i 15 lat po nie potrafili się podnieść z osobistego dramatu. Z sondaży Instytutu Gallupa wynika, że 74 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn żałuje po latach, że nie walczyli o utrzymanie swojego pierwszego małżeństwa. Zwłaszcza że za decyzją o rozstaniu nie stały zwykle poważne zranienia, a niedojrzałość, ambicja czy emocjonalność. Bo kiedy powód rozstania jest naprawdę dużego kalibru – przemoc, alkohol, nieudzielanie wsparcia w chorobie, hazard czy zdrady – nie ma dylematu.

Cokolwiek byłoby powodem, rozstajemy się coraz chętniej i coraz łatwiej. Jak wykazują statystyki, wzrasta odsetek par rozwodzących się po roku małżeństwa. Młodzi pomylili się? A może nie przetrwali kryzysu? Rozwodzą się kulturalnie ludzie, którzy się... nie dogadują. Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych.

Uwaga – nadchodzi kryzys

Źródłem wielu konfliktów i rozstań jest idealistyczne i roszczeniowe spojrzenie na związki. „Żyli długo i szczęśliwie” – w bajce, w życiu kryzysy są normą w każdej relacji, nie tylko małżeńskiej.

Nawet parom, które na pierwszy rzut oka mają wszystko, co potrzebne do szczęścia – pracę, zdrowie, bliskich – nie żyje się lekko i przyjemnie. Ile jest niezadowolenia i cierpienia w „pospolitych” związkach, a co dopiero, gdy jedno z partnerów albo cała relacja przechodzi kryzys?! W dawnych czasach, a i dziś jeszcze w niektórych małych wioskach czy plemionach, w razie trudności wszyscy sobie pomagali, bo stanowili jeden organizm. Teraz częściej zostajemy sami z problemami, a miejsce współczujących bliskich czy sąsiadów zajęli psychoterapeuci.

Wchodząc w związek, kierujemy się głównie uczuciami, a te z natury są zmienne. Pomaga świadomość i akceptacja faktu, że nie ominą nas w życiu chwile trudne, że będziemy się zmieniać, my i związek. Kryzys informuje m.in. o tym, że:

  • Przestaliśmy się starać – ale znów możemy.
  • Dawna formuła się wyczerpała, ale gdy jest chęć z obu stron, można wymyślić nową.
  • Przekroczyliśmy czyjeś granice lub nasze zostały przekroczone – można umówić się na ich zacieśnienie lub rozszerzenie – wyjść poza strefę komfortu i sprawdzać, jak nam z tym jest.
  • Skupiamy się na złych emocjach, a zapominamy o dobrych – te złe, choć może być ich mniej, zawsze są silniej przez nas zapamiętane. Dlatego pamiętanie o dobrych wymaga włączenia świadomej decyzji.
Terapeuci doradzają niektórym parom powrót do miejsc, sytuacji czy rozmów z początku związku, fazy zakochania. Jedźcie śladami podróży poślubnej, wróćcie do kawiarenki, w której postanowiliście, że resztę życia spędzicie razem. Co szkodzi jeszcze raz zadać sobie to pytanie? Jeśli pamięć dobrych chwil i uczuć wciąż jest dla nas cenna – warto walczyć. Trudności, jeśli pokonujemy je wspólnie, wzmacniają związek. Jeżeli jednak pomimo starań, wprowadzanych zmian i terapii wciąż czujemy, że związek jest pusty, a bilans zysków i strat przechyla się na szalę strat, lub kiedy naprawdę jest źle, trzeba chronić siebie, nie związek.

Do rozważenia

Kiedy w domu pojawia się alkohol, agresja, przemoc – wówczas zastanawianie się, czy ratować małżeństwo, czy lepiej odejść i co będzie lepsze dla dzieci – jest jak najbardziej uzasadnione. Bo jeśli się nie poprawi (a samo, bez zaangażowania obojga zainteresowanych się nie poprawi), a my zdecydujemy się tkwić w relacji „dla dobra dzieci” albo po prostu ze strachu, że nie poradzimy sobie sami, to rozwód ma miejsce i tak – tyle że emocjonalny. A największe jego konsekwencje poniosą właśnie dzieci. Mogą brać na siebie odpowiedzialność za związek rodziców i robić wszystko, by poprawić atmosferę w domu. Albo będą starać się być wzorowymi uczniami, by w ten sposób zadowolić rodziców. Dom to dla nich oaza bezpieczeństwa, innej nie mają. Ale ich dzieciństwo nie przebiega szczęśliwie. Po latach mogą mieć żal, głównie do matki, że skazała ich na cierpienie, że trwała w krzywdzącym wszystkich związku. Tak jak 35-letnia Łucja z Krakowa. – Moi rodzice byli w beznadziejnym związku ponad 15 lat. Trwałby krócej, gdyby mama była odważniejsza, niestety, dwa razy wycofała wniosek o rozwód. W końcu rozwiedli się, ale bardzo burzliwie – było pranie brudów, gadanie do mnie i do siostry na siebie nawzajem. W końcu wykrzyczałam im, że to przeszłość, do której nie chcę wracać. Zafundowali siostrze i mnie horror, bo chcieli się zabawić w dom! Nie przewidzieli tego, że zapłacą za to ich córki.

Kiedy stajemy przed życiowymi trudnościami, pierwszym odruchem jest uniknąć konfrontacji. Zanim podejmiesz taką decyzję, spróbuj bez emocji rozważyć wszystkie za i przeciw, może z pomocą psychoterapeuty, by mieć pewność, że cokolwiek postanowisz, wybrałaś najlepsze rozwiązanie. Nie tylko w krótkiej perspektywie, ale na wiele lat. Dla dzieci i dla siebie, dla partnera, z którym coś cię przecież łączyło. Dlaczego to ważne?

  • Dynamika związków toczy się od kryzysu do kryzysu, dlatego czasem warto podjąć walkę.
  • Namiętność może wrócić do związku nawet po latach, dobrym przykładem są pary przeżywające drugą młodość, np. gdy dzieci opuszczą dom.
  • Trzeba pożegnać się z myślą, że są rozwiązania dobre dla wszystkich – zawsze można stracić lub zyskać na dwa sposoby: decydując się na coś i tego doświadczając lub nie decydując się i nie doświadczając.
  • Uczucia to jeden z wielu, ale nie jedyny element, który powinien towarzyszyć decyzji o małżeństwie, ale także o rozstaniu – emocje z natury są zmienne i gdy znikną – warto pomyśleć – co zostanie.