1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Przekonania o „brudnej” fizjologii blokują nasze ciało i seksualność

Przekonania o „brudnej” fizjologii blokują nasze ciało i seksualność

Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Doświadczmy uwalniającej siły „brudnej zabawy”. Aby poczuć w seksie przypływ radości i swobody, musimy na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów – zachęca Olga Haller, psychoterapeutka.

Składamy się nie tylko z czystej duszy, ale też z wydzielin i zapachów nie zawsze miłych, dlatego na wszelki wypadek wszystko maskujemy. I okropnie się boimy, że coś się ujawni i nas skompromituje. Łatwo o to przy seksie, kiedy obnażamy się i tracimy kontrolę. No tak, seks to nieuchronnie też fizjologia: rumieńce, poty, wydzieliny z genitaliów i charakterystyczne zapachy, odgłosy. Jak tu się cieszyć ciałem swoim i partnera, gdy te zwykłe przejawy cielesności budzą w nas wielki wstyd? Swoją drogą ciekawe, czy nawet jeśli odczuwamy podniecenie, smakując i wąchając, to na ile pozostajemy wolni od poczucia niestosowności czy grzechu. Na dodatek w naszej kulturze wszyscy potrzebujemy być bez względu na sytuację czyści i pachnący – coraz bardziej i bardziej! Wymóg ten dotyczy zwłaszcza kobiet. Czasami kiedy oglądam skierowane do kobiet reklamy środków czystości, zbiera mi się na wymioty. Czyste białe ubranka, różowe ciałka, zero naturalnych zapachów – trzeba je zlikwidować, zastąpić aromatem kwiatu albo lasu. Albo obraz miesiączki – w „zawsze bezpieczną i suchą” podpaskę wsiąka neutralny błękitny płyn… Nie wydalać, nie wydzielać – to jakiś terror sterylności. Unikać brudu, wyprać się ze wszystkiego, co żywe i ludzkie.

Pamiętam z lat szkolnych, kiedy na lekcji religii katechetka omawiała listę grzechów przeciwko czystości, powiedziała, że możemy grzeszyć wszystkimi zmysłami, także węchem. Gdy spytałam jak, usłyszałam, że dowiem się, jak będę starsza. To zafrapowało mnie, ale też poczułam niepokój, że wkraczam na jakiś grząski grunt, a mój zwykły, niewinny – jak mi się zdawało – nos może być grzesznym, paskudnym narzędziem.

Gdy coś, co jest bliskie i naturalne, zostaje objęte zakazami, zaczynają nami targać sprzeczne siły. I zakazany owoc kusi... To zawsze wstęp do kłopotów, jeśli jakaś bliska sfera pełna jest niedomówień, zakazów, nakazów i zaczyna nią rządzić lęk albo ignorancja. Wiele  razy doświadczyłam uwalniającej siły pozwolenia sobie na „brudną zabawę”. Grać w piłkę w deszczu, brodzić w błocie, taplać się w glinie, malować palcami, zakopać się w piasek po szyję, jeść makaron rękami, skoczyć w ciuchach do wody, iść spać bez mycia… W palcach czuć miękkie błotko, ciepły makaron, mieć sos na brodzie, zaschniętą farbę na skórze, mokre ciuchy, wodę w butach, śliskie od potu ciało. Kiedy angażujemy się w taką zabawę, przeszkadza myśl, że musimy być czyści. Nie odpędzimy myśli i nie pójdziemy na całość – nie poczujemy radości i swobody. I tak jest w dzieciństwie. Białe rajstopki mają być białe, sukienka cała, a ręce umyte, musimy się ciągle powstrzymywać. Czyli zdusić pęd do eksperymentowania, do zapomnienia się w zabawie. A dzieci to kochają.

Ile kobiet zna potem to uczucie ze swojej sypialni? Coś jest nie tak – pragniemy orgazmu, wypróbowujemy pilnie instrukcje poradników, bez powodzenia. To usztywnienie i zablokowanie ma źródła w zakazach dzieciństwa i staje się automatyczną reakcją ciała. Napięcia mięśni, kiedyś niezbędne, by powstrzymać „złe” impulsy i zyskać aprobatę rodziców, dziś stają się więzieniem dla energii seksualnej. Musimy więc na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów.

Szczególnie ważne jest dla kobiet odkrycie mięśni dna miednicy odpowiedzialnych za funkcje genitalne i wydalnicze. Trzy otwory ciała otoczone mięśniami tak blisko siebie: odbyt, cewka moczowa i pochwa, to części ciała tzw. wstydliwe, no i „brudne”. Czasami wolałybyśmy ich nie mieć, to dla wielu z nas symbol „kobiecego losu”: udręki miesiączki, bólu porodu, lęku przed ciążą. No i ten mocz i stolec, jakaś boska pomyłka. Znasz anegdotę o Petrarce, który zastał ukochaną Laurę w „przybytku” cierpiącą z powodu biegunki? Niepomiernie zdumiony zawołał: „To Laura też sra”?!

 
Znam wielki niepokój św. Augustyna, że poczynamy się między przewodem moczowym a odbytem. I jest jakaś przepaść między kreacją kobiet, przebraniami, perfumami a naszą fizjologią. Można nawet mówić o podwójności i zakłamaniu... Ta podwójność wyostrza się w okresie dojrzewania i tworzy dramat, który musi być jakoś zapisany w ciele. Zapisuje się w postaci zablokowania kontaktu psychofizycznego z tym podejrzanym obszarem, który ulega wykluczeniu. I tak jak w wykluczeniu społecznym traci swoje prawa, jest niesłuchany, ignorowany, a nawet prześladowany. Gromadzą się napięcia, mięśnie tracą elastyczność, narządy są gorzej ukrwione. Cała miednica, to centrum kobiecego ciała, czeka w każdej z nas na docenienie, rozluźnienie. Możemy w ten sposób zapobiec dolegliwościom, które trapią wiele kobiet i wydają się normą: zaparcia, wzdęcia, bolesne miesiączki, nietrzymanie moczu itp. I znowu farmaceuci obiecują nam superśrodki, które to zlikwidują. A przecież to wołanie naszych ciał! Wołanie o zmianę w traktowaniu naszej cielesności. Stan mięśni dna miednicy wpływa również na stawy biodrowe i kręgosłup – stamtąd też mogą pochodzić częste u kobiet chroniczne bóle głowy. Zauważ, kobieta wymawiająca się od seksu bólem głowy to odwieczny motyw dowcipów i domorosłego psychologizowania, w domyśle: winna jest ta oziębła żona, „one po prostu takie są”. A tymczasem w ten sposób działa także terror czystości – one takie są, skoro od wieków próbują sprostać sprzecznym oczekiwaniom.

Różnice między kobietami a mężczyznami w sferze przyzwolenia na fizjologię wydalania są widoczne gołym okiem, nawet przy drogach. Chłopaki mają swoje „świńskie zabawy” – zawody w sikaniu do celu, głośnym puszczaniu gazów czy bekaniu. Uważamy to za wulgarne, uczymy opanowania i słusznie, ale rozwojowo to ważny etap oswajania fizjologii naszych ciał i to w szerszym społecznym kontekście. Bo chłopcy z tym wszystkim są w gronie kumpli, a czyściutkie dziewczynki – same. Mężczyznom raczej nie zdarza się marzyć, by oddawanie moczu w toalecie odbywało się bezgłośnie, prawda? Mogę cię zapewnić, że kobietom, owszem; nie mówiąc już o innych odgłosach. A przy drogach?… Zwyczaj nieskrępowanego zatrzymywania się za potrzebą przy drodze powszechny wśród mężczyzn, choć może się nie podobać, jest dla wszystkich oczywisty. Wściekła kiedyś na tę nierówność, sama zmuszona do wytrzymania w podróży autem, zamarzyłam o przydrożnej manifie równościowej, w której co pół kilometra po obu stronach drogi kucałyby siusiające kobiety. Ciekawe, kiedy zjawiłaby się policja?

Nie chcę kucających kobiet przy drogach, jednak nie. Ale to niesprawiedliwe, że słynny posążek Siusiającego Chłopca w Brukseli musiał poczekać prawie pół wieku na siostrę – Siusiającą Dziewczynkę. Z ulgą przywitałam ten przejaw zmiany obyczajów. Chcę zachęcić kobiety do refleksji. Jak traktujesz swój brzuch, miednicę i wszystko, co tam się dzieje? Czy bardzo się wstydzisz potrzeb fizjologicznych? Jak zwykłaś o tym myśleć, mówić? Czy powstrzymujesz się w jakiś sposób, który przysparza ci cierpienia lub niewygody? Czy potrafisz odczuć, rozluźnić i napiąć mięśnie wokół zwieracza cewki moczowej, odbytu i pochwy, każdy oddzielnie? Czy lubisz swoje ciało razem z układem wydalniczym? Czy pozwalasz sobie na przyjemność poddania się procesowi wydalania, na odczucie ulgi? Czy znasz zapachy swojego ciała? Jak je traktujesz?

Pozwólmy sobie zobaczyć u siebie przejawy fizyczności i cieszyć się nią. Wyobraźmy sobie, że każda Laura – dziewczynka i kobieta – ma prawo puszczać bąki, robić kupę i siusiać, i co więcej, może to być słychać, widać i czuć. Coś mi się zdaje, że brzmi to jak herezja, i to w tekście do eleganckiego kobiecego czasopisma, a jednak jestem pewna, że to ważne, by naruszyć to tabu.

Pewnie już naruszyliśmy... Kultura to jednak też granice, przesunęły się bardzo ostatnio, ale muszą gdzieś być i warto o nie walczyć. Miłosna fascynacja to jakby wchodzenie sobie pod skórę. Niektórzy wchodzą tu i tam, choćby seks analny, który już nie jest uważany za perwersję, jeśli odbywa się za zgodą obu stron. A co z miesiączką? Niektórym facetom ona nie przeszkadza, innych przeraża i paraliżuje... Granice tego, co dopuszczalne w seksie, są coraz szersze i do nas należy decyzja, jak daleko pójdziemy. Nikt nikomu nie może tego dyktować ani oceniać, właściwe to czy nie. Jak wiadomo, od strony medycznej miesiączka nie jest przeciwwskazaniem do współżycia – wszystko zależy od chęci partnerów. A zakres możliwości jest szeroki – od całkowitej abstynencji erotycznej w tym czasie do szalonego seksu, gdzie krew miesięczna jest afrodyzjakiem. W prozie Eriki Jong odnajdziemy cudownie obrazoburcze opisy seksualnych doświadczeń wyzwolonej Isadory. Niejedną z nas może zawstydzić czy zniesmaczyć ich bezpośredniość. Nie szkodzi. Jeśli chcemy wyjść poza własne ograniczenia, to musimy spotkać się z tym, co jest. A potem podważmy zasadność tego wstydu, zbadajmy skąd ten niesmak, kiedy i jak nauczyłyśmy się brzydzić naszej cielesności.

Olga Haller: psycholożka, trenerka, terapeutka Gestalt, superwizorka. Zajmuje się wsparciem kobiet w rozwijaniu kontaktu z własnym ciałem i seksualnością.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kobieta nie ma ochoty na seks – rozmowa z psychoterapeutką i seksuolożką Pauliną Trojanowską-Malinowską

Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydaw. Znak).

Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak).

Zaburzenia pożądania? Co to jest w ogóle za problem?!
Czasem, jak komuś mówię, czym się zajmuję, od razu słyszę pytanie, czy pracuję ze zboczeńcami. Odpowiadam, że nie, że najczęściej zajmuję się takimi problemami jak brak pożądania czy orgazmu, a wszyscy reagują tak: „Ale nudne”.

Banał, co to za temat?
Niezbyt spektakularny, ale taka jest często rzeczywistość kobiecej seksualności. Ten problem nie ma metryki, zgłaszają się z nim kobiety w każdym wieku: dojrzałe, 30+, 40+ i bardzo młode dziewczyny. Te, które są w długich związkach, i te, które wchodzą w nową relację. Mówią: „Nigdy nie miałam ochoty na seks. Zaczynam nowy związek, i co teraz?”. Staż związku jest ważny, ale czasem ten problem pojawia się dość szybko.

Przychodzą same czy partner je przysyła?
To mnie zawsze porusza: kobiety zwykle nie przychodzą dla siebie, tylko są oddelegowane przez partnera. Wypchnięte. I kiedy pytam: „Co z nim, gdzie on jest?", słyszę, że się nie pojawi, bo przecież nie ma z tym problemu. A dla mnie samo to już jest problematyczne. Bo znaczy, że ten partner nie widzi podstawowej zasady w życiu seksualnym: ja mam inaczej niż ty. I to, że masz inne potrzeby, wcale nie znaczy, że jesteś zaburzona.

Mam takie przyjaciółki. Raz na jakiś czas słyszę: „Nie mam ochoty na seks, ale mi to nie przeszkadza. Tylko że mój mąż jest potwornie sfrustrowany, nie wiem już, co mam robić, są na to jakieś pigułki?”.
Jesteśmy tak wychowywane, że swoimi potrzebami mamy zajmować się na końcu. A najlepiej wcale. Kobieta rzadko myśli: „Jestem po dwóch porodach, pracuję, zajmuję się domem, dodatkowo mam świetnie wyglądać, a czuję się fatalnie, więc wrzucę na luz”, raczej ma poczucie winy. Myśli, że jest popsuta.

Wybrakowana.
Tak, czegoś jej brakuje. Popularne jest takie podejście, że popęd seksualny to coś wyłącznie biologicznego. Że się go ma albo się go nie ma. Że to jest naturalne, a nie bardzo płynne. Tymczasem zwłaszcza w wypadku kobiet popęd zależy od fazowości życia. Oczywiście nie dotyczy to każdej z nas, ale części tak: w niektórych momentach seks schodzi gdzieś na bok. I nie ma w tym nic dziwacznego ani złego. Niestety nie dostajemy informacji, że możemy sobie na brak ochoty pozwolić.

No i ta nieszczęsna pigułka. Jak ona niby miałaby działać?
Szukamy szybkich rozwiązań. Zwłaszcza jeśli cierpienie było długie, chcemy szybkiej ulgi. Dlatego czepiamy się obietnicy, że powstanie viagra dla kobiet. Z dużą rezerwą podchodzę do tego, że znajdzie się jeden lek na tak złożony aspekt życia. Bo po pierwsze: każda kobieta ma w tej kwestii inaczej, a po drugie: u większości dziewczyn, które przychodzą z tym problemem, nie ma jednej przyczyny. Nie dzieje się tak, że pracujemy, rozmawiamy i nagle okazuje się: „Aha! Chodziło o to!”. Ten problem jest mozaiką różnych elementów, nie ma tu prostych rozwiązań. I jeszcze jedna rzecz: kobiety często dużo od siebie wymagają, czują, że muszą za przeproszeniem dowodzić w każdej kwestii: w związku, w pracy, w wychowywaniu dzieci, zajmowaniu się rodzicami. Nawet jeśli którąś pochłonie jakaś pasja, to i tak będzie ją traktować w trybie zawodowym. A zadaniowość i seks nie zawsze idą w parze. Bo jak się do czegoś zmuszamy, to mniej to lubimy. Poza tym musimy pamiętać, że powodów, dla których uprawiamy seks, jest mnóstwo.

Słyszałam, że siedemnaście, strasznie dużo!
A ja, że 237 – od tego, żeby być bliżej Boga, przez to, że chcemy się zemścić albo kimś manipulować, do tego, że czujemy się samotni albo chcemy podbudować swoje poczucie wartości, ewentualnie rozładować napięcie. Ale prawda jest taka, że czasem uprawiamy seks nie dla siebie, tylko dla partnera albo dla podtrzymania związku. Nie przestaje mnie zaskakiwać to, że podczas zajęć z edukacji seksualnej chłopcy o masturbację zawsze pytają w kontekście przyjemności – jak to robić. A dziewczyny zastanawiają się zwykle, czy w ogóle to robić. Odkrywają seksualność w kontekście związku. Rzadko myślą: „Seks jest mój, dla mnie, dla mojej przyjemności”. Trudności z pożądaniem to kwestia naszego osobistego rozwoju, ale też dynamiki relacji. Niektóre elementy dobrze przepracować indywidualnie, inne razem. Zawsze zadaję kobiecie pytanie: „Nie masz ochoty na seks, czyli na co? Na bliskość? Na wysiłek? A może na seks z tą konkretną osobą?”. Ważne, jak kobieta identyfikuje pożądanie – ma fantazje erotyczne czy nie? Stymuluje się sama czy nie bardzo? Bo może chodzić o to, że ma trudności w związku, a nie w seksie. U większości nie da się wskazać jednej przyczyny braku ochoty na seks, to zwykle skomplikowana sprawa.

Mogłabyś stworzyć listę momentów, w których kobiety cierpią na zaburzenia pożądania najczęściej?
To niełatwe, bo w seksie przejawia się historia naszego życia. To, co się dzieje w naszej sypialni, jest efektem tego, kim jesteśmy, jakie jesteśmy i co się w naszym życiu do tej pory wydarzyło. To bardzo indywidualne. Oczywiście, w pewnych newralgicznych punktach związanych z fizjologią, ochota na seks może być mniejsza: to niektóre etapy ciąży, połóg, menopauza. Ważnym czynnikiem zaburzającym pożądanie jest przemęczenie. I nie mówię o dwóch, trzech nieprzespanych nocach, tylko o zmęczeniu permanentnym. Przez nie wzrasta poziom prolaktyny, a ona wycina seksualność. Albo stres: nie tylko kluczowe momenty, takie jak ślub, przeprowadzka, ważne egzaminy, zmiana pracy, rozwód, ale życie w ciągłym stresie. A poza fizjologią sytuacje związane z relacją z drugim człowiekiem: przewlekła choroba, staranie się o dziecko, różnego rodzaju konflikty, zdrady, brak komunikacji albo emocjonalnej dostępności tej drugiej osoby. Ludzie często są przekonani, że związek i seks to nierozłączna para. Tak nie jest, zwłaszcza w długotrwałej relacji. Podtrzymanie pożądania wymaga dużej aktywności.

(…)

Co dziś kobietom najbardziej w mężczyznach przeszkadza i powoduje, że tracą ochotę na seks?
Przede wszystkim to, że mężczyźni w jakimś sensie zajmują się głównie sobą.

W łóżku?
Nie tylko. W ogóle, w życiu. Zajmują się swoją karierą i już nie mają przestrzeni na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Są po prostu nieobecni, nie ma ich. Nawet kiedy uprawiają seks.

Uznają, że skoro już zdobyli kobietę, to mogą zająć się innymi rzeczami?
Tak. Tymczasem to, co rozkręca kobietę, to uwaga, troska, pewien zachwyt, komplementy. Kobiety często nie czują się w swoich związkach widziane. Kolejna rzecz: kiedy seks skupia się na przyjemności mężczyzny. A nie obojga. I bardzo mocno rosnący konflikt. Nieprzegadane sprawy, nienazwane problemy, jak w tym dowcipie, kiedy mąż mówi: „Podaj mi sól”, a słyszy: „Zniszczyłeś mi całe życie!”. Brak komunikacji, zamiatanie pod dywan. Często ludzie żyją obok siebie. Każdy ma swoją listę zadań do wykonania i ta odległość między nimi jest coraz większa. A emocjonalne oddalenie sprawia, że ludzie przestają się sobą interesować. I seksem też. Bo jeśli cały czas funkcjonujemy obok i jakoś to działa, to po co się spotykać, skoro to zabiera tyle energii? Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. Trudno przyznać, że nasze życie seksualne jest słabe, rozczarowuje nas. Partner nas już nie pociąga. Atrakcyjność fizyczna zniknęła, bo druga strona przestała o siebie dbać. Łatwiej mówić o sukcesach, stwierdzenie, że jest niezbyt 25 dobrze, przychodzi z trudem. Bo trzeba stanąć, spojrzeć na siebie z zewnątrz i prześwietlić, gdzie się znajduję w tym momencie życia. Często, jak już jesteśmy w relacji, to zwracamy na nią uwagę tylko wtedy, kiedy pojawia się jakiś problem. Zamiast sprawdzać ją co jakiś czas, zajmujemy się nią wtedy, kiedy trzeba gasić pożar.

Fragmenty wywiadu pochodzą z najnowszej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)
  1. Seks

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu.
Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”.
Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?
Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem.
Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają.
Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice.
Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy?
Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych?
Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować.
Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

  1. Zdrowie

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia?
Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany?
Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa.
Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja?
Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc?
Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)?
Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”.
Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze?
Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka?
Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją?
Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek?
Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy…
To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl

  1. Psychologia

W drodze poza kanon urody. Jak postrzegamy piękno swojego ciała?

Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Stwórz swój kanon

Waga, wzrost, wiek, sylwetka, rysy twarzy, kolor włosów lub odrostów, kształt dłoni, stóp czy płytki paznokciowej, kształt i wielkość piersi, osławiony stosunek talii do bioder – długo można byłoby wymieniać kolejne potencjalne punkty mapy kobiecego ciała, gdzie może manifestować się nasze niezadowolenie. Ale czy jest ono naprawdę „nasze”? Czy postanowiłyśmy je mieć, by w ten sposób „urozmaicić” sobie życie? Czy może zostałyśmy nim „obdarowane” i wciąż wierzymy w jego zniewalającą nas moc?

W odkryciu części prawdy na ten temat pomóc mogą następujące pytania:

  • Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy lub poczułyśmy się choć trochę niepiękne?
  • Ile miałyśmy lat?
  • Jakie towarzyszyły temu okoliczności?
  • A jeśli do tej pory to się nie zdarzyło, to czy choć przez chwilę nie zagościł w nas strach o to, że któregoś dnia nasza uroda przeminie?
  • Czego się boimy?
Odpowiedzi powiedzą nam bardzo wiele na nasz temat. Mogą uświadomić nam, do jakich strategii uciekamy się w próbach bezskutecznego doścignięcia kanonu piękna.

A może, przewrotnie, w tej próbie bezskutecznego pościgu ku ideałowi kobiecego piękna tkwi ogromny potencjał? Może to szansa, by poznać swoje przekonania na temat własnego ciała? Wyruszyć w podróż, by odkryć ich źródło oraz sposób, w jaki nas krępują tu i teraz? Zaktualizować bazę danych dotyczących naszego ciała? Rozejrzeć się wokół siebie, odnaleźć osoby, które podobnie jak my, w jakimś szczególnym miejscu, mijają się z obowiązującym kanonem urody, a mimo to uznajemy je za piękne? I, co ważne, również odbieramy je jako swobodne, jeśli chodzi o ów „mankament”, bo zamiast ukrywać się przed światem, eksponują go? To okazja, by zamiast dopasowywać się, zacząć tworzyć swój własny kanon piękna – tworzony przez nas i na nasze potrzeby. Jaki może być pierwszy element naszego własnego kanonu? Co w naszym ciele nas zachwyca, choć w uznanym kanonie piękna nie figuruje?

Wybieraj z istniejącego kanonu

Ze stosunku do własnego ciała pośrednio wynika zawartość szaf. Parafrazując pewne powiedzenie, możemy stwierdzić: „pokaż mi swoją szafę, a powiem ci, co o sobie myślisz, choć pewnie o tym, nie wiesz".

Do naszych preferencji odzieżowych możemy podejść w opisany wcześniej już sposób. Możemy sprawdzić, czy nosimy określony krój bluzek, koszul czy spódnic, bo najbardziej je lubimy, czy może dlatego, że w ten sposób dobrze się maskujemy? Czy dobrze się czujemy w szarych ubraniach, czy może w głębi duszy skrywamy chęć, by założyć karmazynową sukienkę, tylko nie starcza nam odwagi, by zrealizować to marzenie? Mamy okazję, by dowiedzieć się, kto w nas jest ubierany, a kto ubiera? Czy ta para przyjaźni się, a może walczy? Kto w tej parze ma decydujące słowo? Na przykład, ktoś w nas chce dziś wyjść w balerinkach, a ten, kto ubiera, zmusza nas do szpilek, bo przecież inaczej nie wypada. To okazja, by poznać tego, kto kupuje ubrania, które spędzają cały swój żywot w szafie, bo ten, kto ubiera, ma ostatnie zdanie i nigdy nie pozwoliłby nam się w nie ubrać.

Kanon urody zdecydowanie nie musi być odniesieniem, w kontrze do którego budujemy swój własny. Może być również nieocenionym źródłem informacji o nas. Informacji, których właśnie w danym momencie życia potrzebujemy. W rzeczywistości nie zamartwiamy się z powodu pełnego wachlarza cech znajdujących się w kanonie. Przy odrobinie uwagi odkryjemy, że na kolejnych etapach życia, różne, ale nieliczne rzeczy zaprzątają naszą uwagę.

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Przypuśćmy, że wiemy już kto kogo ubiera i choć ubierająca i ubierana razem świetnie się bawią, wciąż marzymy o minimalistycznych sandałkach – podeszwa i trzy sznureczki z ozdobnym koralikiem. Doszłyśmy do perfekcji w pre­cy­zyj­nym, szybkim wyławianiu z otoczenia kobiet w takich sandałkach. Tylko wzdychamy tęsknie, bo nam wciąż coś nie pozwala ani ich kupić, ani nosić, ponieważ nasze stopy są „nietakie” – zbyt duże, zbyt małe, nieproporcjo­nalne palce itd. Zmienić czy wymienić ich nie sposób, a świadomość, że to tylko nasze przekonanie, na niewiele się zdaje.

To, co możemy zrobić, to wykorzystać kanon i odkryć, co się w danej chwili kryje za tym myśleniem o stopach, ponieważ psychologicznie potrzebujemy „idealnych stóp” jak kania dżdżu. Znajdźmy odpowiedź na pytanie: jak wyglądają idealne stopy, których właścicielka nosi takie sandałki? A może w przyrodzie lub świecie baśni znajduje się zwierzę bądź postać o jeszcze bardziej idealnych stopach? Czy możemy na chwilę wyobrazić sobie, że się nimi stajemy, by odkryć, co jest istotą tych stóp i jaka istotna wartość się z nimi łączy? A wszystko to, by zbadać, w jaki sposób potrzebuję wesprzeć te wartości w sobie, zadbać o nie, czy bardziej świadomie z nich korzystać.

Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nawet jeśli wiele kobiet uzna problem stóp za swój, to każda z nas dokona innego odkrycia, ponieważ każda z nas potrzebuje czegoś innego. Hipotetycznie może okazać się, że jeszcze bardziej idealne stopy ma kot (małe, drobne, delikatne, sprężyste), a ich istotą jest lekkość, gracja, wdzięk i precyzja. Pozostanie odpowiedzieć sobie na pytania: jak mogłybyśmy zadbać o poczucie lekkości, gracji i wdzięku w naszym życiu? Czy i gdzie potrzebujemy być bardziej precyzyjne? Finalnie może okazać się, że nie mamy już problemu z kupnem i noszeniem minimalistycznych sandałków lub stracimy całkowicie zainteresowanie nimi, ponieważ istotne było odebranie wiadomości, która dla nas była ukryta w „idealnych stopach”. Kanon urody? Bądźmy przeciw, a nawet za!

Piękna czyli prawdziwa

Nie musimy być biernymi ofiarami kanonu piękna. Możemy przyjrzeć się, w jaki sposób determinuje on nasze myślenie o sobie i działanie – a potem, przebierać, wybierać i decydować. Możemy świadomie sprzeciwiać się mu, budując własny. Możemy odkrywać informację ukrytą we wszelkich niedoskonałościach, które przyciągają naszą uwagę, by się rozwijać i odkrywać nieznane części nas samych.

Możemy również wyjść poza każdy kanon. I z pewnością każdej z nas przydarzyło się to nie raz, nawet jeśli tylko na chwilę. Odwołajmy się do naszego doświadczenia. Czy nieprzerwanie ubolewamy z powodu wieku, długości i kształtu nóg, gdy robimy to, co kochamy? Czy jakikolwiek kanon piękna dyktuje nam swoje warunki, gdy oddajemy się pasji? Czy czujemy się ograniczone przez naszą wagę, wzrost czy sylwetkę, gdy realizujemy marzenia? Czy w ogóle mamy świadomość istnienia jakiegokolwiek kanonu, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi i ukochanymi przez nas ludźmi. I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas również wszystkie niedoskonałości, więcej, że nie miał lub nie miała pojęcia, że to w ogóle jest mankament?

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

Dorota Cendrowska: psychoterapeutka i coach. Od prawie dwudziestu lat zajmuje się pracą z ludźmi. Jest członkiem zespołu psychoterapeutów i coachów PoRozumienie.

  1. Seks

Jak ułożyć sobie życie seksualne? - Katarzyna Miller o singielkach i samotnych matkach

Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Singielka, samotna mama, rozwódka – czy mogą mieć udane życie seksualne? To zależy od ich przekonań, mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. Te kobiety, które nie żyją w stałych związkach, czasem zasznurowują swoje libido i nie mają życia seksualnego, ale bywa też, że przywiązują do seksu zbyt dużą wagę. Dlatego warto wiedzieć, jakimi przekonaniami kierują się osoby, które znalazły radość seksu, choć zwykle śpią same.

Znam kobiety, które po rozwodzie skupiły się na wychowaniu dzieci, całkiem rezygnując z poszukiwania nowego partnera i seksu.
Po rozwodzie kobiety często zamykają się, skupiają na tym, by nastarczyć wszystkiego, co potrzebne dla domu. Chcą dla dzieci być i matką, i ojcem. Umęczone w tej roli superrodzica, coraz bardziej zasznurowują swoje libido. Mężczyzna, który się zaczyna koło takiej kobitki kręcić, dostaje po łapach. Bo ona myśli, że w ten sposób raz na zawsze ma rozwiązany problem z mężczyznami. Ona się nie puszcza i koniec! Ma przecież dzieci, więc nie będzie do domu przyprowadzała obcych.

To dobrze, że stawia dzieci, a nie swoją, że tak powiem, chuć na pierwszym miejscu.
Często postępują tak kobiety, które wyszły poranione z poprzedniego związku. Ale jeśli naprawdę myślą o dobru dzieci, czym prędzej powinny zdać sobie sprawę, że wybrały zły sposób. Dzieci zasznurowanych matek wyrastają w nieprawdziwym świecie. Ich seksualność dopiero się rozwija, a dostają jako wzór matkę, która się seksu wyrzekła, więc ma też małe zrozumienie dla ich potrzeb seksualnych. Oczywiście bez seksu można żyć. Jednak seks w tym domu staje się tematem tabu. Dzieci są pozbawione czegoś ważnego: widzą matkę tylko w jednej roli, nie wiedzą, że ona jest też istotą seksualną. Oczywiście, nie najlepiej mieć stały rozgardiasz w życiu dlatego, że mama ma temperament, ale też nie musi ona żyć w abstynencji. Tym bardziej że wtedy przekazuje dzieciom niechęć wobec seksu.

Skoro abstynencja nie jest dobra ani dla dzieci, ani dla matki, co powinna zrobić kobieta, która do tej pory rezygnowała z seksu?
Dzieciom powiedzieć: „Jestem dorosła. Rozstaliśmy się z waszym ojcem, ale nie zamierzam z tego powodu być zawsze sama. To jednak, czy z kimś będę na stałe, zależy od tego, czy spotkam kogoś, kto okaże się godny i mnie, i was. A na randki będę chodziła, kiedy będę miała na to ochotę”. Ale też nie musi spotykać się z mężczyzną, by mieć seks. Istnieje przecież masturbacja. Może o tym nie chcieć pamiętać, bo kiedyś ksiądz jej powiedział, że to jest złe. Pewnie słyszała też, że jeśli sama sobie daje seks, to jest on gorszy niż ten, który może jej zaoferować mężczyzna. A przecież sami możemy najpełniej poznać własne ciało, jego reakcje i potrzeby. Niestety, jesteśmy wychowywane w przeświadczeniu, że okazywanie miłości samej sobie to dowód na to, że nikt inny okazać nam jej nie chce. A jest odwrotnie. Okazywanie miłości sobie to droga do nauczenia się, jak przyjmować ją od innych, dostrzegać to, co oni chcą nam dać. Umiejętność kochania siebie także nas uniezależnia.

Jest tak dużo singielek, że pewnie coraz więcej z nas umie żyć własną miłością.
Oczywiście, że i tak jest, ale są też singielki, które dużo randkują, flirtują z mężczyznami – nieżonatymi i żonatymi, żeby tylko coś się działo. Bo inaczej robi się pusto. Długie związki raczej im się nie udają, bo dziewczyny są zbyt napięte, wchodzą w relacje z przymusu, a nie dla przyjemności. Nie jest to dziwne, bo kobiety nadal uczy się, że ich wartość musi być potwierdzona, niejako ostemplowana męskim zainteresowaniem, więc łatwo nam popaść w uzależnienie.

A jeśli taka uzależniona od męskiego zainteresowania singielka ma dzieci? Niektóre dzieci mówią: „Trudno. Mama tak ma, że musi, a jak musi, to trzeba się z tym pogodzić”. Mają do tego stoicki, filozoficzny stosunek. Ale są i takie, które się buntują, kłócą z matką. Obrażają ją, wyzywają. Inne ciężko to przeżywają, bo myślą, że one to dla mamy za mało, że są nieważne. Te postawy dzieci są zależne od tego, czy ich matka sama daje sobie prawo do uprawiania seksu. Wiadomo, że dziecko nie zastąpi kobiecie partnera. Ale też nie godzi się porzucać dziecka dla mężczyzny. Może być i tak, że dzieci widzą mamę nieszczęśliwą, bo ten pan, co przychodził, już nie przychodzi. Teraz nowy się pojawił, ale i tak wiadomo, że za jakiś czas go nie będzie. Te dzieci nie mają prostego dzieciństwa.

 
A ich matki jak się czują?
Często mają wyrzuty sumienia, ale trudno im przestać biegać za mężczyznami, skoro dzień bez flirtu czy chociaż komplementu to dla nich dzień stracony. W uwolnieniu się od tej zależności może im pomóc pokochanie siebie. A wtedy nie męczy poczucie, że coś umyka: „taka młoda jestem, taka ładna i co? Nie wykorzystam tego?!”. Na szczęście jest coraz więcej kobiet, które chcą się uniezależnić. Wiedzą już, że wewnętrzny spokój to skarb, a nie synonim nudy czy monotonii, że mężczyzna nie wystarczy do ułożenia sobie życia.

Przed zbytnim korzystaniem z wolności seksualnej powinny nas powstrzymywać choćby wyniki badań, które mówią, że kobiety emocjonalnie wiążą się z partnerem, z którym uprawiają „tylko” seks.
To fajna damska cecha, że pojawia się w nas czułość i zaangażowanie w efekcie bliskości cielesnej. Ale smutne i bolesne jest pozostanie w tej czułości bez odpowiedzi. Dajemy się nabrać – same się nabieramy z powodu małej wiedzy i doświadczenia oraz tragicznej w skutkach skłonności do ulegania iluzjom. Seks dla seksu może być ważnym doświadczeniem dla dziewczyn czy kobiet, dać im wiedzę, która w przyszłości pomoże w dokonywaniu świadomych wyborów. Nie uczą się dzięki romansom te dziewczyny, które mają niską samoocenę, one czują tylko, że dały się wykorzystać. Przypadkowy seks je rani. Czekają na telefon i kwiaty, a tych nie ma.

Z przypadkowego seksu robi się czasem przypadkowe dziecko…
Kobieta samotna powinna pamiętać o antykoncepcji, mieć chociaż prezerwatywy w torebce. Na wszelki wypadek.

Wracając do rozterek samotnych mam: kiedy można zaprosić mężczyznę do domu, żeby nie narazić emocji dzieci?
Dopiero kiedy kobieta pozna go na tyle, żeby wiedzieć: „będzie potrafił rozmawiać z moimi dziećmi”. Nie trzeba czekać aż do zaręczyn, bo chodzi o to, żeby dzieci zobaczyły mamę w innej roli – w relacji z mężczyzną. Ale też nie przyprowadzać nowego partnera, dopóki nie jest się pewną, że oboje chcemy być razem, że się zaraz nie rozstaniemy. Trzeba go też wprowadzać do rodziny stopniowo. Jeśli dzieci poznają przyjaciela mamy na spacerze, potem pójdą z nim na lody, a kiedyś jeszcze mama zaprosi go na obiad – wtedy wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci uczą się, że bliskość nie powstaje natychmiast. A seks nie jest potrzebą, którą trzeba niezwłocznie zaspokoić. Ulegając impulsowi, można rozładować napięcie, ale nic więcej. Taka nauka jest dzieciom potrzebna, bo pospieszne zaspokajanie potrzeb czyni ludzi płytkimi.

Kiedy partner mamy może zostać na noc?
Lepiej seks fundować sobie poza domem, szczególnie jeśli mamy tendencje do krótkich związków. Nie jest dobrze przyprowadzać co chwila kogoś nowego do domu i mówić, że mamusia tak lubi. Kobieta ma prawo robić, co chce, ale tylko sobie. Nie ma prawa robić tego dzieciom. A jeśli co tydzień przyprowadza kogoś innego, przestaje być w ich oczach tą dorosłą, która daje poczucie bezpieczeństwa. Sama zachowuje się wtedy jak bachor, który nie potrafi powstrzymać się przed zachciankami. Dzieci mają mieć swój dom, a nie mieszkać w domu przechodnim, bo wtedy nie wiedzą, czyj to dom.

Nie wszystkie kobiety postępują tak rozsądnie.
Czasem pozwalają dziecku rządzić. A przecież dziecko nie ma podstaw, żeby decydowało za mamę. Syn mówi do matki: „nie wolno ci!”. I ona mu ulega. Ale to jest postawienie sprawy na głowie. Dziecko wchodzi w rolę rodzica. Czasem też matki zamieniają córki w przyjaciółki i się ich radzą. Tymczasem córka to córka. Nie wolno jej wykorzystywać. Trzeba dziecku powiedzieć: „to nie twoja sprawa. Ważne jest dla mnie twoje zdanie, ale to ja decyduję, z kim będę się spotykała”. To bywa trudne, bo bardzo wiele kobiet nie potrafi samodzielnie decydować. Reagować także. Więc jeśli spotkają złego partnera, który na przykład dobiera się do ich dzieci, dochodzi do tragedii.

Matki w takich sytuacjach często udają, że nic nie widzą...
Mają między sobą a światem taką ilość buforów obronnych, że są ślepe. Chociaż ich dzieci wołają o pomoc: nie jedząc, rzygając, przejadając się. To jest jeden wielki krzyk: „zauważcie mnie!”. Ale on nic nie daje, bo matki nawet do terapii się nie nadają właśnie z tego powodu, że się bronią przed prawdą, nie chcą wiedzieć i widzieć. Na szczęście coraz więcej skrzywdzonych w dzieciństwie ludzi przychodzi po pomoc do psychoterapeutów. Mamy dla nich ogromny szacunek – oni przekraczają swoje traumy, nie chcą im ulegać.

Podsumowując: od czego zależy, czy będziemy szczęśliwe w seksie, będąc – powiedzmy to wprost – same?
Najważniejsze jest nastawienie. Ani samotna osoba nie musi być nieszczęśliwa i niespełniona erotycznie, ani osoba w związku nie musi być spełniona. Nie porównujmy się, bo wtedy singielka zazdrości mężatce, a mężatka singielce. Nasze subiektywne poczucie szczęścia nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych, bo wtedy byle powiew losu może nas unieszczęśliwić. Dlatego rozwój ma iść w stronę ugruntowania siebie. Warto mieć seksualny stosunek do życia, cieszyć się z niego, mieć świadomość, że ono samo bierze się z seksualności. I jeśli życiu zaufamy, będziemy mieć nadzieję i radość mimo wszystko. A wtedy tylko krok do spotkania kogoś fajnego. Nie jest odwrotnie: nie muszę czekać z byciem szczęśliwą na to, aż ktoś przyjedzie, pocałuje mnie i obudzi ze snu. Książę w bajce to animus kobiety, jej własna poszukująca, dorosła, mocna część. Same się mamy obudzić i same uszczęśliwić. Ja jestem przeciw mitologii dwóch połówek, każdy ma szansę i prawo być całością, a wtedy spotyka pasującą drugą całość.