Coraz częściej odchodzimy z dobrych związków

Coraz częściej odchodzimy z dobrych związków
fot.123rf

Coraz częściej nie odchodzimy ze złych związków, tylko z dobrych – po to, by mieć jeszcze lepsze. Inwestujemy w relacje tylko na początku, licząc na to, że potem czekają nas same korzyści i nie będziemy już o nic musieli się starać. Tymczasem do ognia trzeba dokładać stale – mówi dr Joanna Heidtman.
Renata Mazurowska: Dobry związek to jaki?

Nie pokusiłabym się o jednoznaczną definicję, bo przecież ludzie są różni. Z badań i obserwacji wynika, że dobry związek to taki, który trwa mimo zmian i gorszych momentów partnerów, a nie wypala się po pierwszych kilku miesiącach fascynacji. Musi więc być coś więcej niż „chemia”, która daje napęd na początku. A to bierze się ze wspólnego doświadczania różnych sytuacji – łatwych i trudnych.

Psycholodzy mówią, że z dobrego związku ludzie nie odchodzą, ja mam przeciwne obserwacje – ludzie nie odchodzą ze związków złych, a dobre porzucają, bo chcą mieć jeszcze lepsze, ale z kimś innym.

Tak, trwanie w związkach, które są już puste, ranią nas, niszczą poczucie wartości – jest częste tam, gdzie ludzie mimo złych doświadczeń nie potrafią wyjść ze strefy komfortu (tego, co choćby nawet złe, ale znane, więc bezpieczne), dokonać zmian. Niejako uzależniają się od tej stale powtarzającej się gry wewnątrz związku i tylko w ten sposób potrafią funkcjonować. Każde z nich zna scenariusz na daną sytuację, wie, co stanie się dalej i jaki będzie rezultat – kto wygra, a kto przegra. Jednak zazwyczaj tak naprawdę przegrywają oboje – ponieważ nie ma już zaufania, otwartości ani spontaniczności w okazywaniu emocji.

Z drugiej strony mamy związki, które dają obojgu dużo radości, ciepła, satysfakcji, ale jednak któregoś dnia partnerzy zaczynają poszukiwać na nowo ekscytacji związanej z pierwszymi fazami zakochania, nabierają przekonania, że ktoś inny będzie ich lepiej rozumiał, bardziej uszczęśliwi. Czasem to po prostu sygnał koniecznej zmiany wewnątrz związku, chwilowego kryzysu, który musi się pojawiać w każdej autentycznej i żywej relacji. Ale jeśli jest to podsycane na modłę konsumpcyjnego modelu życia przekonaniem: „gdzie indziej mogę otrzymać więcej”, to przestaje być dla związku rozwojowe, a staje się zabójcze.

Związki toczą się od kryzysu do kryzysu, ale my, w relacjach, spodziewamy się głównie zysków… Kryzys oznacza dla wielu z nas koniec relacji. A może być przecież wskazówką do dobrej zmiany.

Nie jest to prosta sprawa. Rzeczywiście „życie jak w reklamie”, które proponuje się nam w przekazie medialnym (i mam tu na myśli nie tylko przekazy reklamowe, ale niektóre typy książek, filmów czy prasy), może mocno odstawać od tego, co dzieje się w relacjach. Bez uczucia, woli, odpowiedzialności – związek nie przetrwa. Ludzie na początku inwestują w relację (czas, uwagę, emocje), ale potem często chcą zobaczyć szybkie korzyści i więcej już nie musieć się starać. Mam wielki szacunek do tych mężczyzn i kobiet, którzy zdają sobie sprawę z tego, że do ognia dokładać trzeba stale i że czasem w tej czynności warto się zastępować – bywają okresy, że jedno z nich ma kłopot na zewnątrz związku (np. zmiany w pracy) i wtedy to drugie bardziej dba o całość ich relacji. Ale kiedy przychodzą inne trudności, znowu zmieniają się przy pilnowaniu ogniska. To wymaga dużej świadomości, miłości, determinacji.

Dokąd zmierzamy w miłosnych związkach? Na naszych oczach zmieniają się definicje małżeństwa, pobierają się ludzie tej samej płci, adoptują dzieci – stary porządek przemija, ale też rodzi się na drugim biegunie radykalizm, w obronie dawnych wartości, niekiedy nawet w sposób skrajny.

Istotnie, żyjemy w czasach zmian tradycyjnych wzorów zachowania. Małżeństwo przez stulecia nie było czymś, co wiązało się ze swobodnym wyborem, wyznaczanym przez uczucia. Wyzwoliliśmy się ze schematów i reguł, stawiając na indywidualizm i jednostkową wolność. Ale to oczywiście jest trudniejsze. Trzeba dokonywać trudnych wyborów, mieć w sobie dużo samodyscypliny, siły. Rzeczywiście, trwałość ludzkich relacji jest zagrożona – żyjemy szybciej, ale mniej dokładnie, parafrazując słowa Wisławy Szymborskiej.

Może dlatego, że więcej wymagamy od innych, a mniej od siebie? Widziałam w Internecie taką inspirację: Rozmawiają syn z ojcem. – Tato, jak powinienem znaleźć tę właściwą kobietę? – Zapomnij o znalezieniu właściwej kobiety – mówi ojciec – i skup się na tym, aby być właściwym mężczyzną.

Rzecz w tym, żeby nie skupiać się całkowicie na braniu. Czy mnie będzie dobrze? Czy to mnie uszczęśliwi? Warto postawić sobie dość ważne pytanie, które potem może stanowić o jakości naszych związków: Co ja mogę i chcę zaoferować drugiej stronie? Co (z radością) wnoszę do związku? Kiedy spytałam pewnego mężczyznę, dlaczego w chwili kryzysu nie próbował ratować swojego związku, powiedział: „Bałem się odrzucenia”. Tak więc potrzebna jest jeszcze odwaga. I dlatego ważne jest, by rodzice w procesie wychowania zaszczepiali dzieciom tę odwagę – do działania, wytrwania, a czasem do postępowania wbrew tym tendencjom, które rozbijają nasze związki.

Dr Joanna Heidtman psycholog, socjolog, doradca, coach. Wykłada na Uniwersytecie SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska www.businessdoctors.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze