1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Dawid Podsiadło: Facet z lustra

Dawid Podsiadło: Facet z lustra

fot. Marta Wojtal
fot. Marta Wojtal
Kto znał jego poprzednie wcielenie – nieśmiałego nastolatka – dostrzeże zmianę. Może nie natychmiast, bo uśmiech ma ten sam i ten sam chłopięcy urok.

Dawid Podsiadło skończył w maju 23 lata. To był najintensywniejszy rok w jego życiu. Teraz jeszcze trasa po Polsce, a potem przerwa. Długa przerwa.  

Kiedy przygotowywałam się do tej rozmowy, trafiłam w sieci na tekst o Ślązakach, którzy odnieśli ogólnopolski sukces. Wśród nich byłeś wymieniony ty, a poniżej, w poście, ktoś napisał: „Aha, jasne, Podsiadło to hanys z dziada pradziada”. A kto inny: „Ludzie, przecież on jest Zagłębiakiem z Dąbrowy Górniczej”. Pomyślałam: „Ciekawe, co na ten temat powie Dawid”.

Ja faktycznie jestem z Zagłębia. I nie chcę tego bycia Ślązakiem odbierać tym, co na Śląsku byli od zawsze.

To, gdzie dorastałeś, ma znaczenie?

Oczywiście, ale nie potrafię powiedzieć, jak to się ma do tego, jaki jestem. Od kiedy pamiętam, obserwowałem, jacy ludzie są wokół mnie, i myślałem, że chciałbym mieć szansę zrobić coś więcej niż ta większość, która mnie otacza. Nie zrozum mnie źle, lubię ludzi i szanuję ich za to, jacy są, ale zawsze miałem ogromne ambicje, globalne marzenie. Od dziecka.

Jakie było to globalne marzenie?

Wtedy werbalizowałem je w sposób, który teraz jest dla mnie dyskusyjny, ale w sumie chodziło mi o to samo o co teraz. Mówiłem, że „chciałbym być sławny”. A dzisiaj chciałbym, żeby moja muzyka miała zasięg globalny. Żebym mógł koncertować w różnych częściach świata i rozmawiać o moich piosenkach z ludźmi z różnych krajów.

 W szkole chodziłeś i powtarzałeś: „Będę sławny”?

Skąd! Ja do tej pory bardzo się przejmuję tym, żeby ludzie nie pomyśleli sobie, że jestem próżny czy zarozumiały. I to zawsze był problem, bo przejmowałem się za bardzo. Nie byłem pysznym dzieciakiem, który by chodził i czymś się chwalił, no bo też specjalnie nie było się czym chwalić. Lubiłem śpiewać, ale śpiewanie publicznie przynosiło mi mnóstwo stresu. Pamiętam swój pierwszy występ w podstawówce na akademii. Mieliśmy taką sytuację, że klasy jeden – trzy nie mieściły się w głównym budynku szkoły, tylko w normalnym bloku, na parterze. Chodziło chyba o to, że dzieciaków było za dużo i musieli nas jakoś rozdzielić. Ale na akademie chodziliśmy do tego budynku głównego. I podczas jednej takiej akademii miałem zaśpiewać piosenkę po angielsku. O domku ze słodyczy, z takim refrenem „Sweet house, sweet house, open the door and let us in”. I jak ćwiczyłem, to było super. Pani od angielskiego mnie chwaliła: „Świetny akcent, Dawid” (był dobry jak na ośmiolatka), ale potem, jak trzeba było wystąpić przed całą szkołą, to nie dałem rady. Rozpłakałem się w trakcie, pobiegłem do mamy, która siedziała z innymi i oglądała występ. Z czasem było lepiej, w szóstej klasie dałem radę na Dzień Sportu zaśpiewać „Długość dźwięku samotności” zespołu Myslovitz, dobrnąłem do końca, nawet się podobało. Potem tych występów było więcej, bo byłem w studiu piosenki w Młodzieżowym Ośrodku Pracy Twórczej i śpiewałem dość często – na otwarcie biblioteki, na jakimś festynie – ale denerwowałem się strasznie, na scenie byłem sztywny, statyczny. A jednocześnie lubiłem to robić, bardziej niż karate, na które chodziłem przez rok, czy badmintona, który trenowałem prawie trzy lata.

Skąd się wziął w tym wszystkim puzon?

To już trochę inna historia, bo tak naprawdę wszystko się zmieniło, jak poszedłem do liceum i poznałem chłopaków, z którymi założyliśmy zespół Curly Heads. Nagle poczułem, że nie jestem już tylko chłopcem, który ładnie śpiewa. Że mogę robić muzykę. Ale jeżeli mam to robić na serio, muszę mieć jakieś zaplecze. Stąd szkoła muzyczna. Akurat puzon pojawił się przypadkowo, bo tylko w klasie puzonu były miejsca. W pierwszej chwili nie wiedziałem nawet, o który dokładnie instrument chodzi. Nie bardzo lubiłem ćwiczyć, najgorszy był ostatni rok muzycznej, bo wszystko się zbiegło. Egzaminy, w liceum matura i jeszcze finałowe odcinki „X Factora”. Ale się udało, wyniki matury były nie najgorsze, z puzonu i z kształcenia słuchu czwórki, w „X Factorze” też poszło nie najgorzej.

Nadal oglądasz telewizję?

Zdarza się, głównie serwisy informacyjne, seriale oglądam na laptopie. Ale tak, mam telewizor w domu, muszę przecież do czegoś podpiąć konsolę.

„W moich żyłach zamiast krwi już chyba płynie prąd” – śpiewasz na „Annoyance and Disappointment”. To o nałogowym graniu na konsoli?

Tak, staram się nie poświęcać całego wolnego czasu tylko na to, bardzo mi ostatnio zależało, żeby powrócić do czytania, bo miałem przerwę, czytałem mało, a teraz w miesiąc przebrnąłem przez dwie książki, m.in. „Instytut” Jakuba Żulczyka.

Ale tytuły obydwu solowych płyt zaczerpnąłeś z gry. 

W Final Fantasy VIII grałem w liceum i ta opowieść o przyjaźni, miłości, rozstaniu na tle walki o istnienie świata budowała moją wrażliwość, a z wrażliwości tworzą się dźwięki. Gry komputerowe to dla mnie sztuka. Mają na mnie wpływ tak samo jak filmy, seriale, książki właśnie, podróże.

Zastanawiam się, czym moje pokolenie różni się od twojego. Ty się czujesz Europejczykiem? Czy może masz trochę kompleks, że jesteś z Europy bardziej Wschodniej niż Środkowej?

Nigdy nie czułem się od kogoś ani lepszy, ani gorszy. To znaczy mam świadomość własnych wad i cieszę się, że mam ograniczenia, bo mogę wyznaczać sobie pewne cele, przełamywać się.

A co z wadami, które ewidentnie utrudniają ci życie?

Taką wadą jest na przykład to, że jestem kochliwy, łatwo mnie zauroczyć.

Mówisz tylko o dziewczynach czy też o ludziach w ogóle?

Jeśli chodzi o zauroczenie związane z pociągiem seksualnym, to jednak na razie tylko dziewczyny [śmiech]. Ale faktycznie, mam też coś takiego, że bujam się w ludziach, uwielbiam z nimi spędzać czas. Łatwo wchodzę w takie relacje, zachwycam się kimś bezkrytycznie, mówię o nim w samych superlatywach, ktoś tę osobę krytykuje, a ja, nieważne, co bym usłyszał, mówię: „No co ty, on/ona nigdy by czegoś takiego nie zrobił/a”. I czasem mi to w życiu przeszkadza, bo przez to moje zaangażowanie zawodziłem swoich bliskich, to wpływało na relacje z nimi, bo odlatywałem gdzieś na chwilę. Ale tu chodzi też o ogrom ludzi, których znam. W ciągu czterech ostatnich lat poznałem więcej osób niż przez całe moje wcześniejsze życie.

Masz autorytety? Jest ktoś, z kogo zdaniem zawsze się liczysz?

Tu grono jest stałe, trochę się tylko poszerzyło w ciągu ostatnich czterech lat. Kiedyś to byli starszy brat i mama. Z ich opinią zawsze się liczyłem, miała dla mnie ogromne znaczenie. Nawet jeśli nie zawsze się z nimi zgadzałem, byłem pewien, że wszystko, co mówią, mówią dla mojego dobra. Odkąd zacząłem funkcjonować w świecie muzycznym, do tego grona dołączyły jeszcze trzy osoby, między innymi moja najlepsza przyjaciółka.

Są sfery, w których jesteś absolutnie niesterowalny?

Muzyka. Nawet jeśli występuję gościnnie na czyjejś płycie, to uważam, że z szacunku dla tej osoby, która mnie zaprasza, muszę powiedzieć zupełnie szczerze, co mi się podoba, a co nie, zaproponować zmiany. Chociaż to też jest jakiś proces, uczę się o tym mówić, uczę się tak reagować. Kiedyś było trochę inaczej, mam na koncie epizod, którego żałuję.

Radykalizujesz się.

Może tak, ale myślę, że w sympatyczny sposób, nie siłowo.

W ogóle uchodzisz za sympatycznego chłopaka, co widać nawet w sieci. Prawie nie wywołujesz hejtu.

Czy ja wiem? Na portalach pod newsami o płycie albo trasie pojawia się więcej negatywów niż pozytywów, czyli norma. Ale u mnie na stronie faktycznie, prawie nie ma hejtu. Zdarzyło się może ze dwa razy, ale tak brutalnie wprost: „J.b się”.

Czytasz i…

Oczywiście, nie usuwam, odpowiadam. „Dziękuję, pozdrawiam, proszę tylko o nieużywanie wulgaryzmów ze względu na młodych ludzi, którzy tu wchodzą”. Na innych stronach są już takie bardziej rozbudowane wpisy: „Podsiadło będzie występował w Męskim Graniu?! No to rzeczywiście »męskie« granie”. Albo coś o moich wąsach, o cerze, nosie albo klasycznie – o braku talentu. Ale czasem ktoś ma konkretne argumenty. „Dlaczego nie wyszedłeś po koncercie do ludzi?”. Wtedy tłumaczę. Że na większych koncertach w plenerze, na festiwalach, gdzie grają inni, nie wychodzę. Bo kiedy schodzę ze sceny, staje się jedną z osób z publiczności, oglądam koncert kogoś innego i kiedy ktoś podchodzi, zagaduje, prosi o autograf, to odmawiam. Robię to z szacunku do artysty, który akurat występuje.

Po tych czterech latach w show-biznesie masz jakieś dobre rady dla tych, którzy dopiero zaczynają?

Zabrzmi to patetycznie, bo to takie banały, które zaczynasz rozumieć dopiero w trakcie, kiedy jesteś już w tym świecie. Że trzeba wierzyć w siebie i w to, co robisz. Dla mnie to znaczyło tyle, że muszę przełamać wewnętrzne rozterki. Czy mam prawo uważać, że zasługuję na sukces, czy to już jest zwiastun zarozumialstwa, czy już mi odbiło? Czy to normalne, że jaram się tym, co zrobiłem, że lubię posłuchać utworu, który właśnie nagrałem, i powiedzieć, że to jest ekstra, że nie mogę się doczekać, aż puszczę to ludziom?

Nie boisz się, że w pewnym momencie stracisz ten młodzieńczy zapał? 

Mam tak ogromny apetyt, że nie czuję strachu. Dla mnie to, że nie udało mi się wyjść z moją muzyką poza granice naszego kraju, to już jest problem. Była taka nieśmiała próba, ale w przyszłym roku chciałbym spróbować bardziej na poważnie. Czy się uda, czy nie, jestem gotowy na takie starcie.

Na razie ruszasz w wielką trasę po Polsce o wdzięcznej nazwie „Andante Cantabile”. Widziałam plakat, jesteś w garniturze, do tego z futerałem od puzonu. Będziecie grać w poszerzonym, symfonicznym, składzie?

Zupełnie nie. Chcieliśmy zrobić trasę „na siedząco”, ładnie się ubrać. Przerabiamy aranżacje naszych utworów, ale nie zbliża się to do symfonicznego klimatu. To raczej alternatywne wersje tego, co ludzie już znają, będzie też kilka premierowych utworów, które znalazły się na reedycji płyty „Annoyance and Disappointment”. Wymyśliliśmy, że w każdym mieście, w którym będziemy koncertować, pojawi się inny gość. Zaprosiliśmy m.in. Artura Rojka, Kasię Nosowską, Melę Koteluk, Julię Marcel, Korteza, Pezeta, Mesa, Julię Pietruchę, Organka. Ale nie zdradzimy, który z gości będzie grał w którym mieście. To będzie niespodzianka. Loteria, na kogo trafisz. A finałowy koncert w Warszawie zagramy razem z większością z nich.

Już zapowiedziałeś, że zaraz potem znikasz na dłużej. Jeszcze niedawno w jednym z wywiadów, pytany o to, jakim cudem angażujesz się aż w tyle projektów, deklarowałeś: „Nie chce mi się czekać. Jestem młody, mam siłę”. Już nie masz siły?

Trasa „Andante Cantabile” będzie świetnym zamknięciem pewnego rozdziału. Ostatni rok był rekordowy, jeśli chodzi o rozmach, z jakim działaliśmy, i szczerze mówiąc, w czasie tej rocznej przerwy od koncertowania chcę trochę unormować tryb życia. Rozregulowałem system odżywiania, spania, moja doba kończy się o trzeciej, czwartej w nocy, a zaczyna o 11, 12. Dochodzi do tego dużo stresu, no i przecież mocno się zmieniłem fizycznie, dojrzewałem w międzyczasie. Poza tym od kilku lat cały czas pracuję z tymi samymi ludźmi, razem gramy, jeździmy, jemy, chcę trochę za nimi zatęsknić.

Co konkretnie będziesz robił przez ten rok?

Będę chodził na zajęcia z gitary, uczył się języków – włoskiego lub hiszpańskiego, z native’em podszkolę angielski. Ale też chcę popracować nad nową muzyką, może zupełnie nowym projektem. Daję temu czas, niech się wykluje.

A co z twoją regularną – że się tak wyrażę – edukacją? Wybierasz się na studia?

Ambicjonalnie czuję, że chciałbym mieć wyższe wykształcenie, zawsze wyobrażałem sobie siebie jako człowieka, który ukończy studia, odzywał się we mnie kujon. Na anglistykę chodziłem w sumie chyba ze dwa miesiące, a dodam, że to były studia zaoczne. Zaczęły się koncerty, przerwałem. Nie wiem, czy w przyszłym roku się wyrobię, czy to się nie odłoży znowu w czasie, ale mam taki plan, że chciałbym przed trzydziestką ukończyć jakieś studia. Mam siedem lat, wydaje się to całkiem realne.

Ciekawe, z jakim – po tym roku przerwy – wrócisz image’em? Może broda do wąsów?

Fajnie by było, chciałbym, tylko że na razie nie chce rosnąć. Miałem inny pomysł, że po trasie 1 stycznia zgolę się na łyso. Zawsze byłem ciekawy kształtu swojej czaszki, a teraz, kiedy już się ostatecznie uformowała, obejrzałbym ją sobie.

Ostatecznie uformowała – masz na myśli to, że nie jesteś już dzieckiem?

Śmiesznie, że o tym wspominasz, bo ostatnio opowiadałem mamie, jak po koncercie finałowym Męskiego Grania w Żywcu poszedłem do garderoby i siedziałem tam przez jakieś 15 minut sam. Ściągnąłem kamizelkę, byłem w rozpiętej koszuli i tak sobie siedziałem, a że na ścianie naprzeciwko wisiało lustro, to w nie spojrzałem. I nie zobaczyłem siebie, tylko faceta, jakiegoś obcego gościa. Dodałem sobie do tego całą otoczkę, że przez te kilka tygodni poznałem tylu świetnych artystów, z którymi się zakumplowałem i będę mógł współpracować w przyszłości, że teraz ta trasa jesienna i też tylu gości, że dojrzałem. Pomyślałem sobie: „Wow, na pewno to wszystko się na to złożyło”. Zaakceptowałem tego starszego siebie, przeszedłem nad tym do porządku dziennego.

I?

I dokładnie wczoraj miałem zupełnie inny moment. Ktoś coś do mnie powiedział, ja szybko odpowiedziałem i jak usłyszałem sam siebie, pomyślałem: „Kurczę, jednak z tym dojrzewaniem to bez przesady, głos mam jak dzieciak”.

 

DAWID PODSIADŁO rocznik 1993. Karierę rozpoczął po programie „X Factor”, którego jest laureatem. Ma na koncie solowe płyty „Comfort and Happiness” i „Annoyance and Disappointment”. Trasa „Andante Cantabile” trwa od 22 października do 9 grudnia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

62. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich po raz drugi online

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Niebywały sukces Koncertów Chopinowskich w wersji online z ubiegłego roku oraz trwające ograniczenia dotyczące organizacji imprez skłoniły organizatorów wydarzenia do kontynuowania recitali w formie online.

Koncert inauguracyjny odbędzie się w niedzielę 16. maja, tradycyjnie o godz. 12:00. Transmisja będzie dostępna na www.facebook.com/koncertychopinowskie, a także na Youtube i stronach internetowych www.koncerty-chopinowskie.pl i www.estrada.com.pl. Spacerujący w Łazienkach Królewskich będą mogli wysłuchać muzyki Chopina z głośników rozstawionych w głównych miejscach królewskiego parku w każdą niedzielę w południe.

W koncercie inauguracyjnym wystąpi amerykański pianista Kevin Kenner, uznawany za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Zdobył najwyższą nagrodę na XII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jest również laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i wielu innych.

Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)

Ten pochodzący z Kalifornii pianista wcześnie miał okazję zapoznać się z polskimi tradycjami muzyki klasycznej – w wieku kilkunastu lat studiował pod kierunkiem wybitnego polskiego profesora Ludwika Stefańskiego w Krakowie. Kenner jest również wybitnym pianistą studyjnym – czasopismo „Grammophone” określiło wszystkie jego interpretacje utworów Paderewskiego i Chopina mianem nagrań miesiąca. Inne jego nagrania zostały wyróżnione przez „Diapason”, „Fanfare” i Polskie Radio. Przez ponad dziesięć lat Kevin Kenner był zatrudniony na stanowisku profesora w Royal College of Music w Londynie. Obecnie pracuje na wydziale muzycznym Uniwersytetu Miami (Frost School of Music), gdzie przygotowuje młodych, utalentowanych pianistów do występów na scenach świata. Zasiadał w jury wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych, w tym Konkursu im. Ferruccio Busoniego we włoskim Bolzano i Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)

Plenerowe koncerty muzyki Chopina zorganizowano po raz pierwszy w 1959 r., po zrekonstruowaniu pomnika kompozytora. Z biegiem czasu wielokrotnie zmieniały swoją formułę. W tym roku, po raz kolejny pianiści nie zagrają pod pomnikiem Chopina, lecz wystąpią dla słuchaczy online. Recitale zarejestrowane zostały w wyjątkowym wnętrzu Sali Balowej w Pałacu na Wyspie, zbudowanej pod koniec XVIII wieku, z dekoracyjnymi marmurowymi kominkami z rzeźbą Herkulesa i Apolla Belwederskiego. Koncerty w tej formule będą kontynuowane w każdą niedzielę o godz. 12:00, a jeżeli sytuacja na to pozwoli Stołeczna Estrada powróci do organizacji koncertów w tradycyjnej formie – na żywo.

Kalendarz najbliższych koncertów:

MAJ

16 maja – koncert inauguracyjny, godz. 12.00 - Kevin Kenner (USA)

23 maja – Łukasz Byrdy

30 maja – Aleksandra Hortensja Dąbek

CZERWIEC

6 czerwca – Mateusz Tomica

13 czerwca – Viet Trung Nguyen (Wietnam/Polska)

20 czerwca – Maciej Wota

27 czerwca – Edward Wolanin

LIPIEC

4 lipca – Mateusz Krzyżowski

Wszystkie koncerty dostępne będą bezpłatnie.

Cykl koncertowy finansowany jest ze środków Miasta st. Warszawy.

koncerty-chopinowskie.pl

  1. Kultura

Mistrzowskie skrzypce

Mistrzowskie skrzypce
Mistrzowskie skrzypce
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Już jutro 8 maja rozpoczyna się Międzynarodowy Konkurs Lutniczy im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

Najlepsi lutnicy z 14 krajów na całym świecie, m.in. z Włoch, Francji, Belgii, Korei Południowej, Chin, Japonii oraz Polski, zgłosili do konkursu 88 instrumentów. To nieco mniej niż zwykle – ze względu na pandemię, część ze zgłoszonych wcześniej skrzypiec nie dojechała. Poznański konkurs lutniczy odbywa się co 5 lat od 1957 r., jest najstarszym na świecie i jednym z najważniejszych obok Cremony, Mittenwaldu i Pekinu.

Międzynarodowe jury w skład którego wchodzą zarówno lutnicy, jak i muzycy, już niedługo rozpocznie oględziny instrumentów. Oceniane będą zarówno walory lutnicze instrumentów, jak i barwa dźwięków, które wydają. W finale instrumenty zagrają podczas przesłuchań kameralnych i orkiestrowych. To dla nich najsurowszy sprawdzian. Siła (głośność), barwa i nośność dźwięku robią różnicę. Najlepsze zostaną docenione. Na finalną punktację przypada ocena lutnicza - 50 proc, i drugie 50 proc. na ocenę dźwiękową. Dlatego w jury obok lutników zasiadają muzycy, m.in. Laura Hamilton – koncertmistrzyni Metropolitan Opera w Nowym Jorku i pedagog NY University oraz Bartosz Bryła, jeden z wybitnych współczesnych polskich wiolinistów i wykładowców.

(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. Piotr Waniorek /materiały prasowe MKL w Poznaniu)

(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)(Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)Jan Spidlen, juror poprzednich edycji konkursu. (Fot. materiały prasowe MKL w Poznaniu)

Główną nagrodą w tegorocznym Międzynarodowym Konkursie Lutniczym jest 16 tysięcy euro. To nagroda fundowana przez Ministerstwo Kultury. Zwycięskie instrumenty zasilają Narodową Kolekcję Instrumentów Lutniczych, której zasoby są wypożyczane najzdolniejszym krajowym muzykom. Kolekcja istnieje od lat. Pomogła zbudować światową karierę m.in. Wandy Wiłkomirskiej, Piotra Janowskiego czy Bartłomieja Nizioła.

W tegorocznym składzie jury zasiada Marcin Krupa, lutnik wielokrotnie nagradzany na międzynarodowych konkursach lutniczych, m.in. w Cremonie, Moskwie, Londynie, Baltimore i Poznaniu, ze znanej lutniczej poznańskiej rodziny. Również jego brat - Krzysztof wybrał ten zawód. Synów wykształcił ojciec, Antoni Krupa, który założył pracownię lutniczą w Poznaniu wiele lat temu. To jedno z tych miejsc, w których czas się zatrzymał i dziś możemy odczuć tam prawdziwą atmosferę ręcznej pracy w drewnie.

„Tradycje rodzinne w tym zawodzie nie są rzadkością. W Polsce, podobnie jak w innych krajach, zawód lutnika często  przechodzi z pokolenia na pokolenie. Wychowałem się w pracowni ojca, od małego złapałem bakcyla – lubiłem mu pomagać, przebywać tam i nasiąkałem wiedzą na temat sztuki budowania instrumentów. Ojciec ułatwił mi wejście w lutniczy świat. To dzięki niemu znam tajniki tego zawodu, był moim mistrzem. Każdy lutnik stara się na początku znaleźć takiego mistrza na początku swej drogi, który wskaże mu swoje sposoby na uzyskanie wyjątkowego dźwięku budowanego instrumentu. Tato przekazał mi wiele ze swoich głęboko skrywanych tajemnic. Dzięki temu miałem łatwiejszy start, choć oczywiście musiałem odebrać gruntowne wykształcenie”. - mówi Marcin Krupa.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

Lutnik to fach z tradycją, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Rzemieślnik-artysta, który, w dobie automatyzacji i superszybkich maszyn, wciąż wykonuje swoją mozolną pracę ręcznie i to czyni ją wyjątkową. Lutnik to zawód, który może wykonywać osoba mająca wiele talentów: muzykalność, zdolności manualne, umiejętności plastyczno-rzeźbiarskie, cierpliwość, ale i zmysł techniczny, niezbędny do zbudowania misternej konstrukcji. Bez wątpienia ci, których instrumenty znajdą się w finale poznańskiego konkursu – to artyści tworzący arcydzieła. Takie skrzypce to skarb dla muzyka.

„Kiedyś lutnik nie zawsze był muzykiem, jednak gdy umie się grać – ułatwia to pracę nad instrumentem. Zna się lepiej oczekiwania wiolinisty, jego perspektywę, bo przecież instrument wykonujemy dla skrzypka.” – wyjaśnia Marcin Krupa.

Współczesne kształcenie lutnicze to średnia szkoła muzyczna z kierunkiem lutniczym (Poznań lub Zakopane), a później studia na wydziale lutniczym Akademii Muzycznej w Poznaniu – to jedyna uczelnia w Polsce, która kształci lutników. Właśnie tutaj Marcin Krupa został wykładowcą lutnictwa. Kolejnym krokiem jest praktyka u mistrza i udział w konkursach lutniczych. One pozwalają na międzynarodowy start, wysokie miejsca w rankingach konkursowych przyciągają klientów z całego świata. Kolejne zbudowane instrumenty i zadowoleni skrzypkowie uruchamiają następne zlecenia, w ten sposób buduje się swoje nazwisko i opinię w tym świecie, jednak swój warsztat trzeba cały czas doskonalić, co wymaga cierpliwości i czasu.

„Dla mnie ważny jest bieżący kontakt z muzykami. Wiele od nich się uczę, słucham ich uwag. Pomaga w tym lokalizacja mojej pracowni w Poznaniu – blisko opery i filharmonii” – mówi Marcin Krupa.

Do budowy skrzypiec wykorzystuje się tylko klon jawor oraz świerk. Drewno musi być lekkie i elastyczne. Poszukiwanie odpowiedniego kawałka drewna to temat na oddzielną opowieść. Specjalizują się w tym firmy, drewno sprzedawane jest na specjalistycznych targach, a nawet bywa nagrodą na konkursach lutniczych. Wielu lutników m.in. dlatego wybiera życie blisko natury, lasów, gór. Tak jest  w przypadku Joanny Plęs, która wraz z mężem Tomaszem Linką prowadzi pracownię w Ustrzykach Dolnych. Tu łatwiej o ciszę, spokój, koncentrację na pracy z dala od zgiełku wielkiego miasta. Blisko są Bieszczady, lasy, łatwiej nawiązać bezpośrednią relację z dostawcami drewna, a klienci i tak przyjadą do renomowanego lutnika. Instrumenty z pracowni Joanny Plęs doceniono m.in. na konkursach w Moskwie, Mittenwaldzie i Poznaniu - wiele lat temu jej skrzypce ze względu na wybitne walory dźwiękowe zostały zakupione przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu, organizatora Międzynarodowych Konkursów Lutniczych.

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)(Fot. Ji Hwan Park, lutnik, zwycięzca poprzedniego MKL w Poznaniu)

„Zawód lutnika wymaga zdobycia wszechstronnych umiejętności w zakresie rysunku, rzeźby, ogólnego wyczucia proporcji. Bardzo ważne jest duże doświadczenie oraz wykształcenie muzyczne, które pomaga sprostać wysokim wymaganiom muzyków. - mówi  Joanna Plęs. Lutnik stara się nadać wszystkim instrumentom piętno swej indywidualności dlatego każdy instrument jest niepowtarzalny. Drewno (jawor i świerk) musi sezonować się przez długie lata, a lakier składający się z wyselekcjonowanych naturalnych żywic każdy mistrz sporządza sam według tylko sobie znanej receptury, by nałożyć go później na swe dzieło w kilku, a nawet kilkudziesięciu cieniutkich, transparentnych warstwach” – przekonuje Joanna Plęs.

Więcej na  lutniczy.wieniawski.pl

Planowane są transmisje online przesłuchań instrumentów. Po MKL najlepsze instrumenty będą dostępne dla publiczności na wystawie w Muzeum Narodowym w Poznaniu przez 2 tygodnie.