1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Kasia Stankiewicz: Bójka o mikrofon

Kasia Stankiewicz: Bójka o mikrofon

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Kasia Stankiewicz często słyszy: „To Ty jesteś z Działdowa?! Tyle razy przejeżdżałem tamtędy pociągiem do Trójmiasta!”. Jej dzieciństwo to przełom lat 70. i 80. I kamienica na działdowskim rynku. Stąd, wydawałoby się, daleka droga do Warszawy. Do programu „Szansa na sukces”, który skończył się dla niej angażem w zespole Varius Manx, milionem sprzedanych płyt i największym przebojem – „Orła cień”.

Nie przypominam sobie momentu, w którym bym pomyślała: „No, teraz to już nie jestem dzieckiem”. Jako głowa rodziny muszę być odpowiedzialna, poukładana. Nie lubię tego, to nie jest rola, której pragnęłam, tak się po prostu złożyło. Ale z niezwykłą łatwością przenoszę się w świat, o którym trudno byłoby powiedzieć, że jest dorosły. Z całą pewnością nie czuję się poważna, co jest zresztą bardzo przydatne w moim zawodzie, bo jako artystka nieustannie filtruję otaczający mnie świat przez moje wewnętrzne dziecko.

Okno

Jaką byłam dziewczynką? Nie mieszkam w Działdowie od 20 lat. Teraz domy są remontowane, pięknie wygląda zabytkowy ratusz, ale w latach 80., kiedy dorastałam, było trochę inaczej. Tylko że mnie to nie przeszkadzało. Miałam niesamowitą wręcz umiejętność widzenia rzeczy takimi, jakimi chciałam, żeby były, a nie jakimi były faktycznie. Można powiedzieć, że miałam wielką potrzebę ładności (została mi do dzisiaj). I nawet jeśli działdowski rynek był szary, to zapamiętałam go baśniowo. Na przykład zimą, kiedy był pokryty śniegiem, od którego odbijały się światła w oknach sąsiadów. Zresztą rzeczywistość wokół tak naprawdę się nie liczyła. Ja, dziecko dość introwertyczne, miałam własny wewnętrzny świat. Nie byłam dziewczynką, która biega całymi dniami po podwórku z koleżankami. W ogóle towarzystwo koleżanek i kolegów zawsze było dla mnie bolesną koniecznością. Nie umiałam się wśród nich odnaleźć i częściej wolałam być sama niż w grupie. Swoją drogą sama ze sobą czułam się świetnie, zawsze miałam co robić. Mieszkaliśmy przy ulicy Mickiewicza, na samym rynku, w bardzo starej kamienicy, której historia sięga XVIII wieku. Mieszkanie było na ostatnim piętrze, a z pokoju mojego i mojej młodszej o dwa lata siostry Ani był piękny widok. Na pola, łąki i rzekę Działdówkę. I tory kolejowe w oddali. Z tak dużej odległości były cienkie jak nitka, ale można było zobaczyć zarys przejeżdżającego pociągu. Ten pociąg był dla mnie zawsze synonimem wolności. Wiedziałam, że któregoś dnia do niego wsiądę i po prostu wyjadę, gdzieś ucieknę. Nie wiem dlaczego, przed czym i dokąd. Po prostu marzyłam o miejscu pełnym świateł, ruchu i odgłosów miasta. Może wynikało to z tego, że Działdowo było takim spokojnym miasteczkiem, gdzie po szesnastej właściwie życie na ulicach zamierało. A ja potrzebowałam energii.

Zapach kobiety

Babcia Marysia (mama mojego taty) roztaczała wokół siebie delikatny zapach perfum, trochę słodki, ale zgaszony szlachetniejszą nutą, coś jakby róża z pieprzem. Do dzisiaj szukam takiej mieszanki i nie mogę jej dokładnie odtworzyć.

U babci spędzałam dość dużo czasu, bo rodzice zostawiali mnie u dziadków, kiedy jeździli na koncerty. Proszę sobie wyobrazić piękną, smukłą kobietę, która mało się odzywa i patrzy na ciebie nieziemsko błękitnymi oczami. Elegancką i budzącą respekt. Z tą swoją szatańsko błyskotliwą inteligencją, choć mówiła niewiele, potrafiła ściąć słowem. A jednocześnie miała w sobie coś ciepłego, od razu się jej wybaczało.

Mama pachniała całkiem inaczej. Z nią wiąże się moje absolutnie pierwsze wspomnienie. To, jak karmi mnie piersią. Musiałam mieć niecały rok. Niewiarygodne, ale ja naprawdę to pamiętam. Jest świt, okna zasłonięte firanami, gdzieś z boku świeci się lampka, a ja piję mleko z piersi i wyraźnie czuję zapach mamy. Wcale nie mleczny, bardzo świeży – trochę jak łąka latem o poranku – potrafiłabym go rozpoznać zawsze i wszędzie. Kiedy byłam parę lat starsza i rodzice zabierali mnie z siostrą na próby swojego zespołu w miejskim domu kultury, byłam w stanie bez trudu odnaleźć w powietrzu tę samą nutę. W salce nadymione, bo oczywiście wszyscy wokół palili, podłoga i ściany pachniały jak w starym teatrze, kurzem i wilgocią, ale mamę i tak wyczuwałam bardzo wyraźnie. Ojej, chyba dziwnie to wszystko brzmi. Ostatnio oglądałam „Pachnidło”, chyba dlatego tak się zapędziłam [śmiech].

Za stara

Rodzice występowali z zespołem Impuls. Śpiewali piosenki ludowe, ale i bardziej popowe, dziś powiedzielibyśmy, że to muzyka środka. W roku 1984 zdobyli nawet Złoty Samowar na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Nagrodą za wygraną na festiwalu było tournée po Związku Radzieckim, 30-dniowe. Wyjechali, a ja cały miesiąc spędziłam u babci Marysi. Ania – u drugich dziadków.

Na co dzień mama prowadziła dom, z kolei tata pracował w drukarni. Chodził w takim specjalnym mundurku, często zaplamionym smarami, podłączał kabelki, coś spawał (także prywatnie, jako człowiek o renomie złotej rączki, wszystko wszystkim naprawiał). I w tym mundurku któregoś dnia zerwał się z pracy i poszedł zapisać mnie do szkoły muzycznej, która była nieopodal. Jedyna taka szkoła w Działdowie. Bardzo chciałam uczyć się grać na pianinie. Powiedziałam to rodzicom, więc tata wziął mnie za rękę i poszliśmy. Pani w recepcji nie bardzo ucieszyła się na nasz widok, po czym zawołała inną panią, chyba dyrektorkę, która także nie kryła, że nie jest zachwycona. „Ile ma lat?” – zapytała, wskazując na mnie. „Jedenaście”. „Za stara. Może chodzić tylko na ognisko muzyczne”. Ognisko było płatne i kosztowało tyle, że moich rodziców nie było na nie stać. I tak, siłą rzeczy, moje zapędy edukacyjne spaliły na panewce czy raczej potraktowano je z buta.

Zobacz także nakrycia głowy na lato

Więcej, lepiej

Tak czy inaczej nie dało się nie zauważyć, że obie z siostrą jesteśmy utalentowane. Pierwszy raz w konkursie piosenki wystartowałam w wieku sześciu lat. Byłam najmłodsza, ale moja ciocia Wanda, córka babci Marysi, uprosiła organizatorów, żebym mogła zaśpiewać. Wystąpiłam i wygrałam. Parę lat później zaczęłam chodzić na zajęcia wokalne. Występowałyśmy z Anią na koncertach z różnych okazji, między innymi podczas Dni Działdowa. Wszyscy naokoło mówili: „Jakie one ładne i zdolne!”, ale rodzice nas raczej nie chwalili. Bali się, że sodówka uderzy nam do głowy. Pamiętam, jak do naszej podstawówki przyszedł nowy nauczyciel wuefu. Utytułowany mistrz taekwondo, młody, z misją, prowadził zajęcia pozalekcyjne, zorganizował nam nawet lekcje tańca towarzyskiego i gimnastykę artystyczną. Miałam 12 lat i to był pierwszy dorosły, który prowadził ze mną normalny dialog, mówił o sobie, ale też słuchał, był ciekawy naszych opinii. Pamiętam, że dał mi kasety Take 6 i Whitney Houston, których potem słuchałam na swoim magnetofonie marki Grundig, popularnej jednokasetowej kostce (spisywałam fonetycznie teksty ulubionych piosenek, a potem śpiewałam godzinami; aż dziwne, że sąsiedzi nie reagowali, bo naprawdę strasznie się darłam). Niestety, nauczyciel odszedł chyba po roku. Najwyraźniej to, że był wielbiony przez dzieciaki, nie bardzo się podobało, uważano, że to podejrzane.

A wracając do pochwał, czy raczej tego, że z obawy przed sodówką było ich niewiele. Jaki to miało na mnie wpływ? Jak sprzedałam z Variusem milion płyt, to zamiast się jakoś nagrodzić, od razu pomyślałam: „Dalej! Do roboty! Musisz dać z siebie jeszcze więcej!”. Brzmi to nieźle: że niby ambicja, determinacja, ciężka praca. Ale na dobrą sprawę mi to przeszkadzało. To znaczy coś mnie uwierało, aż w końcu odkryłam, że chodzi właśnie o to, że za dużo od siebie wymagam, wciąż chcę więcej i lepiej. Miałam fisia na punkcie dążenia do ideału, nienawidziłam oglądać wywiadów ze sobą, musiałam dojrzeć do tego, żeby któregoś dnia spokojnie spojrzeć na siebie bez krytykowania. Dzisiaj, kiedy mam ze sobą dobry kontakt i się lubię, jestem wolna od takich dylematów. A dla pokoleniowej równowagi chwalę mojego syna. To nie znaczy, że mówię mu w kółko, że jest najpiękniejszy i najzdolniejszy. Chodzi raczej o takie sytuacje, kiedy on na przykład siedzi przy pianinie, a ja mu któryś tam raz powtarzam: „Bardzo lubię, kiedy grasz, sprawia mi to ogromną radość”.

Posuń się!

Miałam sześć lat, Ania – cztery. Kierownik zespołu, w którym śpiewali moi rodzice, wymyślił, że wystąpimy razem z nimi, z Impulsem. Zespół zaczął śpiewać, a my miałyśmy w pewnym momencie do nich dołączyć. Tylko że zaczęłyśmy się kłócić o mikrofon, bo każda chciała mieć swój, a był tylko jeden, zbiorczy. „Ty głupio larwo, posuń się! Jest mój!”. „Nie, mój”. Masakra. Mama, stojąc na scenie, dyskretnie nas szturchała: „Co wy robicie?!”. Dośpiewali sami, a dla nas wszystko skończyło się awanturą za kulisami. Już nigdy rodzice nie wystąpili z nami razem na scenie.

Pamiętam, że narodziny siostry były dla mnie trudnym przeżyciem. Pierwszy raz poczułam zazdrość. Im bardziej brzuch mamy rósł, tym bardziej coś mnie niepokoiło. A kiedy Ania się urodziła, świat mi się zawalił. Zaczęłam gryźć paznokcie, a już najbardziej nie cierpiałam, jak mama zmieniała jej pieluchę, bo było wiadomo, że zaraz będzie to całe całowanie stópek i inne takie. W dodatku mówili mi bez przerwy: „Jesteś starsza, musisz ustąpić”. Bardzo długo się z Anią nie lubiłyśmy. Co nie znaczy, że nie dostrzegałam pewnych rzeczy. Anka była dość niezależną osobą. Już jako 16-latka informowała rodziców, że wychodzi, a na pytanie: „Kiedy wrócisz?”, odpowiadała z uśmiechem: „Będę, o której będę”. Pierwszy raz zobaczyłam bezsilność mojej mamy. Wcześniej nie wyobrażałam sobie, że można się przeciwstawić tak silnej osobowości – nade mną miała totalną władzę. I nagle moja młodsza siostra po prostu to robi. Wtedy mi to imponowało, dziś wiem, co w takiej chwili czuje rodzic. Może gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl, że ja też mogę się postawić, ale tak naprawdę nie miałam ani takiej potrzeby, ani odwagi.

Ania jest tą ekstrawertyczną siostrą, ja zawsze byłam bardziej intro. Śmieszne, bo kiedy byłyśmy młodsze, mama na wyjścia ubierała nas tak samo. W eleganckie sukienki z bufkami. Do tego białe podkolanówki, włosy splecione w warkocze. Szłyśmy, ja trzymałam mamę za rękę, a Anka (jedna podkolanówka wyżej, druga niżej) w tym czasie zdążyła już zedrzeć sobie ze trzy razy oba kolana. Pamiętam, jak kiedyś na Wielkanoc siedziałyśmy wystrojone przy stole, za chwilę mieliśmy pójść wszyscy razem ze święconką, więc przed wyjściem mama położyła nam na sukienki serwetki, żeby nam się nie zachlapały. I co robi Ania? Bierze kubek („Zobaczę, czy nie przecieknie”) i leje herbatę prosto na serwetkę. Albo stoimy w przedpokoju, a ona nagle („Coś mi się nie podoba ta moja fryzura”) bierze nożyczki i ciach po grzywce. A ja patrzę osłupiała i myślę: „Serio? Można tak po prostu ciachnąć sobie włosy?”. Wiem, bo rozmawiałyśmy o tym już w dorosłym życiu, że jej z kolei imponowało to, jak ja, na co dzień taka niby krucha, wrażliwa, kiedy zaczynałam śpiewać, stawałam się bezkompromisowa. Wiedziałam, że co jak co, ale akurat w tym jestem najlepsza. Zresztą obie wyrosłyśmy, myślę, na niezłomne. Generalnie kobiety w naszej rodzinie są żołnierkami. Jednocześnie wrażliwymi i silnymi. Śmieję się, że nas nie można unicestwić, jesteśmy jak ogon jaszczurki.

Panie władzo, córki wiozę

Miałam gotową teczkę na ASP. Gdyby nie przydarzył mi się Varius Manx, pewnie poszłabym – tak jak chciałam – najpierw na historię sztuki, potem malarstwo. Z „Szansą na sukces” było tak: do Warszawy przyjechałam z rodzicami. Naszym czerwonym maluchem. Tata strasznie się zestresował, bo jego, na co dzień wzorowego kierowcę, zatrzymała policja. Wjechał tam, gdzie nie trzeba. Policjantowi powiedział: „Proszę pana, ale ja wiozę córki do »Szansy na sukces«”. „Aaa, skoro tak, to jeźdźcie państwo”. W „Szansie…” startowałyśmy dwie, razem z Anią. I to w rezultacie było dla naszej rodziny trudne doświadczenie, bo Ania jechała tam na spotkanie ze swoimi idolami, znała repertuar Varius Manx od deski do deski. Ania nie dostała nawet wyróżnienia, mimo że zaśpiewała świetnie. Teraz wiem, że telewizyjny show rządzi się swoimi prawami, bardziej istotne jest to, żeby było różnorodnie, że potrzebne im było jedno objawienie, chcieli pokazać jeden talent, żeby to się nie rozmyło. Najpierw Ania nie dostała żadnego wyróżnienia, ale czekał ją jeszcze drugi cios. Po powrocie z Warszawy dostałyśmy informację o dacie emisji programu. Siedzimy przed telewizorem, oglądamy po kolei występy, czekamy, aż wreszcie wystąpi Ania, i nagle słyszymy, że za chwilę będzie ogłoszenie wyników. Występu mojej siostry w ogóle nie wyemitowano! Tydzień po programie chłopaki z Variusa zadzwonili do mnie, czy nie chciałabym się z nimi spotkać. Nie byłam wtedy jeszcze pełnoletnia, więc przyjechali do rodziców, potrzebna była ich zgoda. „Szansa...” była nagrywana pod koniec 1995 roku, a w czerwcu 1996 mieliśmy już gotową płytę. Cieszyłam się, ale nie mogłam tego robić zupełnie swobodnie ze względu na Anię. Ja jechałam wtedy do programu bez żadnych oczekiwań. No, może intuicyjnie czułam, że może wreszcie wsiądę w jeden z tych pociągów, które widziałam codziennie z okna naszego pokoju. Jak wyruszyłam w trasę z Variusem w tym 1996 roku, to wróciłam z niej cztery lata później. Bardzo rzadko odwiedzałam w tym czasie Działdowo, głównie rozmawiałam z rodzicami przez telefon, widywaliśmy się w święta. Ania była ze mną w trasie. Śpiewała w chórkach, ale nawet jak jechałyśmy koncertowym busem razem, to każda siadała w innym końcu i rozmawiała z innymi ludźmi. Kiedy to się zaczęło zmieniać? Myślę, że to był ten moment, kiedy zostałam mamą. Poczułam wtedy dużą potrzebę bliskości. I z rodzicami, i z Anią, która zaczęła się pojawiać w moim życiu coraz częściej nie tylko ciałem, ale i duchem. To wtedy odkryłam, że jest między nami unikalna łączność. Że porozumiewamy się kodem, którego nie rozumie nikt inny. Wystarczy jedno spojrzenie i wszystko jest jasne.

 

KASIA STANKIEWICZ rocznik 1977. Piosenkarka, autorka tekstów. W kwietniu w Momu w Warszawie odbędzie się wystawa rzeźb stworzonych do muzyki z jej solowego albumu „Lucy and the Loop” (podczas wernisażu odbędzie się koncert), a do września trwa wspólna trasa Varius Manx & Kasia Stankiewicz (szczegółowe daty na oficjalnych stronach artystki i zespołu).

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).