1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Joanna Brodzik: Oto jestem

Joanna Brodzik: Oto jestem

Fot. Marlena Bielinska/Move Picture
Nie istnieją żadne brylanty, torebki Chanel i luksusowe hotele, które byłyby równe poczuciu radości, że twoje życie należy do ciebie – uważa JOANNA BRODZIK. I ma rację.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 12/2017)

Mniej cię było ostatnio widać na ekranie. Co się z tobą działo?

Grałam w spektaklu „Di, Viv i Rose”, dzięki któremu po 12 latach wróciłam na teatralne deski. A przygotowując się do roli homoseksualnej sportsmenki Di, nie tylko na nowo odkryłam przyjemność obcowania z widzem na żywo, ale też – co wydawało mi się niemożliwe – znów postawiłam na kondycję fizyczną i zaczęłam regularnie trenować. Poza tym? Ponownie, po dekadzie, zostałam ambasadorem marki Garnier. I założyłam Fundację „Opiekun Serca”. To wszystko i jeszcze troszkę zmieściłam w trzech latach przerwy pomiędzy sezonami serialu „Nad rozlewiskiem”. Nie sądziłam, że dane mi będzie jeszcze tam powrócić po tym, gdy odeszła Małgosia Braunek... Dalsze odcinki serialu jednak powstały już bez Małgosi, ale z silnym odczuwaniem jej obecności, co okazało się dla mnie i całej ekipy bardzo ważnym przeżyciem emocjonalnym.

Czego człowiek dowiaduje się w takich chwilach?

Dziś śniło mi się, że idę rynkiem mojego rodzinnego miasteczka. Jest Wigilia i ten moment, gdy wszystko powinno być już gotowe. Spojrzałam na jakąś cukiernię, zamknięta. No, pięknie... Najpierw mocno zaklęłam, że my przecież nie mamy dosłownie nic – ani gołąbków, ani makowca. I wtedy nagle przyszła do mnie taka myśl: „OK, ważne jest przecież, żebyśmy spędzili ten czas razem”. I tak właśnie myślę też na jawie: że najważniejsze jest to życie, które toczy się pomiędzy tymi gołąbkami a makowcem. To „pomiędzy” czułam, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Taki na przykład moment, gdy masz niewielką gorączkę, niezbyt duży katar i dostajesz sygnał, że wolno ci nie iść do szkoły, domowe szaleństwo się wycisza, bo domownicy wypadają w świat. A ty? Zostajesz w domu i czujesz rozpływającą się po ciele słodkość, przyjemną niewiadomą, ogromną ekscytację, choć prawdopodobnie nie wydarzy się tego dnia nic spektakularnego poza tym danym ci bezmiarem czasu, który masz przed sobą. I ty to wiesz.

A potem rośniesz, biegniesz w to życie, zatracasz się w nim, zapominasz ten stan „pomiędzy”?

Możesz go łapać, ale on wymaga treningu, najtrudniejszego na świecie, bo chodzi o to, żeby się nie spinać, tylko wręcz przeciwnie – szukać rozluźnienia, czyli wypadania z ram galopującej rzeczywistości. Można to przetrenować na przestrzeni 15 metrów – od zaparkowania samochodu do rozmowy z tobą dostrzec, że liście spadają, że dzieje się życie. I to jest, jak się okazuje, kwintesencją uważności, co wiem teraz z mądrych książek [śmiech].

Czy taki trening zaowocował też tym, że przyszła do ciebie myśl, by z tworzywa stać się twórcą?

Taka myśl dotarła do mnie, gdy zakończyłam swój wewnętrzny urlop macierzyński, czyli delegowanie energii do tego, by być ze swoimi synkami ze świadomością, że nie tracę ani chwili. Poczułam, że są już w miarę gotowi, że zaczyna po nich sięgać świat, oni idą do niego, łapiąc samodzielność, a moje zadanie polega już przede wszystkim na tym, by ich wspierać. Wtedy przypomniałam sobie, że ta radosna energia, która we mnie jest, może nabrać trochę innego kierunku. I co teraz? Odcinać kupony od tego, co udało mi się wspólnie z rzeczywistością ogarnąć do czasu przyjścia na świat dzieci? Nie chcę być tylko kimś trochę podobnym do kogoś, kto był kiedyś popularny [śmiech]. Więc co?

No, powiedz już, nie trzymaj w napięciu.

Zauważyłam, że nie jestem już dziewczynką... A więc oto jestem kobietą z przyzwoleniem na to, by przeżywać kolejne otwarcia na dojrzałość, na przemijanie, na to, że największym plusem pojawiających się zmarszczek jest rozbudzająca się jednocześnie świadomość. I mam przekonanie graniczące z pewnością, że jestem gotowa na to, by wejść w przestrzeń świadomej kobiecości również zawodowo. Polki są gatunkiem endemicznym, fantastyczną silną grupą stworzoną przez wyjątkowe okoliczności historyczne. Stały się mocniejsze od mężczyzn, bo w ciągu ostatnich niemal 300 lat naszych najfajniejszych chłopaków trzebiła nam historia. A my? W obliczu tych wichrów mogłyśmy robić tylko jedno – umacniać się. Mówię tu nie o polityce, ale o wewnętrznej kobiecej mocy, która paradoksalnie doprowadziła także do tego, że za mało się nawzajem wspieramy...

Historia z jednej strony więc nas wzmacniała, ale z drugiej – zabierała nam czas na rozwijanie własnej świadomości?

Tak, bo trzeba było ogarniać domy, dzieci, opatrywać rany i pracować na siedem etatów w imieniu nieobecnych mężczyzn. Po krótkim przeglądzie, który wykonałam, a jestem długodystansowcem i twórcą trzech moich bohaterek: niefrasobliwej i „oczadziałej nową Polską” Kasi z serialu „Kasia i Tomek”; walczącej o swoje marzenia w stolicy Magdy z „Magdy M.” i doświadczającej dojrzałej kobiecości Małgosi z „Nad rozlewiskiem”, i po dodaniu do tego własnych wniosków uważnego obserwatora planów serialowych stawiam swój pierwszy autorski projekt, projekt dedykowany kobietom. Serial oparty na sześciu archetypach kobiecości wywodzących się z baśni.

W jaki sposób chcesz nim kobietom pomóc?

Przede wszystkim chcę stworzyć fajny, wartościowy produkt. Moim celem jest pokazanie naszej kobiecej sfery mroku, z którą i my same, i nasi mężczyźni często nie chcemy się konfrontować. Scenariusz pisze Katarzyna Sarnowska i będzie to serial z kobietami w roli głównej, które jak postaci z „Królowej Śniegu”, „Dziewczynki z zapałkami” czy „Czerwonych bucików” przeżywają swoje życie w potrzasku. Gwałtowne wydarzenia zbliżają je do siebie i podczas szalonej ucieczki odkrywają swoją siłę w tym właśnie, co dotąd uważały za słabość... To będzie mocne kobiece kino dla mocnych ludzi.

Kiedy można się go spodziewać?

Ponieważ marzenia warto zamieniać w cele, chciałabym zobaczyć te kobiety w akcji na planie latem.

Czyli będziesz producentem?

Tworzę projekt na poziomie kreatywnym i zamierzam wykorzystać swój potencjał, żeby doprowadzić do jego realizacji. Jest taki facet, którego wielbiłam za wygląd surfera, a teraz podziwiam za zawodową drogę – Matthew McConaughey, obecnie producent kreatywny. Jego tropem idę. Są dziewczyny z „Wielkich kłamstewek” [m.in. Reese Witherspoon i Nicole Kidman – przyp. red.], które również wyskoczyły ze stereotypów na własny temat i stały się współtwórczyniami serialu. Zależy mi, by tym projektem trafić nie tylko do kobiet z dużych miast. Chciałabym, żeby każda Polka, która myśli, że nie wolno jej czuć, albo nie wie, jak sobie poradzić z tym, co w sobie nosi, znalazła w tym projekcie wytrych, dzięki któremu spotka się z sobą i uświadomi sobie, kim tak naprawdę chce być... Jestem podekscytowana i dumna, że przyszedł mi do głowy pomysł, który może stać się moją nową przygodą zawodową, tym bardziej że na tym etapie życia kobiety dokonują naprawdę różnych wyborów.

Na jakim etapie?

40 plus. Widzę dookoła sporo strachu przed utratą pozornej stabilności, dużo ulegania modom, wbijania się na siłę w powszechnie funkcjonujące schematy, lęku przed konfrontacją ze sprawami w ich prawdziwej postaci. Dla mnie nie tędy droga, choć mam pełną świadomość, że robiąc to, co robię, ryzykuję.

Co cię tak naprawdę ciągnie do tego ryzyka? Przekorna natura, misja, bunt przeciw stereotypom?

Jeśli chodzi o stereotypy, to zawsze miałam z nimi kłopot. Równie mocno nie zgadzałam się z nimi, gdy byłam w wieku 20 plus i większość społeczeństwa ze względu na obwód mojej klatki piersiowej odmawiała mi prawa do głębszej refleksji. Wychodzi więc na to, że na różnych etapach życia przychodzi mi stawać w poprzek stereotypom i oby mi tak zostało do dziewięćdziesiątki [śmiech].

Ile kosztuje sprzeciw? No, chyba że zawsze byłaś tak silna, by buntować się z podniesionym czołem?

Dziś, z perspektywy czasu, wciąż się o coś potykając, biorąc głęboki oddech po bezdechu, mogę powiedzieć z absolutną pewnością, że nie ma sposobu na to, by docierać do celów, nie tracąc przy tym czasem rezonu, pewności siebie, a nawet godności. Nie ma takiej możliwości, bo tylko ten, kto nic nie robi, może pozostać nietknięty. A jeśli wychodzisz z „bezpiecznego nic”? Istnieje ogromne ryzyko, że zza rogu wyskoczy bestia, z którą będzie się trzeba rozprawić. Stoczyć walkę.

Na takiej drodze pod prąd czasem zostajesz też sama?

Czasem bywam sama. Ja, kobieta wychowana z kobietami i non stop wśród kobiet, babci, mamy, ich koleżanek, otoczona najserdeczniejszymi przyjaciółkami, wiem, że są momenty, kiedy nie jestem w stanie podzielić się tym „trudnym czymś”, tym, co właśnie przeżywam, z żadną z nich. I nagle dociera do mnie, że donikąd się dalej nie przedrę... Nie ma innego sposobu, najpierw trzeba uporać się ze sobą, a to często jest najbardziej zaniedbana relacja. Więc to nie jest tak, że zawsze wiedziałam, że teraz oto kroczę ja, cała biała, welon za mną powiewa subtelnie, słońce świeci, niebo błękitne, a godność i spokój rozpierają mi klatkę piersiową. Nie, pot, krew i łzy są absolutnie naturalną koleją rzeczy, jeśli chcesz się rozwijać.

Boli, szczypie, dręczy, a ty dalej.

Nie ma na tym świecie nic cenniejszego niż poczucie, że twoje życie jest twoje! Nie istnieją żadne brylanty, torebki Chanel i luksusowe hotele, które byłyby równe poczuciu radości, że twoje życie należy do ciebie.

Sztuka jest po to, by wyrażać prawdę?

Może służyć również i temu celowi [śmiech].

W życiu też skłaniasz się ku rzeczom prawdziwym. Prowadzisz Fundację „Opiekun Serca”, o której wspomniałaś. Dlaczego?

Po kilkunastu latach prowadzenia koncertów galowych Lubuskich Prezentacji Wokalnych Dzieci i Młodzieży Specjalnej Troski, siedząc wieczorem jak zwykle z uczestnikami po koncercie, usłyszałam trzy rozmowy. Pierwsza: jak bardzo palącą potrzebą jest potrzeba bliskości i prawdziwego kontaktu z innymi u osób niepełnosprawnych. Druga rozmowa: mamy dziewczynki z wrodzoną łamliwością kości, która kocha swoją córkę, ale od chwili jej narodzin nie spędziła ani chwili sama. I trzecia: z ludźmi, którzy byli wolontariuszami i mówili, jak wspaniale jest się czuć człowiekiem przez duże C w trakcie trwania festiwalu. Jednak po nim w ciągu roku dla nikogo nie jest już ważne, kim są. Wiedziałam, że skoro słyszę te rzeczy, muszę zakasać rękawy. Powstała fundacja i dziś po prawie trzech latach wiemy, że to, co mamy do zrobienia, to przede wszystkim zmiana świadomości społecznej. A to, co nam się od trzech lat udaje, to wzrost poczucia wartości, godności i świadomości bycia potrzebnym u naszych współpracowników z niepełnosprawnością. Na tegorocznym Woodstocku przeprowadziliśmy np. grę „Zamiana”, która polega na tym, że cywile, rzucając specjalną kostką, losują niepełnosprawność, dostają dotkniętego nią superwizora i wchodzą w jego rolę. W ciągu dwóch dni przestawiliśmy w głowach ponad 400 osobom.

Ty co wylosowałaś?

Próbę sprawdzenia, jak to jest być niewidomą. Moja niewidoma od urodzenia superwizorka zabrała mnie z opaską na oczach i białą laską w woodstockowy tłum, gdzie się rozryczałam w poczuciu absolutnej bezsilności i wyalienowania. Wylosowałam też wózek, dzięki czemu miałam szansę zobaczyć, z jak ogromnej wysokości patrzą wtedy na ciebie, też jako na kobietę, inne kobiety, i jak bardzo nie widzą cię mężczyźni. Dzięki temu doświadczeniu jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego robię to, co robię.

Cieszę się, że to robisz, choć słucham tego z ciężkim sercem.

Opowiedzieć ci natychmiast coś śmiesznego? Ale to będzie coś, po czym nie będziesz już chciała ze mną nigdy rozmawiać.

Zamieniam się w słuch.

Najbardziej śmieszą mnie okropnostki, które przytrafiają się innym, i jest to niezwykle skrywana rzecz, ale obiecałam wam exclusive, więc oto on i chcę to podkreślić [śmiech]. Otóż idziemy z synkami na rowery i jeden z nich zakłada na główkę bardzo niemalowniczy kask, a gdy próbuje go zapiąć, sczepia sobie skórkę na podbródku i zezując na mnie w tym okropnie niemalowniczym kasku, oczekuje natychmiastowego ratunku. A ja łypię na ten kask plus ten zezik i padam na ziemię, kwicząc ze śmiechu. Oczywiście, zaraz potem ratuję go z opresji. Albo kiedyś wreszcie udało mi się wyrwać w domu drzwi od lodówki, które pół roku wisiały na gwoździu, i na podłogę wyleciało wszystko razem z ajwarem, jajkami i maseczkami do twarzy. A ja? Usiadłam obok i tylko otarłam ze śmiechu łzy, a następnie spojrzałam na to wszystko, dalej chichocząc, opuściłam lokal i pojechałam do teatru na próbę. Skutek był taki, że po powrocie była nowa lodówka, więc czasem bycie nieadekwatnie rozbawioną popłaca.

To jest aktywizowanie członków rodziny.

Bardzo jestem ci wdzięczna za to określenie.

Nie zniechęciłaś mnie, chcę dalej rozmawiać. Zjeździłaś świat wzdłuż i wszerz. Jesteś tu. Dlaczego?

Przede wszystkim podróżowanie nie oznacza dla mnie pięciogwiazdkowych hoteli jak najdalej stąd. Wczoraj np. byłam w podróży na bazarku przy Wałbrzyskiej, między kiszoną kapustą a ganiającymi ludźmi z wózkami na zakupy (też mam taki, jak każdy wielbiciel bazarków), gdzie trafiłam do miejsca wielkości pudełka z pyszną kuchnią arabską. Usłyszałam rozmowy patriarchy z trzema dziewczynami, które chwalił i wspierał, że są pracującymi studentkami, przy czym w trakcie tych rozmów posługiwał się pięcioma językami, bo jeszcze dzwonił mu telefon. Można lepiej podróżować? Ale fakt – podróże to najważniejsza rzecz, którą można robić za pieniądze, oprócz pomagania innym. Pamiętam, gdy kiedyś siedziałam na egzotycznej plaży po drugiej stronie planety. Na wyspie, gdzie nie ma ani jednego samochodu, wszędzie palmy, a ty tylko wyciągasz rękę i łapiesz najwspanialsze dragon fruity. Do tego słońce. Raj. A ja w nim rozmawiam z gładkoskórym, długowłosym bogiem piękności „panem Danusią”, przedstawicielem polinezyjskiej trzeciej płci. „Słuchaj, a ty jakie masz marzenie?” – zapytałam. A on na to: „A nie będziesz się śmiać? Tak sobie marzę, żeby siedzieć w samochodzie w korku, jak pada deszcz, i słuchać radia”.

A gdyby on tu kiedyś przyjechał i zadał ci to samo pytanie?

Za jakiś czas wejdę do metra gdzieś na świecie i zobaczę, jak podczas chwilowej podróży jakaś kobieta ogląda ze słuchawkami na uszach i z wypiekami na twarzy nasz serial.

Marzy mi się też miejsce. „Koolawe spa”, w którym niewidomi są masażystami, autystyczni kucharze przygotowują najperfekcyjniej pokrojone sushi, a ludzie na wózkach odpowiadają za PR i nawigację płynących szerokim strumieniem gości. Miejsce, gdzie wszyscy będą mogli znaleźć przestrzeń do odpoczynku, relaksu i rozwoju. Gdzie każdy, również tzw. pełnosprawny, będzie mógł się „naprawić” dzięki niepełnosprawnym. Wiem dokładnie, jak to miejsce ma wyglądać: nic pozornie nie będzie do siebie pasować – ani kubki, ani krzesła, ani nawet pościel w pokojach. A jednak będzie idealnie, bo „koolawe spa” stanie się dowodem na to, że choć tak różni, wszyscy jesteśmy częścią większej całości.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze