1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. John Porter - Grumpy old Man

John Porter - Grumpy old Man

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
„Nie mam łatwego charakteru. Anita lubi mówić, że jestem dzikusem. Po angielsku «grumpy old man»” – wyznaje John Porter. „No trudno, taki jestem.. Chcący i niechcący”. Czyli właściwie jaki? Sprawdza Hania Halek

- Kiedyś powiedział pan, że artysta jest wiecznie młody. Pan jest?

- A już pora umierać? O której mam pogrzeb? (śmiech). Nie... nie jestem już młody, czasem moje ciało mówi: „zaraz, zaraz, nie możesz tak biec”. Jest taki moment, kiedy wreszcie trzeba siebie zaakceptować. Na dobre i na złe. Zrobić rozrachunek, kogo skrzywdziłem – chcący i niechcący. Przywołać w myślach ludzi, którym pomagałem... chcący i niechcący. Ale artysta jest wiecznie młody w duszy, co często prowadzi go do obłędu – głowa jest na „tak”, a ciało na „nie”.

- Jak pan wypada w tym zestawieniu?

- Nie czuję się ze sobą źle, ale jednocześnie mam poczucie, że to nie koniec mojego rozwoju. Może to dobrze, że piszę piosenki, bo w ten sposób sam sobie wiele tłumaczę? Może nie było ze mną aż tak kiepsko? Szczerze mówiąc, sam jestem czasem ciekaw, jaki bym był, gdyby nie muzyka. Na pewno ona jest dla mnie rodzajem autoterapii. Dzięki niej umiem się odnaleźć. W niej wolno być dzieckiem. Czy to dowód mojej wielkiej niedojrzałości? Może. Cały czas szukam nowych rzeczy... Choć w sumie, wiesz, starość to nie jest jakaś wyjątkowo fajna historia. Na przykład w taki dzień jak dziś chcę tylko spać.

- To proszę położyć się na tamtej sofie.

- Ok, zaraz się prześpię (śmiech). Chociaż nie, szkoda czasu! Bo wiesz co? Czas leci szybciej niż to sobie kiedyś wyobrażałem. Na razie zdrowie mi dopisuje, więc nie rozpaczam. Nie umieram jutro. Śmieję się czasem, bo nigdy nie przypuszczałem, że będę w takim wieku. To jakaś abstrakcja! Nagle wypada myśleć już tylko poważnie, a to nie jest łatwe, bo ja z natury nie mogę być zupełnie poważny. Ale z drugiej strony, mając 60 lat absolutnie nie będę udawać, że mam 25. Są pewne rzeczy jakby... ale odłóżmy ten temat… to ironia. Przecież ja należę do pokolenia, które śpiewało: „Hope I die before I get old”. A tu dalej jestem I jeszcze śpiewam (śmiech).

- Miał pan nadzieję, że tego odcinka w pana życiu nie będzie?

- Do pewnego momentu nie myśli się, że w ogóle coś dalej będzie. Odcinek pt. „starość” nie istnieje w głowie człowieka. Ale przychodzi chwila, kiedy zaczyna się go widzieć. Wtedy robi się podsumowanie, budzą się refleksje. Mnie się to przydarzyło jakieś dwa lata temu. Skończyłem 58 lat i pomyślałem: „O, cholera, to poważna sprawa... Mało tego, może być jeszcze poważniejsza!” (śmiech). Coś w tym jest. Trzeba w końcu pomyśleć, że coś dalej jest.

- W jednym z wywiadów mówił pan, że jest nieśmiertelność, którą daje sława…

- Tak, ale to bardzo niebezpieczne myślenie, bo jesteśmy gatunkiem śmiertelnym. Przynajmniej na razie. Nie ma więc sensu chwalić się nieśmiertelnością. Bo jak już mnie nie będzie, to co mi z tego? Po co mi wtedy jakieś tam „the best of”? To wszystko bzdura. Trzeba robić swoje, dopóki człowiek może.

Chodzi o to, żeby być zawsze w momencie tworzenia i mieć jasność tego, co się robi. Być uczciwym wobec publiczności i fanów, a nie ich olewać, co niektórzy robią. Każdy koncert jest ważny, wszystko jedno, dla kogo się gra. Nie o to chodzi – jak mi się kiedyś wydawało – że człowiek jest taki wspaniały, wielki, uduchowiony. Chodzi o jakość pracy i przekazu.

 - Nosi pan malę. Pomaga pan sobie w tej jakości modlitwą?

Mantruję, ale... swoją drogą mantra to nie jest modlitwa. Modlitwa nie ma miejsca w moim życiu. To raczej muzyka stała się moją mantrą, to na niej jestem skupiony najbardziej. I na zdobywaniu siły, by być z dzieckiem i rodziną.

- Czy to z powodu niezbyt udanego dzieciństwa musi pan wciąż zdobywać tę siłę?

- Bardzo możliwe. Nie mam dobrych wspomnień. Jako dziecko mieszkałem w internacie. Potem żyłem z rodzicami, ale na własny rachunek. Nauczono mnie etyki pracy, czyli tego, że nic nie ma za darmo.

Stworzenie rodziny nie jest proste. Od dziecka miałem problemy w życiu rodzinnym, a kiedy byłem nastolatkiem to już na maksa wszystko się popieprzyło. I, niestety, zostało tak do końca... Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Ojciec nagle się na mnie obraził. I poszło... Od tamtej pory widzieliśmy się tylko raz, w Anglii, na Boże Narodzenie. I było to bardzo nieudane spotkanie.

- Pewnie go pan strasznie wkurzał?

- Na pewno nie byłem idealnym synem. Ale to właśnie on bardzo zachęcał mnie, młodego chłopaka, do śpiewania, grania, rysowania…

- Nie przewidział, że artyści to często dewianci?

- No, tak. Gdy już zostałem artystą, ojciec powiedział do mnie: „Obcinaj włosy lub won z domu!”...

- Teraz pan jest ojcem...

- Ba, mam nawet dwóch dorosłych synów, pięcioletnią córkę Polę, a na dodatek zostałem już dziadkiem. Ale – powtarzam to nieraz – rodzina nadal jest dla mnie wielkim eksperymentem. To nieustająca szkoła życia – powielanie starych błędów, a i nowe wciąż się zdarzają.

- Czego uczy się pan od 5-letniej córki Poli?

Jak opanować swoje emocje – bo małe dziecko potrafi przecież doprowadzić do szału. Pola jest bardzo żywa i bystra. Wie, czego chce, a nawet jeśli nie wie, to i tak chce (śmiech). Przy niej nie ma więc spokoju, ani odpoczynku. Ale to naprawdę genialna dziewczynka – ma bardzo dobry słuch i na szczęście lubi różne gatunki muzyki, nie tylko tę dla dzieci, którą często robi się tylko dla kasy. Pola tworzy własne melodie i harmonie, kiedy słucha. Każdy dzień zaczyna od rysowania. To jest super! Przy niej uczę się też, jak oszczędzać energię, bo nigdy nie bywa zmęczona! Ma tyle samo sił w dzień, jak i w nocy. Jest nadaktywna. Niektóre dzieci po zabawie myją się grzecznie i padają na łóżko, a ona nie! Spanie ją nudzi! Jest zmęczona, ale nie potrafi zasnąć – wtedy zaczyna się wielka afera, zadyma, awantura. No, ale tak już jest w naszej małej włoskiej rodzinie...

- Co to jest rodzina?

- Moja partnerka i dzieci – to jest rodzina. Nie odczuwam potrzeby utrzymywania szczególnych więzów z dalszymi krewnymi. Po prostu tego w sobie nie mam, może tego nie znam. Cokolwiek robią, to dla mnie zbyt intensywne. Nie kierują mną złe intencje, ale niechcący zawsze jestem anty i wszyscy mają mi oczywiście za złe, że nie jestem „rodzinny”. Dziwi mnie na przykład, że ludzie chcą rozmawiać codziennie ze swoją matką. Albo odwiedzić parę razy w miesiącu ojca. I spotykać się często przy wspólnym stole.

- A kiedyś spędzał pan święta w wielkim gronie, jedząc chleb i pijąc wódkę?

- Starałem się. Aż wreszcie spytałem sam siebie: „Jak to?! Wigilia, a ja piję wódkę i jem chleb?”. Rozumiem, że dla Polaków może to wzruszające i przepiękne, ale dla mnie nie. Mnie to nie rusza. W ogóle Wigilia jest dzień za wcześnie, to falstart – w Anglii obchodzimy ją dzień później. W takich chwilach zamiast siedzieć z całą moją wielką polską rodziną przy ogromnym stole, wolę być sam, ale to nie jest ani realne, ani grzeczne.

Nie mam łatwego charakteru. Anita lubi mówić, że jestem dzikusem. Po angielsku powiedziałbym o sobie: grumpy old man. Jestem starym tetrykiem. No trudno, taki jestem. Nie mogę na życzenie innych być inny. I tak podtemperowałem swój cięty język. Kontroluję go dużo lepiej niż kiedyś.

- Już nie mówi pan, że na bankiety przychodzą ryje?

- Staram się być elegancki, choć czasami są to naprawdę ryje. Gęby. Które mówią: „halo, halo, jeszcze żyję, jestem, będę robić, co chcecie”. Jak się spojrzy na jakieś kroniki towarzyskie, to widzi się tam co tydzień te same twarze. To nie mój świat, Anity też nie. My pokazujemy się jedynie tak jak teraz, kiedy promujemy swoją pracę, a nie samych siebie. Cisza w prasie to dla nas komplement. Jesteśmy ze sobą na poważnie, nie chodzimy po bankietach, więc co w tym sensacyjnego? Nie jesteśmy atrakcyjnymi bohaterami dla mediów.

- Czyli nuda?

- A pani uważa, że bankiety są wyjątkowe? Wódka, stare sushi… no i „sławne gwiazdy”. Ja mam inne sposoby na adrenalinę. Z zewnątrz wygląda to dość leniwie, ale moje życie wewnętrzne jest szalone. Nieobliczalne.

- Namiętności, huragany? Myśli typu: „rzucam wszystko i zaczynam od początku”?

- Nigdy nie wiadomo. Takie sytuacje graniczne mogą być bardzo ciekawe. To również fascynacja Anity. Ten moment i ta decyzja: czy idziesz ze mną, czy zostajesz? Na lewo czy na prawo? W każdym filmie Allena jest zabawa takim pytaniem i moment zwrotny ze świadomością, że nie ma powrotu. Bo w takich ekstremach już trzeba być konsekwentnym i nie można sobie powiedzieć: „oj, przepraszam, pomyliłem się, wracam”. No, niestety, to jest wielka perwersyjna ciekawość tego, czego o sobie nie wiemy, dopóki tego nie zrobimy.

- A jeśli dziś na lodówce znajdzie pan karteczkę: „Kochanie, nie szukaj mnie. To był właśnie ten moment”?

- Zabrała Polę? (śmiech)... Nie wiem, czy chciałbym doświadczyć takiego momentu, ale... mieści się on w mojej wyobraźni. No trudno, trzeba będzie to zaakceptować. Może zapłakać?

Nie można zanegować decyzji drugiej strony. To jest życie. Nie ma od niego ucieczki. Jeśli nosi się w sobie gotowość do zadania bólu, trzeba też być gotowym go przyjąć. Życie toczy się dalej. Szybciej lub wolniej. Sam czasem bawię się takimi sytuacjami w moich piosenkach. Hartuję się.

- Pan nie zna uczucia zazdrości?

- Znam i myślę, że człowiek nigdy się jej do końca nie pozbędzie, ale może inaczej na nią patrzeć. Jeżeli jest zazdrosny i potrafi rozpoznać to uczucie w sobie, to już jest wygrany. Już to bowiem dostrzegł, może nazwać i powiedzieć sobie: „Daj spokój”, po czym odłożyć na półkę. W przeciwnym razie zazdrość jest  głupotą, która prowadzi donikąd.

Dzięki procesowi szukania człowiek staje się bardziej spostrzegawczy, ale niekoniecznie mądrzejszy. Ale dajmy już spokój z tą buddyjską wiedzą, dobra? Bo buddyzm jest dla niektórych takim niby-parasolem mądrości, a ja uważam, że jeżeli ludzie są w niego zaangażowani, to nie znaczy, że są mądrzejsi. To za mało. Na ogół dopiero szukają wiedzy. Ale przecież każdy czegoś szuka – jedni mądrości, inni... sklepu monopolowego. I to jest ok.

- A czego pan szuka?

- Tego, dzięki czemu mogę się wyrażać, dzięki czemu śpiewam i komponuję. Uwielbiam to, bo jest jedyną rzeczą, jaką potrafię na 100 procent. Szukam też normalności, zwykłości życia. Lubimy z Anitą chodzić do kina, czasem do teatru, choć ja w sumie nie jestem sępem kultury. Często spaceruję z Polą po parku. Szukam codzienności. Kiedy nie jestem w trasie koncertowej, dużo czasu spędzam w domu.

- A po domu chodzi pan w kapciach?

Mam sandałki albo chodzę boso. Czasem oglądam w telewizji mecze piłki nożnej. Uwielbiam to! Myślę, że gdyby w domu nie było dziecka, to pewnie stałyby się moim nałogiem. W dzień jestem skupiony przede wszystkim na muzyce – to mnie relaksuje. Oprócz tego moją wielką pasją jest czytanie, przede wszystkim chińskiej literatury. I amerykańskich kryminałów.

- Czy napisał pan choć jeden wers po polsku?

- Podjąłem się tego, ale było to strasznie śmieszne, bo gdy piszę, myślę po angielsku i język polski bierze w łeb. Sama słyszysz, jak ja w ogóle mówię, daj spokój! W polskim jest zupełnie inny podział akcentów, sylab. I myślę, że moja muzyka chyba też nie pasuje do języka polskiego. Wasz język jest bardzo uregulowany, nawet w rapie są zasady, których nie da się złamać. Niby jest to nowomowa, ale jednak trzyma się gramatyki. Poddałem się więc i piszę po swojemu. No, trudno, już taki jestem.

- „Back in Town” – brzmi tytuł pana nowej płyty. Czy to jakaś kowbojska pogróżka?

- Na pewno nie jest to mój comeback, a raczej powrót do miasta, jak w dobrym filmie Eastwooda. Kowboj wraca i mści się na wszystkich, którzy kiedyś wyrządzili mu krzywdę, zabrali jego kobiety i Bóg wie co jeszcze. Teraz powrócił, a wszyscy natychmiast zaczynają tego żałować. Szeryfowi też się dostanie, bo jakim prawem na to wszystko pozwolił? Ręce do góry! To miasto jest za małe dla nas dwóch! Cała płyta została utrzymana w konwencji takiej opowieści. Nie ma na niej piosenek „na świeczkę i czerwone wino”, choć muzycznie „Back in Town” jest dojrzałe. Utrzymuje pewne tempo i dawkuje je w rozsądny sposób.

- Mnie się ta płyta wydała bardzo smutna.

- Każdy odbiera ją przez swój własny pryzmat. Tęsknota i smutek są tylko reakcją, niekoniecznie te uczucia znalazły się w moich piosenkach. W nich jest zazdrość, żal, śmierć, trochę seksu. I nostalgia.

 - A gdy spojrzy pan nostalgicznie wstecz, to co pan widzi?

- O tym, że robiłem w swoim życiu naprawdę różne rzeczy mówiłem już nie raz. Sprzątanie ulic, handel, praca sanitariusza w szpitalu. Istniałem i zarabiałem na to istnienie, jak w tamtym czasie wielu ludzi na Zachodzie. Nigdy mnie to nie martwiło, nie było jakimś bólem, bo zawsze wiedziałem, że gdzieś w przyszłości czeka na mnie co innego. I wreszcie dopiąłem swego.

Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy przyjechałem do Polski. To był przełom. Niczego nie planowałem – miałem dobrą gitarę, próbowałem już komponować, ale nie myślałem czy będę coś z tym dalej robić. Znaleźli się jednak tacy, którym moja muzyka przypadła do gustu, zacząłem więc występować, pojawiać się w różnych miejscach ze swoją gitarą. W pewnym momencie obudziłem się jako komponujący muzyk, którego w dodatku sporo osób chce słuchać. Nagrywam płyty... Słuchają mnie! Zaistniałem w muzycznym świecie i już nie chcę być w innym. Po co więc miałbym wracać? Do dziś więc nie wróciłem.

- Ma pan jeszcze o czym marzyć?

- Tak, chciałbym robić więcej dobrych projektów muzycznych. I mam w sobie jeszcze takie sentymenty, żeby moim dzieciom było dobrze. A gdy tak się już stanie, to wtedy... znajdę sobie następne marzenia (śmiech). Nawet jeżeli się nie spełnią. A może wiedząc, że się nigdy nie spełnią, tym bardziej trzeba je mieć? To może być życiowy motyw. Niespełniające się nigdy marzenia! Bardzo stymulująca perspektywa, prawda? Bo jeżeli nie masz marzeń, to co masz? Tylko historię. To mało.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).