1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Katarzyna Kwiatkowska: "Czy jako mama mam sobie coś za złe? Tak, to, że czasem strzela mi nerw"

Katarzyna Kwiatkowska: "Czy jako mama mam sobie coś za złe? Tak, to, że czasem strzela mi nerw"

Katarzyna Kwiatkowska: "Czy nie targają mną wyrzuty sumienia, że za mało czasu poświęcam córce? W ogóle nie mam takich myśli".(Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Nie czytam poradników. Zaufałam instynktowi i mamie, która chyba fajnie mnie wychowała, skoro lubimy spędzać ze sobą czas, przyjaźnimy się i kochamy – mówi aktorka Katarzyna Kwiatkowska.

Jaśmina pojawiła się na świecie, gdy właściwie już się pogodziłam z tym, że nie będę mieć dzieci. Toczyłam ze sobą codzienną walkę, żeby cieszyć się życiem takim, jakie mam, i czerpać z niego jak najwięcej. I jak się okazało, że jestem w ciąży, to przeżyłam szok. Byłam nieco przerażona, ale też szczęśliwa. Od początku wiedziałam, że z ojcem Jaśminy nie mamy szans na wspólne życie. Bardziej jednak się cieszyłam, niż bałam. Pomyślałam sobie, że ciąża to najfajniejsze, co mogło mi się przydarzyć w tym momencie życia. To, że czekało mnie samodzielne macierzyństwo, nie było dla mnie niczym strasznym. Mnie też wychowywały tylko mama i babcia, rodzice rozstali się, gdy mama była w ciąży. No i ja w związku z tym uważałam, że moja rodzina jest pełna. Moim zdaniem krzywdzące jest mówienie o takiej rodzinie jak moja: niepełna, rozbita. Mnie w dzieciństwie niczego nie brakowało, czułam się szczęśliwa.

Jeśli na początku ciąży byłam trochę przestraszona, to tylko z tego powodu, że mam niepewny zawód – raz jest praca, raz nie ma. Zastanawiałam się, czy na przykład uprzedzać w teatrach, że sorry, nie będę mogła grać, no bo trochę się zmienię. Ale wszystko ułożyło się w naturalny sposób. W jednym teatrze grałam do późna, bo uznaliśmy, że ciąża dodaje mojej postaci dodatkowych znaczeń. W innych sztukach zakładałam o wiele szersze kostiumy.

Nie trzymam jej kurczowo przy sobie

Wyobrażałam sobie, jak to będzie, kiedy dziecko realnie się pojawi. Oczywiście słyszałam historie o niewyspaniu i rady, żeby się wyspać na zapas. Potem się przekonałam, że żadne opowieści nie oddają tego, co to znaczy mieć dziecko. Wszystkiego trzeba uczyć się od zera. Człowiek czasem jest tak wykończony, że jak ma kilka minut przerwy, to zasypia, ot tak, na pstryk. Ale to najcudowniejsza wolta w moim życiu.
Nie mogłam jednak całkowicie oddać się opiece nad córeczką, bo nie miałabym z czego żyć, jestem przecież jedynym żywicielem rodziny. Cudownie się złożyło, że moja mama mogła mi pomóc i nadal pomaga, nawet nie trzeba było tego ustalać, to było oczywiste. Najpierw myślałyśmy, że sprowadzi się do mnie na dwa tygodnie, ale szybko się okazało, że będzie mi ciężko bez pomocy na stałe, więc zamieszkałyśmy razem. Do pracy wróciłam, jak Jaśmina miała cztery miesiące, do Pożaru w Burdelu zresztą.

Mimo szczerych chęci, pomocy specjalistek, wiszenia przez półtora miesiąca na laktatorze nie udało mi się karmić, córeczka nie chciała ssać. Powiedziałam sobie: trudno. I nie mam z tego powodu poczucia winy. Żałuję tylko jednego – że po wyjściu ze szpitala wdrożyłam w życie zalecenia położnych, czyli budziłam Jaśminę co trzy godziny na karmienie, także w nocy. Bo niby dłuższe przerwy powodują spadek cukru w organizmie dziecka. Więc ja dawaj, budziłam córkę i robiłam to tak regularnie, że ją zupełnie rozregulowałam. A miała taką piękną tendencję do spania!

Obawiałam się braku pracy, ale od kiedy Jaśmina się urodziła, dostałam dużo propozycji: w teatrze, kilku serialach, w „Szkle kontaktowym”. Czuję się chwilami bardzo zapracowana, ale oczywiście cieszę się z każdej pracy. Nie wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym nie mogła liczyć na pomoc mamy. Bo czasami muszę wyjść z domu o 6 rano, a wracam o 2 w nocy.

Czy nie targają mną wyrzuty sumienia, że za mało czasu poświęcam córce? W ogóle nie mam takich myśli. Jaśmina jest otwarta na towarzystwo innych dzieci do tego stopnia, że nie musiałam jej przyzwyczajać do żłobka, przedszkola, weszła w nowe miejsca jak w dym. Jestem przekonana, że nadmiar czasu spędzonego ze mną wcale nie byłby dla niej najlepszym rozwiązaniem. Widzę, jaką wspaniałą instytucją jest przedszkole. Moja córeczka chodzi do państwowego, świetnie zorganizowanego, gdzie są realizowane różne projekty, na przykład dzieci od początku uczą się, co jest dobre dla planety. Ostatnio powiedziała do mojej mamy: „Babciu, nie zamknęłaś szafki, moja mama zawsze zamyka, bo dba o dobro planety”. Jej się jeszcze to trochę myli, ale widzę, jak się totalnie rozwija dzięki przedszkolu. Gdybym ją trzymała przy sobie, to nie byłabym w stanie zapewnić jej takiego rozwoju. Miała nieco ponad trzy latka i już umiała nazwać każdą literkę w alfabecie, a wszystkiego uczy się poprzez zabawę. Zaczęła chyba ogarniać, że powinna być samodzielna, bo już coś takiego mówi: „Mama musi pracować, żebyśmy miały pieniądze na zabawki i wakacje”.

Ale to też nie jest tak, że ciągle pracuję. Często w tygodniu zabieram ją wcześniej z przedszkola i jedziemy nad Świder, gdzie jest cudowne kąpielisko dla dzieci. Tam buszujemy do wieczora. Bardzo lubimy podróżować, jak nie ma czasu na dłuższe wyjazdy, to wyprawiamy się do Kampinosu albo na jakiś ekstraplac zabaw.

Katarzyna Kwiatkowska: "Zależy mi na tym, żeby była otwarta, żeby czuła się Europejką, znała języki. Chcę, żeby wiedziała, że świat stoi przed nią otworem". (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Sama to nie znaczy nieszczęśliwa

Nie próbuję jej zastępować ojca. To dla mnie całkowicie obcy temat, ja ojca nie znałam. Trochę trudno mi to wytłumaczyć ludziom, którzy wychowali się z obojgiem rodziców. Zaobserwowałam, że w pewnym momencie rozmowa zawsze schodzi na temat dzieciństwa. To nieprawdopodobne, jakie teorie ludzie próbują wciskać na ten temat do głowy; jak nie wierzą, że nie masz problemu, że nie poświęcasz czasu na myśli o ojcu. Ja nie musiałam nawet niczego akceptować. Miałam określoną sytuację, którą uznałam za naturalną, i szłam do przodu.
Oczywiście chciałabym, żeby Jaśmina miała kontakt ze swoim ojcem, ale na razie to nie wychodzi, tata mieszka za granicą, nie jest Polakiem. Nie będę z tego powodu rozdzierać szat. Może jak Jaśmina podrośnie, nauczy się języka, to się zmieni, zobaczymy.
Cieszy mnie jej zapał do języków. Interesują ją obce brzmienia, udaje przede mną, że mówi po francusku, włosku. Załapała już parę słów po angielsku, w tym roku zapisuję ja na regularne lekcje. Języki obce, przynajmniej dwa, to podstawa. Będę proponować jej różne zajęcia, może coś jej się spodoba, bo na końcu to ona sama musi zadecydować, co wybierze. Na pewno bardzo chcę jej zaszczepić zdrowy styl życia, pokazać, jak piękny i potrzebny jest sport, że dzięki niemu można ustawić sobie zdrowy balans. Szybko się uczy, ale jest ostrożna. Chodzi na lekcje akrobacji na szarfach, marzy o tańcu, balecie. Chcę ją już teraz zacząć uczyć pływać, jeździć na nartach, a nie tak, jak ja się uczyłam, czyli dopiero w wieku nastoletnim.

Z drugiej jednak strony trzeba myśleć o tym, żeby dziecka nie zajechać, żeby miała czas na zabawę z koleżankami. Na szczęście mamy zielone, zamknięte podwórko, gdzie bawią się dzieci w wieku Jaśminy. My, rodzice, wynosimy tam stół, stawiamy na nim owoce czy co tam kto akurat upichcił w domu. Dorośli mają klub dyskusyjny, a dzieci w tym czasie się bawią. Czasem dyżurujemy na zmianę, żeby pozostali mogli coś zrobić. W zimie ustalamy między sobą, kto dzisiaj po południu zaprasza dzieci do swojego domu. Jaśmina uwielbia zapraszać do siebie. Dałaby się pokroić za towarzystwo. I za dowcip. Jestem tym zaskoczona, bo przecież nie opowiadam jej dowcipów, a ona już ironizuje. Wczoraj idziemy do parku na spotkanie z jej koleżanką, z którą spotykały się kilka dni z rzędu, a ona mówi: „No, całe szczęście, że zobaczę się z Polą, bo dawno się nie widziałyśmy”. Jak to, pytam, przecież widziałyście się wczoraj? Na co Jaśmina: „Ha, ha, żartowałam”. Często wymyśla dowcipy i domaga się, żebyśmy się z mamą śmiały. I jest wręcz awantura, jak tego nie robimy. Czasami coś śmiesznego udaje się jej wymyślić. Na przykład: Przychodzi facet do windy, a tam schody. Dobre, prawda?

Natura, literatura i Internet

Cieszę się, że lubi książki, bo literatura to fundamentalna baza, na całe życie. Rozwija, uczy wzorców zachowań, poszerza horyzonty. Sporo czytamy, jest teraz tyle wspaniałych książek dla dzieci, które przemycają poważne treści: o tolerancji, ekologii, zdrowiu. Jest superserial o słynnych ludziach, mądrych kobietach. Pokolenie Jaśminy pożegnało epokę telewizji. Wszystko, co najfajniejsze, jest w Internecie. Dużo się mówi o złym wpływie tego potwornego Internetu na dzieci. Jeżeli jednak pomaga się im wybierać programy, to mogą czerpać stamtąd pełnymi garściami. Oglądać wspaniałe filmiki edukacyjne, słuchać piosenek, i to w różnych językach. Trzeba tylko umiejętnie tym sterować. Mnie to się na początku nie udało. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to też zagrożenie. Myślałam, że apelowanie o dawkowanie Internetu to takie gadanie ekomatek. Uważałam, że współczesne dziecko powinno jak najszybciej nauczyć się korzystać z multimediów. Jaśmina oglądała programy po francusku, włosku, angielsku bardzo wcześnie. I w pewnym momencie to zahamowało jej rozwój mowy, a nawet zaczęła się cofać. Byłam przestraszona. Poszłam do logopedy, który ten lęk jeszcze spotęgował pytaniami o to, dlaczego dziecko chodzi na paluszkach. Zrobiłam jej detoks, wyłączyłam wszystkie media, nawet muzykę. Cisza, tylko ja i moja mama z nią gadające. Po tygodniu wszystko wróciło do normy. Teraz mówi jak najęta, ma bogaty zasób słów, używa skomplikowanych konstrukcji gramatycznych. Ale od tamtej pory dawkuję jej korzystanie ze smartfona.

Zwracam jej uwagę na piękno natury, rozmawiamy o roślinach, zwierzątkach. Jakiś czas temu pojawił się w naszej łazience duży pająk kosarz. W pierwszym odruchu pomyślałam: „Zabiję gada!”, ale zaraz zrobiło mi się go żal. Następnego dnia znowu przyszedł o tej samej porze. Moja mama zwierzyła mi się, że też go widuje i też jej żal go przegonić. Powiedziałyśmy o nim Jaśminie i ona teraz mówi: „Chodź, mamo, odwiedzimy pająka”. Myślę sobie, że jak już przyszedł, to niech sobie siedzi, widocznie tu ułożył sobie życie.
Jakiś czas temu pożegnałyśmy psa. Jaśminie powiedziałam, że Wacio wyjechał na wakacje. Gdy szłyśmy na zakupy i ona widziała sklep dla psów, zawsze się zatrzymywała i chciała kupić Waciowi zabawkę. To było rozdzierające. Strasznie przeżyłam śmierć Wacia, nie jestem jeszcze gotowa na przyjęcie kolejnego psa. Staram się jednak uwrażliwiać Jaśminę na zwierzęta.

Jaśmina uwielbia, jak pieczemy razem ciasto, muffinki, ale to się nie zdarza często, bo dorosła część mojej rodziny notorycznie się odchudza. Wyobrażałam sobie, że moje dziecko będzie jadło brokuły na parze oraz organicznego łososia, ale skończyło się na wyobrażeniach. Jak wiele dzieci Jaśmina boi się próbować nowych rzeczy. To podobno atawizm, który nas chronił przed otruciem. Zasłania usta rękami, łzy lecą jak grochy – i nie spróbuje. W związku z tym ma dosyć ograniczony repertuar tego, co je, i jak raz na trzy miesiące uda mi się wprowadzić nowy produkt, to jestem szczęśliwa. Ostatnio spróbowała placuszków cukiniowych. Najchętniej je ziemniaki, kluski, pieczywo, no i oczywiście słodycze, tu nie ma problemu, że coś niefajnie wygląda. Bardzo długo nie dawałam jej w ogóle słodyczy, ale jak w końcu spróbowała, to przepadła. Na szczęście w przedszkolu też nie zmusza się dzieci do jedzenia, a nawet są uczone samodzielnych wyborów i samoobsługi, więc jestem spokojna, że problem z jedzeniem zniknie.

Nie chcę jej programować

Muszę przyznać, że jakiś czas temu przestałam czytać poradniki na temat wychowania i na temat zdrowego jedzenia. Nudzą mnie, każda teoria wydaje mi się do podważenia. Zaufałam instynktowi i mamie, która chyba fajnie mnie wychowała, skoro udaje nam się kochać, lubić spędzać ze sobą czas i żyć w przyjaźni. Nie napinam się więc, bo tak czy inaczej wychowuje nas świat, życie, przypadek, to, jakich ludzi spotkamy, do jakich szkół pójdziemy.
Sądzę, że tak jak 90 proc. matek patrzę na to moje dziecko i się rozpływam, jaka ona wspaniała, mądra, dzielna. Czasem myślę, jak by wyglądało życie bez niej. Na pewno bym sobie jakoś je poukładała, ale miałabym niedosyt. To, że ona się urodziła, traktuję jako dar od losu. Próbuję sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać w wieku dziesięciu, 18 lat. Na pewno będzie wysoka, bo już teraz, jak poprawiam jej w nocy kołderkę, to przemyka mi przez głowę: „Matko jedyna, chyba będę musiała zmienić łóżeczko”.
Nie mam oczekiwań, kim będzie. Mamy taki żart ze znajomymi: Przychodzi nastolatek do domu i mówi: „Zapisałem się do narodowców, Dmowski to był bohater”. No, w taką stronę to bym nie chciała, żeby poszła. Chronię ją przed Kościołem, jeszcze nie słyszała o Jezusie i długo nie usłyszy, na pewno nie ode mnie. Czuję się skrzywdzona, że nikt mnie nie pytał o zdanie i musiałam chodzić na religię. Miałam bardzo agresywną katechetkę, która wpoiła mi jako małemu dziecku strach przed Bogiem: że jeśli nie zrobię tego i tamtego, to na pewno pójdę do piekła. Ja już wtedy nie wierzyłam w piekło. Ale czasem myślałam: „A co jeśli jednak jest?”. I wyobrażałam sobie, że w tym piekle znajdzie się moja mama, która rozwiodła się z tatą. To, że tacy ludzie będą się smażyć w piekle, usłyszałam już na drugich zajęciach z religii. Nie pozwolę, żeby moje dziecko coś takiego przeżyło.
Zależy mi na tym, żeby była otwarta, żeby czuła się Europejką, znała języki. Chcę, żeby wiedziała, że świat stoi przed nią otworem. Nie chcę jej programować. Niestety, pyta mnie czasem, czy będzie grała w tym samym teatrze, co ja. Ale jak mnie widzi w telewizji, to mówi: „Dziwnie mówisz, mama, włosy masz błe” – to o fryzurze w „Kowalscy kontra Kowalscy”. Była dopiero raz w teatrze (bo pandemia), na przedstawieniu dla starszych dzieci, i w dziesiątej minucie szepnęła mi na ucho: „Bardzo to fajne, ale kiedy się skończy?”.


Czy jako mama mam sobie coś za złe? Tak, to, że czasem strzela mi nerw. Bo nawet jak ma się cudowne dziecko, to ono czasem wymyśla, skąd by tu skoczyć, gdzie wejść, co na czym uwiesić, co zdjąć i tak dalej. I czasem zanim pomyślę, to odruchowo wrzasnę. Jestem tym zażenowana. Staram się za chwilę zrobić coś fajnego, bo boję się, że jak zacznę przepraszać, rozmawiać o tym, to tylko utrwalę takie zachowanie. Na szczęście zdarza mi się to niezbyt często, na ogół wtedy, kiedy jestem zmęczona. Ale wiem, że muszę nad tym popracować. 

Katarzyna Kwiatkowska aktorka filmowa, teatralna, gra także w serialach i kabaretach. Aktualnie można ją oglądać między innymi: w Teatrze Polonia, serialu „Kowalscy kontra Kowalscy” oraz „Szkle kontaktowym”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze