1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Debbie Harry – córka Marilyn Monroe

Debbie Harry zespół Blondie założyła razem z Chrisem Steinem w roku 1975. Na ówczesnej rockowej scenie zdominowanej przez mężczyzn była jedną z pierwszych wyrazistych, silnych kobiecych postaci. Stała się inspiracją dla wielu współczesnych gwiazd. (Fot. Celeste Sloman/The New York Times/Christopher Anderson/Magnum Photos/Forum)
Debbie Harry. Punkrockowa twardzielka, współzałożycielka zespołu Blondie mająca na koncie i muzyczne przeboje, i role w wielu filmach. Piękność z obrazu Andy’ego Warhola, której sceniczny styl inspiruje kolejne pokolenia. Ikona? Spróbujcie ją tak nazwać, a przekonacie się, co o tym sądzi.

W Polsce właśnie ukazuje się pani autobiografia. Trudno się pisze o sobie?
Najtrudniej było zacząć, zresztą jak zawsze, kiedy zaczyna się jakiś nowy projekt – najpierw nie jest lekko, ale po jakimś czasie człowiek się wdraża. Choć też szczerze przyznam, że ten pomysł z autobiografią to nie było coś, do czego byłam przekonana. (śmiech) Natomiast potem poczułam ogromną ulgę, wyrzuciłam z siebie to, co siedziało mi w głowie przez tyle lat.

Ja z kolei muszę przyznać, że trudno mi się przestawić i rozmawiać o pani prywatnym wcieleniu. Gdybym zapytała, jaka jest Debbie Harry w pani własnych oczach…
Nie wiem, czy mam zdecydowaną odpowiedź na to pytanie. Myślę, że wszyscy żyjemy fantazjami czy pomysłami na swój temat. Wyobrażamy sobie, kim jesteśmy i jacy jesteśmy.

Pani już jako dziewczynka snuła fantazje, kim jest. I kim mogła być pani biologiczna mama. Spędziłyście razem pierwsze trzy miesiące pani życia, po czym trafiła pani do ośrodka adopcyjnego. Na ile to doświadczenie panią ukształtowało? Nowi rodzice pojawili się niemal natychmiast, ale pierwsza mama, mimo że anonimowa, w jakiś sposób już z panią została.
Jej nieobecność zostawiła we mnie wielki znak zapytania. Bo jeśli nie wiesz i nie możesz sprawdzić, kim są twoi rodzice, prędzej czy później pojawiają się pytania: kim jestem? dlaczego jestem taka a nie inna? Dzieci zawsze chcą to wiedzieć, potrzebują wiedzy i dookreślenia. We mnie te pytania były zawsze i przekonałam się, że nie znikają, kiedy dorastamy. Może w pewnych momentach były one mniej ważne – wtedy, kiedy byłam bardziej pewna siebie, miałam poczucie, że osiągnęłam to, o czym marzyłam.

Rodzina, w której się wychowałam, była dla mnie ważna, przez długi czas łączyła mnie z nią bardzo bezpośrednia, codzienna więź. A w szkole średniej ogromny wpływ miało na mnie kilkoro bliskich znajomych. Muszę przyznać, że choć nigdy nie miałam dobrej intuicji do ludzi, zawsze trafiałam na dobrych przyjaciół.

Dorastałam w New Jersey, małym, niespecjalnie wyrafinowanym miasteczku, które pamiętam jako mocno przeciętne miejsce do życia dla przedstawicieli klasy średniej. Może dlatego zawsze miałam w sobie pragnienie, by poznać większy świat, żeby mieć go dla siebie. Ta myśl – silne, palące pragnienie – napędzała mnie do działania. To, jak sądzę, ten rodzaj ciekawości, który ma wiele wspólnego z byciem artystą.

Stwierdziła pani kiedyś, że robiła w życiu rzeczy w złej kolejności. Co to znaczy?
Chodzi mi przede wszystkim o edukację, o silne fundamenty. Podziwiam i z zazdrością patrzę na młodych artystów, którzy wiedzą, jak zadbać o swoją karierę. Mają umocowanie w rodzinie i otoczeniu, wykształcenie; robią wszystko po kolei. Wiedzą, kim są, na co ich stać. Ja dziko rzuciłam się na muzykę, niewiele potrafiąc, nie będąc zupełnie przygotowana na to, co mnie spotkało.

Nie mogę powiedzieć, że mam żal do świata za to, że u mnie to wszystko wyszło inaczej. Ale mam świadomość, że gdyby kilka rzeczy ułożyło się lepiej, to ta podstawa byłaby silniejsza, miałabym na czym się oprzeć. A tak po prostu fruwałam sobie swobodnie i eksperymentowałam. I pewnie w tym też jest piękno. Może ta głupota i ignorancja pozwoliły mi próbować rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła?

Pani adopcyjny ojciec powtarzał, że jest pani zbyt samodzielna.
Jestem z natury uparta. Czasem to działało na moją korzyść, czasem przeciwko mnie. Miałam dużo szczęścia w życiu i dziś mogę przyznać, że spełniło się więcej, niż kiedykolwiek sobie wymarzyłam. To szczęście i cud, zdaję sobie z tego sprawę

A co z Marilyn Monroe? W latach 70. i później wielokrotnie panią z Monroe porównywano. Ze względu na wygląd i charyzmę. W dzieciństwie wyobrażała sobie pani, że właśnie ona mogłaby być pani matką.
Jej wizerunek wciąż jest bardzo pociągający, urokowi Marilyn ulegają kolejne pokolenia młodych dziewczyn. Tak jak ja czują z nią więź, chcą się utożsamiać z tym, co sobą reprezentowała.

Wyobrażałam sobie, że mogłaby być moją matką w tym sensie, w jakim ona, artystka, była źródłem inspiracji, iskrą, dzięki której narodziło się wiele innych artystek. Mam poczucie, że nauczyłam się od niej wiele jako performerka, piosenkarka i aktorka. Powiem więcej – nie mamy w historii zbyt dużo kobiecych wzorców do podziwiania i naśladowania, dlatego uważam, że wpływ Marilyn Monroe można porównać do wpływu Picassa czy Leonarda da Vinci.

Wzdychała pani do ikony, a potem sama się nią stała.
Ikona… trudno mi się tego słucha. Kiedy nazwano mnie tak po raz pierwszy, byłam zdziwiona, wręcz zszokowana. Pamiętam dokładnie ten moment. Jako zespół przestaliśmy ze sobą pracować w 1982 roku i minęło niemal 20 lat, zanim na nowo zaczęliśmy grać. W tym czasie kontynuowałam co prawda swoją karierę solową, ale nie była ona tak spektakularna jak z Blondie. A kiedy znów zaczęliśmy razem występować, podczas jednego z moich pierwszych wywiadów dziennikarz użył słowa „ikona”. Nie wiedziałam nawet, co mam o tym myśleć, jak się do tego odnieść…

Co złego może być w tym określeniu?
Uważam, że ikoną należy nazywać jedynie kogoś bardzo ważnego, autorytet, na którym ciąży jakaś powinność. Dziś, mam wrażenie, nie dostrzega się wagi tego słowa, a przynajmniej nie traktuje się go równie serio jak wtedy, kiedy dorastałam. Ikona spowszedniała, właściwie każdy może nią być i jeśli ma pani na myśli dzisiejsze rozumienie tego pojęcia, to w porządku, przyjmuję je.

Będę się upierać przy ikonie w sensie autorytetu, wzoru do naśladowania. Już sam fakt, że stała pani na czele zespołu składającego się z samych mężczyzn, w latach 70. wiele znaczył.
W tamtym czasie wszyscy mieliśmy taką obsesję na punkcie muzyki, że nie wiem, czy wystarczająco trzeźwo na to patrzyłam. Dla mnie najważniejsze było, żeby założyć zespół i razem grać. Nie sądzę, żebym wtedy była wystarczająco świadoma wyjątkowości tej sytuacji. Rozumiałam muzykę w sposób naturalny, intuicyjny, i tak też siebie określałam, poprzez to, co graliśmy. Taki był mój sposób bycia. Tu muszę uczciwie przyznać, że gdyby nie moja współpraca z Chrisem Steinem [współzałożycielem i gitarzystą Blondie – przyp. red.], nie sądzę, żebym miała w sobie tyle siły, żeby przetrwać te wszystkie trudności pracy w zespole i lata funkcjonowania w show-biznesie. Nie wiem, ile bym wytrwała, ale dzięki niemu wspaniale spędzaliśmy czas, a to, co się wydarzało pomiędzy – czasem to były piękne chwile, częściej trudne i niejasne – nie miało na nas destrukcyjnego wpływu. Mieliśmy swoje sposoby na ośmieszanie różnych rzeczy, wydarzeń, żeby nie były takie straszne. Razem to było możliwe. Niełatwe, ale możliwe.

Mówi się, że w show-biznesie nie ma miejsca na siostrzeństwo, tymczasem wiele piosenkarek, w tym Lady Gaga, Pink czy Christina Aguilera, wskazuje na panią, mówiąc, że swoją postawą uczyniła pani ich drogę i karierę łatwiejszymi.
Cieszę się, że działa to w ten sposób. Ja też mogę wymienić kobiety, które miały na mnie podobny wpływ. Zawsze byłam fanką Cher. A także Tiny Turner – niech pani spojrzy na historię jej kariery i na tę ciemniejszą stronę: życie prywatne, mam tu na myśli przemocowy związek, w którym tkwiła przez wiele lat. To bardzo ważna opowieść, przekaz dla młodych kobiet. Doświadczenie, które może się okazać wsparciem, emocjonalną podpowiedzią. Dzięki takim historiom możemy kształtować nasze osobowości.

Pani także miała siłę, by podnosić się po kolejnych niepowodzeniach życiowych czy zawodowych. Opisuje je pani brutalnie szczerze. Historię byłego chłopaka, który okazał się stalkerem i groził pani śmiercią; włamywacza, który zgwałcił panią na oczach pani ówczesnego partnera. Walczyła pani z wyniszczającym uzależnieniem od narkotyków, doświadczyła seksizmu, wytwórnie płytowe traktowały panią jak własność, której można po prostu coś nakazać albo zakazać, na przykład występu w filmie. Dlatego tak podkreślam, że jest pani wzorem. Wzorem dla wszystkich kobiet i dziewczyn, które doświadczyły, doświadczają albo doświadczą podobnych trudności w życiu.
Chyba zawsze czułam, że jest we mnie coś, jakaś niewielka część mojej osobowości, która sprawia, że negatywne doświadczenia z przeszłości nigdy mnie ostatecznie nie przytłoczyły. Czułam, że mam w sobie bezpieczne miejsce i nawet będąc w beznadziejnej sytuacji, wiedziałam, że kolejne trudne zdarzenie mnie nie określi. Że zawsze znajdzie się furtka, by szukać innego rozwiązania. Chodzi chyba o wyobraźnię: nawet jeśli rzeczywistość jest przytłaczająca czy wykańczająca, zawsze można od niej uciec – zamiast tkwić w tym ciemnym miejscu pełnym ponurych myśli. W swojej wyobraźni w takich momentach byłam więc gdzie indziej albo kimś innym – i to ułatwiało mi przetrwanie. Może to dziecinny sposób na radzenie sobie z trudnościami, ale dla mnie to było dobre rozwiązanie.

Wielokrotnie deklarowała pani, że punk to pani życie. Dziś nadal tak jest?
Tak, dla mnie punk oznacza stanie zawsze po swojej stronie, myślenie o sobie dobrze, ale także empatię w stosunku do innych. Kiedy tak przyglądam się dzisiejszemu światu, widzę, że niektórzy ludzie mają w sobie aż za dużo pewności siebie – przypomina mi się wtedy powiedzenie, że ignorancja jest błogosławieństwem. Ale jednocześnie zgadzam się z tym, że im więcej wiemy, tym lepsi możemy się stać, lepiej rozumieć innych.

Punk to również duch walki. Wykazuje się nim pani, między innymi nawołując do ochrony środowiska. Wytyka politykom błędy, wspiera takie inicjatywy jak choćby ratowanie pszczół, współpracuje z marką zajmującą się zrównoważoną modą.
Uważam, że na nas, artystach, ciąży odpowiedzialność. Moje poczucie odpowiedzialności jest tym silniejsze, że jestem kobietą, a kobiety zawsze były tymi, które podtrzymują i dbają o życie, o dom, a dziś nasz dom – nasza planeta – jest szczególnie zagrożony. Winę ponosimy my i my musimy to zmienić. Kiedy to mówię, od razu myślę o tej cudownej dziewczynie Grecie Thunberg, która stara się obudzić nasze sumienia, i powiem pani szczerze, że jeśli dziś ktoś jest ikoną, to właśnie ona.

W książce zastanawia się pani, do jakiego stopnia się odsłonić, ile o sobie opowiedzieć. I czy to, co pamiętamy, ma wartość tylko dla nas, czy może dla szerszej publiczności.
To rzeczywiście było moje wielkie pytanie od samego początku – czy i jak odsłonić się z tą całą moją historią, bo naprawdę nie widzę sensu, by robić sensację bez powodu, bez pokazania kontekstu.

Jedna sprawa to umiejętność i chęć mówienia o sobie. A druga – przeczytałam i obejrzałam wiele autobiografii i to, co mnie zawsze w nich uderza, to jak wiele ludzie pamiętają. Przecież pamięć jest tak zabawnie ulotna: te wszystkie fakty, wspomnienia, uczucia z nimi związane… Dla mnie na przykład wracanie do wspomnień konkretnych koncertów było łatwe, bo przy takich wydarzeniach zawsze pracuję z innymi ludźmi, więc możemy porównać swoje wersje. Dzięki innym obrazek staje się pełniejszy.

Zresztą kiedy ludzie się starzeją, to wiele zmienia. Myślę, że pamięć jest mocno związana z naszą osobowością, sposobem myślenia i życiem uczuciowym. I kiedy codzienność staje się mniej emocjonująca, kiedy wokół nas jest coraz mniej ludzi, to coraz więcej nam umyka.

Ma pani dobry sposób na pielęgnowanie pamięci?
Czytać, cały czas dużo czytać. To zawsze pomaga.

Polecamy: Debbie Harry, „Face It”, wyd. Kagra Krzysztof Grausz (Fot. materiały prasowe)

Debbie Harry: rocznik 1945. Po liceum przeniosła się do Nowego Jorku, zespół Blondie założyła razem z Chrisem Steinem w roku 1975. Na ówczesnej rockowej scenie zdominowanej przez mężczyzn była jedną z pierwszych wyrazistych, silnych kobiecych postaci. Stała się inspiracją dla wielu współczesnych gwiazd, do czego przyznają się między innymi: Lady Gaga, Madonna czy Shirley Manson z zespołu The Garbage. Autobiografia Harry „Face It” ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Kagra Krzysztof Grausz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze