1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Magda Mołek: „Zamiast podstawiać drugiej kobiecie nogę, podaj jej rękę i zobacz, co się stanie”

Magda Mołek jest dziennikarką i prezenterką telewizyjną. Przez lata była związana z TVN. Jest współautorką (razem z Joanną Keszką) podcastu „Rozważna i erotyczna”. (Fot. materiały prasowe W.Kruk)
„Bardzo długo broniłam się przed zabieraniem głosu. Krępowało mnie to. No bo kto chciałby słuchać, co ma do powiedzenia Magda Mołek? Aż w końcu dotarło do mnie, że jeśli ja nie zajmuję się mówieniem o tym, co czuję, co jest dla mnie ważne – to robią to za mnie inni. I to ci inni opowiadają, jaka jestem”.

Co cię najbardziej uwierało w poprzednim życiu, w życiu „pięknej pani z telewizji”?
Kiedy używasz tego określenia, to od razu myślę: Kto?! O kim mówisz?! Bo moja świadomość samej siebie nigdy nawet nie stała obok takiej „definicji”. Nigdy tak o sobie nie myślałam. Ja po prostu chodziłam do pracy. Robiłam to, co do mnie należało. Wracałam do domu i cały czas byłam tą samą dziewczyną, nie tak ubraną, umalowaną i uczesaną, ale naprawdę tą samą. Jeśli więc pytasz, co mnie najbardziej uwierało, to chyba właśnie ta „piękna pani z telewizji”. Bo to nie byłam ja. Poza tym było mi potrzebne wyjście ze strefy komfortu. Uwierało mnie chyba też to, że jest mi… dobrze. A ja mam potrzebę szukania, uczenia się i konfrontacji. Nie mogłam tego robić tam, gdzie pracowałam, więc stworzyłam swoją mikrorzeczywistość. To jest najuczciwsza odpowiedź, jakiej mogę ci udzielić.

Ale nie był to skok na głęboką wodę. Przygotowałaś się do tego.
Tak, bo to nie jest moja cecha charakteru. Co prawda rzeczywiście „zapalam się”, a nawet „odpalam się”, ale już za dużo widziałam, za dużo przeżyłam, by za czymś od razu iść. Po odruchu przychodzi refleksja. I dopiero z tych dwóch obszarów – impulsu i refleksji – coś staram się utkać. Ten model pracy z YouTube’em wymyśliłam sobie już dawno. Pytałam, podglądałam innych, próbowałam przewidzieć, co może mnie zaskoczyć, wszystko zważyłam i dopiero potem wykonałam ruch. Oczywiście, jak to zawsze w życiu, z czasem okazało się, że za wiele nie wiedziałam. I dobrze.

Pytałaś, konsultowałaś, ale na mnie sprawiasz wrażenie osoby, która w ogólnym rozrachunku sama jest swoim pierwszym i ostatnim konsultantem.
Tak. Jestem wewnątrzsterowna, mimo że żyję w świecie nadaktywnej zewnątrzsterowności. Jestem bardzo autonomiczna. Ci, którzy są blisko mnie, to wiedzą. Myślę, że obcowanie ze mną nie jest łatwe, bo ja bardzo dużo wymagam od swojego otoczenia, ale zawsze zaczynam od siebie. To jest uczciwe. Tak myślę. Mam w sobie ogień. A ogień to życie. Wiem, że wciąż jestem postrzegana jako ta spokojna, poukładana i wyważona. Może i dobrze. Dzielę się tym, co postanowiłam, dopiero na końcu procesu, który toczy się we mnie. I to tam, po drodze, pali się i buzuje.

Wracając do życiowego przewrotu – w pewnym momencie poczułam zwyczajnie, że tam, gdzie byłam, nie ma miejsca dla tego, czego chcę. Jaki jest sens trwania w poczuciu niespełnienia?

Jeśli tak stawiasz pytanie, odpowiedź wydaje się oczywista – nie ma sensu. Jednak tak wielu z nas, tak wielu kobietom, z różnych powodów ciężko zrobić ten krok, odważyć się zawalczyć o spełnienie. Co ciebie niesie w takich chwilach?
Mam wrażenie, że największą wartością kobiety jest jej wiek. Mówi się, że to młodość nam sprzyja. Dziś, kiedy rozmawiam tak, jak chcę, z kim chcę, i o tym, o czym chcę – to wiem już na pewno, że naszą największą kobiecą bronią jest świadomość przychodząca z wiekiem i z siłą doświadczenia. To jest banalne, ale zwyczajnie prawdziwe. Przywykamy do tych banalnych haseł i zdań, przechodzimy obok nich obojętnie, ale to tam właśnie jest prawda. Mam taką książkę, do której raz na jakiś czas zaglądam, to aforyzmy Stanisława Jerzego Leca.

Też ją mam, stoi zawsze w tym samym miejscu, sięgam po nią i otwieram na przypadkowej stronie. Czytam i zawsze pasuje…
Prawda? U Leca właśnie znalazłam zdanie, które cały czas chodzi mi po głowie: „Sumienia mają czyste, bo nieużywane”. Dlaczego mówię o sile naszego kobiecego wieku? Bo kobieta w pewnym wieku już nie akceptuje ściemy! Wiele lat się naginasz, przystosowujesz, machasz ręką, myślisz: „Jakoś to będzie”, aż w pewnym momencie stajesz, bierzesz do ręki to, co masz, ważysz i myślisz: „Co? Ale po co to wszystko?”. W głowie zaczynają dudnić myśli: „Jak nie teraz, to kiedy?”, „Ile jeszcze będę czekała?”, „Ile jeszcze szans będę dawała?”.

Ile jeszcze czasu zostaje mi po tej drugiej, jaśniejszej stronie życia?
No właśnie! Mam 45 lat, kiedy będę miała jeszcze raz 45 lat? Gdy rozmawiam z kobietami w moim wieku i tymi trochę młodszymi, w nich wszystkich jest zgoda, spokój płynący z podjętych decyzji, nawet jeśli są trudne, dla wielu niezrozumiałe albo nawet uważane za wyraz głupiego buntu. Nie! Już przeszłyśmy kawał drogi, już byłyśmy tam, gdzie ktoś mówił: „Daj spokój”, „Poczekaj”, „Przemyśl”, „Nie wygłupiaj się”. Nie ma dalej ściemy. Głodne kawałki już były. A teraz pokaż mi, świecie, co dla mnie masz.

Niedawno rozmawiałam z psychoterapeutką Natalią de Barbaro. Powiedziała mi, jak bardzo zaskakujące było dla niej odkrycie, że kobiety – niezależnie od wykształcenia, rodziny pochodzenia, statusu społecznego, finansowego czy miejsca zamieszkania – mają tak podobne problemy. A jednym z nich jest coś, co nazwała uprawianiem dyscypliny „wytrzymam/nie wytrzymam”. Chodzi o to, że kobiety żyją z zaciśniętymi zębami i próbują znieść ile tylko się da.
Ten stan jest mi bardzo dobrze znany. Ja też wiele rzeczy wytrzymywałam. No i w pewnym momencie dochodzisz do muru. Sama go sobie zbudowałaś z tych swoich „wytrzymam”. Stajesz i zdajesz sobie sprawę, że już nic zza niego nie widzisz. I myślisz sobie: „Fajnie, co mi dało to zagryzanie zębów przez lata?”.

Wzięłam udział w warsztatach Natalii. Było nas dziesięć. Każda inna, z innego miasta, z innym statusem, tak jak powiedziałaś. Usiadłyśmy w kole, każda z nas miała się przedstawić, powiedzieć coś o sobie. Czułam się strasznie skrępowana, właśnie przez tę łatkę „pani z telewizji” miałam wrażenie, że moja obecność może wprawiać ludzi w jakiś rodzaj zakłopotania: „To ona? Co ona tu robi?”. Bardzo nie chciałam się wypowiadać, ani jako pierwsza, ani jako druga, trzecia… W końcu kolejka doszła do mnie, byłam przedostatnia, popatrzyłam błagalnym wzrokiem na ostatnią dziewczynę, a ona powiedziała: „Okay, teraz ja”. Na moment poczułam ulgę, ale po chwili już nie było wyjścia – zostałam tylko ja. Strasznie się rozpłakałam. Nawet teraz ciężko jest mi o tym mówić, bo to był moment, kiedy poczułam dokładnie to, o czym powiedziałaś – że my wszystkie jesteśmy JEDNO. Każda z tych dziewczyn opowiedziała o sobie, każda miała inną historię, a ja w każdej opowieści odnalazłam siebie. Czułam, że przecież i ona, i ona, i ona – mówią o mnie. To było tak uwalniające uczucie, tak piękna i prosta historia kobiecej wspólnoty… Niby zawsze o niej wiedziałam, ale nigdy nie doświadczyłam jej w tak wymowny sposób.

(Fot. Wiktoria Grąbczewska)

Natalia de Barbaro mówi, że dokonuje się właśnie coś, co jest jeszcze niewidoczne, bo nie pcha się na czerwone paski, ale toczy się na ogromną skalę i w nieodległej perspektywie zmieni naszą rzeczywistość. Chodzi jej o jednoczenie się w bardzo wielu miejscach bardzo wielu kobiet. Tworzy się wspólnota.
Rośniemy w siłę. Tak. To jest ta siła, którą czułam w zeszłym roku na protestach, to jest ta siła, którą wyczytuję w komentarzach pod moimi rozmowami na YouTubie. Jak wrzucam film we wtorek, moja rodzina wie, że od godziny 20 do późnej nocy mnie nie ma, bo jestem wtedy z kobietami, które piszą. Czytam każdy komentarz. Widzę, co tam się dzieje, ile tam jest mocy. To jest chyba właśnie ten potencjał, o którym mówi Natalia. Przyjdzie taki dzień, że te wszystkie kropki połączą się w jeden wzór. I to będzie nasz wzór kobiecości. On zawsze był, tylko myśmy dały sobie wmówić – i to jest kultura patriarchatu – że tej mocy i tej wspólnoty nie ma. Ona jest.

Zawsze powtarzam: zamiast podstawiać drugiej kobiecie nogę, podaj jej rękę i zobacz, co się stanie. Dajmy sobie szansę. I to się właśnie teraz dzieje. Jeszcze nie wybuchło, bo za długo siedziałyśmy w kącie. Dziś musimy uwierzyć, że nasze miejsce jest na scenie. Ciągle mamy w sobie tę niepewność, nieśmiałość, jedną nogą wchodzimy na scenę i zaraz dudni nam w głowie: „Nie, nie, niech nikt na mnie nie patrzy”. Wmawiano nam, że już mamy tę swoją równość – nosimy spodnie, wolno nam iść do pracy. Równość nie polega na tym, że wolno mi iść do pracy! Bo ja idę do pracy i zarabiam o jedną czwartą mniej niż mężczyzna na takim samym stanowisku. Fakt, że życie meblują nam mężczyźni, bezdzietni na przykład, którzy nie znają realiów, tacy, którzy nigdy nie wyjechali za granicę, nigdy nie posłuchali o rzeczywistych problemach codzienności, którzy nami gardzą – to jest patriarchat właśnie.

Kiedy słuchałam twoich rozmów na YouTubie, odniosłam wrażenie, że odczuwasz coś w rodzaju – użyję tu słowa, które wielu, mnie samej także, nie kojarzy się najlepiej – misji.
Nie wiem, rzeczywiście nie pasuje mi jakoś to słowo. Ale może nie mam racji. Jestem dziennikarką, moim zadaniem jest dowiedzieć się, więc w zasadzie może to określenie jest na miejscu. Zawsze powtarzam, że ja nie chcę nikomu mówić, jak ma żyć, ja chcę tylko opowiedzieć z moimi rozmówcami, jakie są możliwości. Sama jestem tego ciekawa. Czy za zasłoną dymną, którą nam stworzono, istnieje inny, być może lepszy świat?

Więc może nie będę walczyć z tym słowem. Może mam misję. Zresztą we mnie wiele się zmieniło. To jest moje nowe otwarcie. Bardzo długo broniłam się przed zabieraniem głosu. Nawet we własnej sprawie. Krępowało mnie to. No bo kto chciałby słuchać, co ma do powiedzenia Magda Mołek? Aż w końcu dotarło do mnie, że jeśli ja nie zajmuję się mówieniem o tym, co czuję, co jest dla mnie ważne – to robią to za mnie inni. I to ci inni opowiadają, jaka jestem. Kiedy to się już tak porządnie rozlało, olśniło mnie – czego się boję? Dlaczego nie chcę stanąć po swojej stronie?! Dlaczego ja taka byłam? Bo chciałam być grzeczna? Pokorna? Posłuszna? Co mi to dało? Otóż dało mi to poczucie krzywdy, niezrozumienia, odrzucenia. Tak więc dotarłam do punktu, w którym poczułam, że chcę zabrać głos. Mam odwagę, by mówić głośno.

Zbyt często wydaje się nam, że nasz głos nic nie zdziała. Ty mówisz, że bardzo liczy się cywilna odwaga pojedynczego człowieka.
Nie ma innej drogi. Jeśli nie powiesz na głos, nikt cię nie usłyszy. Jeśli moja misja ma się sprowadzać do tego, że dam drugiej kobiecie odwagę, żeby powiedziała głośno: „Jestem ważna. Moje uczucia, potrzeby, łzy są ważne” – to okay, niech to będzie misja.

Nie chcę na siłę trzymać się tego słowa, możesz je zastąpić innym.
Nie, mam wrażenie, że właśnie odzywają się jakieś resztki dawnej mnie, tej, która siedzi w kącie i nie mówi własnym głosem. Słowa są ważne. I nie wolno się ich bać. Takiej kontroli i wybiórczości nauczyłam się przez lata pracy w porannym programie. Trzeba się wciąż pilnować. Dziś już nie muszę tego robić, nie muszę też wycofywać się na dalszy plan. Choć to nie znaczy oczywiście, że warto pleść bez końca i o wszystkim. Bo to też zmora naszych czasów. Żyjemy w rzeczywistości, w której każdy plecie, co chce. I co z tego wynika? To, że wyjeżdżam na chwilę za granicę i muszę się tam wstydzić, że kilka dni wcześniej mój premier powiedział, że będzie trzecia wojna światowa. Dlaczego czytam o tragedii Izy z Pszczyny, a za chwilę słyszę, jak pan S. mówi, że kobiety zawsze umierały przy porodach i zawsze będą umierać. Dlaczego muszę słuchać głupców? Oni wciąż stoją na mównicy i plotą. Ja tego nie chcę. Uważam, że kobiety są wyjątkowo wrażliwe na słowo. Może między innymi dlatego tyle wytrzymujemy, bo my słowa ważymy, choć patriarchat wykłada, że jesteśmy rozemocjonowane.

Wariatki tańczą…
Tak, a te „wariatki” każdego dnia podejmują dziesiątki kluczowych decyzji, często bardzo trudnych. Panowie, nasz głos ma znaczenie, ma wartość. Zawsze największe rzeczy na świecie brały się z dialogu, z monologu nic dobrego się nie zrodzi. Wiemy to, sprawdziliśmy to.

Wiesz, dlaczego mi się udało? Dlaczego ten mój kanał wypalił? Bo jak go zakładałam, miałam dobre intencje. Chciałam zrobić coś, co będzie nas ciągnąć w górę. Naprawdę właśnie tego chciałam. Chciałam stworzyć miejsce, w którym kobiety, nie tylko one, lecz chyba one przede wszystkim, będą miały możliwość poczuć i napisać: „Ja też tak mam/miałam”. Bo niezależnie od tego, jaką masz twarz, jakie masz nazwisko, jakie masz pieniądze – są sytuacje, i to są sytuacje kluczowe, kiedy my, kobiety, jesteśmy sobie równe i cierpimy dlatego, że ktoś lub coś – kultura, stereotyp – ma nad nami władzę.

Jak słyszę: „kobieta kobiecie wilkiem”, gotuje się we mnie. To jest nieprawda! Już nie mówiąc o tym, jak w rzeczywistości żyją stada wilków. Zadałam sobie kiedyś trud i poczytałam o tym. Otóż wilczyce są szefowymi i są w tym swoim szefowaniu szalenie mądre, sprawiedliwe i troskliwe. Jeśli więc ktoś mówi: „kobieta kobiecie wilkiem”, to okay, ale niech mówi w tym prawdziwym znaczeniu. Jeśli kobieta będzie kobiecie wilczycą, to z tego popłynie ogromna moc. Bo nie ma większej solidarności niż ta, którą znalazłam w opowieści fachowców o tych zwierzętach.

Ale sama mówisz: zamiast podstawiać kobiecie nogę, podaj jej rękę. Czyli jednak podstawiamy sobie nogi… Dlaczego?
Bo tego nas nauczono. Mamy to wdrukowane. Idziesz do szkoły, dostajesz trójkę i słyszysz pytanie: „A Zosia, co dostała? Czwórkę, piątkę? No widzisz, nie wstyd ci?”. Nie przypominam sobie, żeby moich braci pytano, czy Zbyszkowi poszło lepiej, a że mnie pytano – dokładnie pamiętam. Porównywania się między sobą jesteśmy uczone od samego początku, i to na różnych polach. I w tym palce macza Kościół. Przecież to kobieta jest grzeszna. Od początku słyszysz, że to ty zerwałaś to jabłko, to ty jesteś temu winna. Dlaczego w wielu historiach romansów powtarzamy taką zbitkę: ukradła męża innej kobiecie?

Wiesz, kto mnie dziś najbardziej poucza i każe mi siedzieć cicho? Kobiety z pokolenia naszych rodziców. Kompletnie niegotowe na to, żeby się przełamać. Te, które wciąż wytrzymują… One ci nie dadzą prawa głosu, bo same go sobie nie dały.

Ale masz nadzieję na lepsze jutro?
Bardzo nie lubię sformułowania, że nadzieja umiera ostatnia. Moim zdaniem ona nie umiera nigdy. Nie wiem, co będzie. Ale wierzę, że ten masowy wkurw tysięcy kobiet nas uratuje. Nie dałyśmy rady w zeszłym roku, ale Irlandki czekały wiele lat i się doczekały.

Magda Mołek: dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Przez lata związana z TVN. Współautorka (razem z Joanną Keszką) podcastu „Rozważna i erotyczna”. Prowadzi autorski kanał na YouTubie „W moim stylu”. Ambasadorka marki W.Kruk, dla której stworzyła kolekcję biżuterii i akcesoriów MEA.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze