Łukasz Orbitowski: Przejaskrawiony

fot. BewPhoto

Podobno nie wygląda na pisarza. Już bardziej na – jak sam mówi – „mięśniaka w głupiej koszulce”. Rozumie, że trzeba mieć jakiś wizerunek, ale gdyby mógł wybierać, nie miałby żadnego.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 09/2017)

Przyjaciele nazywają cię potworem?

Tak, chyba ze względu na liczne podobieństwa łączące mnie z człowiekiem pierwotnym. Jestem barbarzyńcą w ogrodzie, tratuję kwiatki, jem bułkę z papierkiem, uderzam łbem we framugę. Taki słoń w składzie porcelany.

A może z tym przydomkiem chodzi o to, że nie jesteś osobnikiem zbyt towarzyskim? Wystarczy spojrzeć na tytuł zbioru twoich felietonów, który właśnie ukazał się na rynku – „Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego”.

Ten tytuł to, oczywiście, rodzaj żartu, ale też pewnej prawdy. Bo czym jest towarzyskość? To stałe ciążenie ku ludziom, chęć ich poznawania, otaczania się nimi. Ale ja już nie mam takich potrzeb, nie chcę być oswajany przez nowych ludzi, wystarczą mi ci, co są. I czasu nie mam. Ostatnio zadzwonił do mnie przyjaciel i mówi, że chce wpaść na wódkę. Kiedyś odpowiedziałbym: „Stary, wpadaj już teraz”. A ja mu na to: „Daj mi czas do czwartku, to ci powiem, kiedy mogę”. I to jest posttowarzyskość.

Z wiekiem zmieniają się priorytety?

Weźmy na przykład budowanie związku. Jak jesteś młody, myślisz sobie, że miłość wszystko uniesie, że my się tak kochamy, że damy radę światu. Ale świat zawsze jest silniejszy. Dlatego, gdy po licznych doświadczeniach budujesz ważny związek, to już wiesz, że trzeba włożyć wiele pracy, żeby go nie zniszczyć. I to się w oczywisty sposób odbija na kontaktach z kolegami.

Tymczasem stuka ci czterdziestka.

Czterdziestka jest wspaniała, mówię ci. Człowiek ma już bagaż doświadczeń, mądrość, jakieś rozeznanie w świecie. Wiadomo, dokąd iść, skąd uciekać, a jednocześnie jest moc i chęć, żeby w tym kotle życia wciąż mieszać, iść jeszcze na wilki, jakąś górę spróbować przenieść. Ale w tym roku chciałbym uniknąć obchodzenia urodzin, bo to coraz trudniejsze. Albo znajomi robią mi niespodziankę, akurat gdy wracam pijany z targów książki, albo w wyniku rozstań, rozwodów i kłótni towarzystwo się dzieli i trzeba robić cztery imprezy – co mnie spotkało w zeszłym roku.

40 lat to już czas podsumowań?

Nie. Po prostu zdaję sobie sprawę, że przede mną już ograniczona ilość czasu. Jak masz 20 czy 30 lat, przyszłość wydaje się otchłanią, a dziś na końcu swojej ścieżki już widzę urwisko, gdzie kiedyś się roztrzaskam. Cieszę się, że tak jest, bo to sprawia, że zastanawiam się, zanim się czegoś podejmę. Na przykład wiem, że napiszę określoną liczbę powieści. Może 15, może tylko dziesięć? A może tylko jedną, w końcu zawał serca też może się zdarzyć. Muszę więc uważnie wybrać temat. Staram się, żeby czas nie przelatywał mi przez palce. Zacząłem ciążyć wyłącznie ku ludziom sprawdzonym. No wiesz – posttowarzyskość.

W felietonach wspominasz o wizerunku pisarza. To dla ciebie ważny wątek?

Ważny o tyle, że rozumiem, że jakiś wizerunek trzeba mieć, choć najchętniej nie miałbym żadnego. A ponieważ moja kreacja to szczerość, uznałem, że wzmocnię to tym, jaki naprawdę jestem. Wychodzi na to, że jestem gorylem w głupich koszulkach. I gdy ktoś się pyta o Orbitowskiego, to słyszy, że to mięśniak w koszulce metalowego zespołu. Dzięki temu nie jestem przebrany ani przekłamany, co najwyżej przejaskrawiony. I nie przejmuję się, czy w związku z tym ludzie biorą mnie na poważnie. Wystarczy mi świadomość, że świadczą o mnie moje książki. Poza tym błaznowi wolno więcej. Gdy będą ścinali szambelana, błazen się będzie temu przyglądał. Mam za nic opinię ludzi, którzy oceniają faceta po koszulce.

Kiedy pojawiła się myśl, że będziesz pisał?

Zawsze we mnie była. Ale liczyłem na to, że zostanę scenarzystą filmowym. Wydawało mi się, że jak napiszę opowiadania, to będą tak genialne, że rzuci się na mnie branża filmowa z propozycją napisania scenariusza. Wyobrażałem sobie, że będę ustawiał reżysera, wrzeszczał na aktorów i okładał krzesłem babę od cateringu, że będę bogiem. Naiwny byłem. Dziś wiem, że scenarzysta stoi niżej od gościa z rekwizytorni, a i tak w międzyczasie okazało się, że nie umiem pisać scenariuszy. Za to pojawiło się zapotrzebowanie na literaturę, którą uprawiam, i tak zostałem pisarzem.

A mogłeś zostać malarzem.

Były takie marzenia i zakusy ze strony rodziców, ale bez presji. I choć podobno mam talent plastyczny, wybrałem inaczej. Nie wyobrażałem sobie, że idę na ASP, gdzie wówczas wykładał mój ojciec, i uczę się wśród studentów malarstwa. Żyłbym życiem mojego ojca, szedłbym ścieżką, którą on wydeptał, po znakach, które on zostawił, a jego przyjaciele i wrogowie byliby moimi. Jest coś cynicznego i niskiego w ludziach, którzy podejmują taką ścieżkę. Są wyjątki, jak bracia Waglewscy na przykład czy też Maciek Stuhr. Ale postanowiłem znaleźć własną drogę. Poza tym malarstwo jest fajne, ale człowiek farbą śmierdzi.

Nie próbowałeś nawet rysować?

Kiedyś chciałem rysować komiksy, tylko nie starczyło mi zapału. Potem rysowałem sobie postaci i mapki na potrzeby książek. Teraz już nie muszę, bo jest Google Maps. A jak wymyślam jakąś postać, korzystam z portali randkowych.

Słucham?!

Na przykład potrzebuję stworzyć profil 40-latka z małej miejscowości, który pracuje w zakładzie samochodowym. Wpisuję specyfikację i od razu wyskakują mi odpowiednie zdjęcia na portalach! I już wiem, jak taki typ wygląda, co lubi, czym się interesuje, i to działa.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »