Patricia Clarkson: fajnie, że stać mnie na Diora

fot. BewPhoto

Każdy pretekst do rozmowy z nią byłby dobry, bo w amerykańskim kinie nie znajdziecie wielu aktorek tej klasy co ona. Tym razem także okazja jest wyjątkowa. Clarkson dołączyła do obsady „House of Cards”, jednego z najchętniej oglądanych seriali na świecie.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 6/2017)

Ponad dekadę temu grałaś w „Sześciu stopach pod ziemią”. Jak bardzo świat seriali zmienił się w ciągu tych dziesięciu lat?

Już wtedy byłam pod wrażeniem panującej w telewizji twórczej swobody, a teraz? Jest jeszcze lepiej! Nie mówiąc już o tym, że produkcje telewizyjne coraz częściej dają okazję do współpracy ze świetnymi reżyserami. Pewnie ucieszy cię fakt, że po „House of Cards” jestem absolutnie zafascynowana Agnieszką Holland [która jest jednym z kilku reżyserów pracujących przy serialu – przyp. red.] i nie mogę się doczekać, aż znowu spotkamy się na planie.

Skoro już mówimy o produkcji ukazującej kulisy wielkiej polityki, muszę zapytać o twoją mamę – znaną polityczkę Jackie Clarkson. Jaki wpływ wywarło na ciebie dorastanie u boku kobiety o tak silnej osobowości?

Przede wszystkim nauczyło mnie szacunku do jej zawodu. Wiem, jak to brzmi, szczególnie w dzisiejszych czasach, ale kiedy obserwowałam mamę i jej znajomych, widziałam nie grono skorumpowanych cyników, lecz grupę idealistów, którzy chcieli zmienić otaczającą nas rzeczywistość. Oczywiście, ci pierwsi również istnieją, może nawet są liczniejsi, ale warto pamiętać, że świat się na nich nie kończy.

Śmiesznie to brzmi, kiedy pomyślisz o demonicznych bohaterach „House of Cards”. Im bardziej są bezwzględni, tym wyżej pną się w politycznej hierarchii.

To zupełnie co innego! W „House of Cards” mamy przecież do czynienia z fikcją, a to sprawia, że cechy, które normalnie wydałyby nam się obrzydliwe, takie jak cynizm, dwulicowość i moralne zepsucie, uznajemy za pociągające.

Nigdy nie myślałaś o tym, żeby pójść w ślady mamy?

Nie… No dobrze, przeszło mi to przez myśl. Kiedy mama przechodziła na emeryturę, spytała, czy nie chciałabym kontynuować jej pracy. Chwilę nad tym pomyślałam, ale w końcu doszłam do wniosku, że aktorstwo jest łatwiejsze. I znacznie lepiej płatne.

Pieniądze są dla ciebie ważne?

Pewnie, że mogłabym opowiedzieć ci tu bajkę o tym, że żyję wyłącznie pasją, ale nie mam zamiaru wychodzić na hipokrytkę. Oczywiście, że lubię mieć kasę i cieszę się, kiedy mogę wydać ją na suknię od Diora czy Alberty Ferretti. I bynajmniej nie uważam, żeby był to powód do wstydu.

Jako kobieta wciąż jednak pracujesz za mniejsze stawki niż aktorzy płci męskiej.

Dysproporcje stają się coraz mniejsze, co wcale nie znaczy, że powinniśmy przestać o nich głośno mówić. Zwłaszcza że żyjemy w niepewnych czasach. Szalejąca wokół mizoginia może odcisnąć swoje piętno wszędzie, także w liberalnym Hollywood. To cholernie trudne czasy do życia dla nas, Amerykanek.

W filmach potrafisz zabłysnąć nie tylko w rolach głównych, ale i w drugoplanowych, a nawet epizodycznych. Ciekawy jestem, jak tobie, aktorce z nominacją do Oscara na koncie, udaje się w takich sytuacjach okiełznać własne ego?

Raz to ty jesteś w świetle reflektorów, kiedy indziej pracujesz na sukces kolegi czy koleżanki. Paradoksalnie zresztą, przy odpowiednim podejściu, gra na drugim planie może być ciekawsza niż na pierwszym. Masz zwykle mniej czasu na próby i dysponujesz niewielką ilością informacji o swojej bohaterce. To sprawia, że nie masz wyjścia i musisz w pełni zaufać swojej intuicji.

Chcesz przez to powiedzieć, że wbrew stereotypom aktorzy nie rywalizują między sobą na śmierć i życie?

Pewnie zdarzają się i takie przypadki, ale życie nauczyło mnie już, żeby nie przesadzać z generalizowaniem. Ostatnio na przykład po raz pierwszy zetknęłam się na planie z Kristin Scott Thomas, która ma opinię kapryśnej diwy i osoby bardzo trudnej we współpracy. Tymczasem relacje między nami układały się rewelacyjnie.

Jesteś jedną z najbardziej zapracowanych współczesnych aktorek. Nie obawiasz się, że dopadnie cię syndrom wypalenia?

Nie, bo za każdym razem gram przecież postacie, które zupełnie różnią się zarówno od siebie nawzajem, jak i ode mnie samej. Pamiętam, że na początku kariery byłam skłonna ułatwiać sobie życie i budować role w oparciu o własny charakter. Na szczęście trafiłam na kilkoro zdolnych reżyserów, którzy wybili mi to z głowy i dali do zrozumienia, że prawdziwa sztuka polega na działaniu zupełnie odwrotnym. Musisz się stopniowo pozbywać własnej mimiki, gestów, tonu głosu. Zrozumienie tego prostego mechanizmu pozwoliło mi znacznie poszerzyć aktorskie emploi. Dawniej na pewno nie mogłabym zagrać choćby w takim filmie jak komedia „The Party”, w której wcieliłam się chyba w największą zołzę świata.

Często zdarza ci się grać w zabawnych filmach. W swoim dorobku masz nawet dwie role u samego Woody’ego Allena.

W życiu często bywa tak, że odbieramy jakąś sytuację jako tragiczną, a dopiero gdy trochę się z nią oswoimy, widzimy, że jest tak absurdalna, że aż śmieszna. Właśnie z tego powodu nie uznaję komedii wykalkulowanych, cynicznych, spoglądających na bohaterów z wyższością. Humor działa dopiero wtedy, kiedy towarzyszą mu różne inne emocje. Na przykład współczucie czy troska. Oczywiście, stworzenie takiej mieszanki stanowi arcytrudne zadanie. Potrafią mu podołać tylko mistrzowie pokroju Allena. Praca z nim podobała mi się jeszcze zresztą z jednego powodu. Wiesz z jakiego?

Nie mam pojęcia.

To chyba jedyny reżyser, co do którego miałam pewność, że nie jest młodszy ode mnie.

 

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »