1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dotyk dla ciała i duszy

Dotyk dla ciała i duszy

Masaż działa nie tylko prozdrowotnie, jest również doskonałą terapią relaksacyjną.(Fot. Getty Images)
Masaż działa nie tylko prozdrowotnie, jest również doskonałą terapią relaksacyjną.(Fot. Getty Images)
Dotyk to jedno z podstawowych narzędzi komunikacji. Za jego pośrednictwem dajemy i otrzymujemy energię niezbędną do życia. To on rozwija się jako pierwszy ze zmysłów.

Dotyk specjalisty w zależności od wybranej metody relaksuje, pobudza krążenie, leczy i rozjaśnia umysł. Oto różne metody osiągania harmonii cielesno‑duchowej, które opierają się na dotyku.

Artykuł archiwalny

Shiatsu

Za mało – kyo, za dużo – jitsu

Terapia pochodząca z Japonii opiera się na nacisku wywieranym na określone punkty na ciele. To metoda, która wywodzi się od akupunktury, tyle że tu nie używa się igieł. Słowo shiatsu oznacza ucisk palcami, choć przy masażu używa się również innych części dłoni, łokci i kolan. Terapeuta uciskiem pobudza przepływ naszej życiowej energii nazywanej w Japonii ki. Powstaje ona wskutek ścierania się dwóch uniwersalnych sił yin i yang. Zgodnie z filozofią Wschodu objawia się ona w pięciu różnych postaciach znanych jako Pięć Elementów czy Przemian: Ogień, Ziemia, Metal, Woda i Drewno.

Człowiek jest wyjątkowym połączeniem wszystkich elementów i mieszanką yin i yang. Przepływ ki odbywa się poprzez meridiany, czyli kanały przebiegające wzdłuż naszego ciała. Każdemu z nich jest przyporządkowany określony organ lub funkcja psychofizyczna organizmu. W idealnym przypadku ki powinna swobodnie przepływać przez meridiany do wszystkich części ciała. Niestety, rzadko się zdarza, byśmy osiągnęli stan pełnej równowagi. Nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy zdrowi, to nasza życiowa energia może być zaburzona przez przepracowanie, niedosyt snu lub złe odżywianie. W przypadku kobiet zostaje osłabiona przez rodzenie dzieci, a mężczyzn – przez aktywność seksualną. Wszystkie dolegliwości wywołane są nadmiarem lub niedoborem ki.

Miejsca, w których jest jej za mało, nazywamy kyo, a te, w których jest za dużo, jitsu. Dzięki uciskaniu meridianów terapeuta stopniowo wyrównuje ich poziom. Shiatsu jest również doskonałą terapią relaksacyjną.

Refleksologia

Stopa prawdę ci powie

Istnieje przekonanie, że różne obszary i punkty na stopach i dłoniach odpowiadają poszczególnym częściom ciała. Gdy coś dzieje się w naszych narządach, kończynach czy głowie, terapeuta od razu wyczuwa zmiany na naszych stopach. Przez uciskanie tych punktów można przywrócić prawidłowe funkcjonowanie danych organów. Taka terapia nazywa się refleksologią, a uciskane punkty refleksami.

Już w starożytnym Egipcie wierzono w jej skuteczność, czego dowodem jest malowidło naścienne, datowane na 2330 r. p.n.e., przedstawiające dwóch niewolników masujących stopy i dłonie arystokratom. W czasach nowożytnych metodą zainteresował się amerykański lekarz William H. Fitzgerald. Podzielił ciało człowieka na dziesięć stref energetycznych. Uciskając określone punkty na palcach, odkrył, że może usuwać ból z różnych części ciała.

Później amerykańska terapeutka Eunice Ingham zaobserwowała, że stopy są bardziej wrażliwe na ucisk niż dłonie. „Chodząc” palcami po tzw. refleksach, terapeuta sprawdza nasz stan zdrowia. Gdy czujemy ostry ból w danym miejscu, oznacza to dolegliwość w odpowiadającym mu narządzie. Zazwyczaj ból ustępuje dopiero po kilku zabiegach. Refleksologia to również doskonała technika relaksacyjna. Poprawia krążenie krwi, działanie systemu nerwowego i przywraca równowagę między poszczególnymi funkcjami organizmu. W niektórych krajach np. w Danii masaż stóp jest terapią uzupełniającą konwencjonalne metody medyczne. W Polsce w 2003 roku zarejestrowany został Polski Instytut Refleksologii, a w 2005 roku refleksolog został wpisany na listę nowych wykonywanych zawodów.

Reiki

Ze współczuciem

W drugiej połowie XIX wieku Japończyk Mikao Usui rozpowszechnił system uzdrawiania, nazwany reiki. Nazwę tłumaczy się dosłownie jako uniwersalną energię życiową, którą terapeuta przekazuje pacjentowi za pomocą dotyku. Metoda przypomina bioenergoterapię.

Już sam dotyk pełen współczucia i pozytywnych emocji uspokaja i łagodzi stres. By nabyć umiejętności przekazywania reiki, trzeba przejść przez inicjację, przeprowadzaną przez mistrza. Towarzyszą jej seminaria, w czasie których „uczniowie” poznają techniki wykorzystywania energii w celu poprawy zdrowia.

Podobnie jak w shiatsu czy refleksologii, system reiki uznaje, że zdrowie oznacza harmonię zarówno w człowieku, jak i w jego otoczeniu, a choroba rodzi się w wyniku jej zaburzenia.

Według systemów filozoficznych Wschodu nasza życiowa energia przepływa kanałami i skupia się w czakrach (jest ich siedem). Osoba praktykująca reiki pobiera energię przez najwyższą czakrę umiejscowioną na czubku głowy (Sahasrara) i oddaje ją pacjentowi za pomocą dłoni, będących czakrami pomocniczymi.

Ma‑uri

W rytm aborygeńskiej muzyki

Na polinezyjskich wyspach mieszkańcy już od 5 tysięcy lat stosują tę technikę uzdrawiania. Masaż Ma‑uri zwalcza stres, stany depresyjne, usuwa złe emocje, zmniejsza napięcia mięśniowe i obniża ciśnienie krwi. Masażysta używając aromatycznych olejków, rozluźnia dłońmi i przedramionami nasze spięte mięśnie w rytm tradycyjnej polinezyjskiej muzyki. Mija ból pleców i karku, nogi przestają być ociężałe. Stres odchodzi.

Masaż pozwala nam się odprężyć, ale nie rozleniwia. Jest zastrzykiem energii i dobrego nastroju, który pozwala na efektywniejsze działanie i przychylne nastawienie do otoczenia. Dzięki tanecznym ruchom rąk terapeuty masaż równoważy prawą i lewą półkulę mózgową, wspomagając leczenie dysleksji i dysgrafii. Polecany jest również kobietom w ciąży.

Ma-uri do Europy przeniósł Henri Fox, Maorys z Nowej Zelandii. Wraz z żoną Katją założyli w Danii Instytut Maoryski, w którym prowadzą warsztaty poświęcone polinezyjskiej sztuce uzdrawiania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

Joga na stres – krótkie ćwiczenie, które pomoże się odprężyć

W tej pozycji najważniejszy jest układ dłoni, prosty kręgosłup i koncentracja na oddechu. (Fot. iStock)
W tej pozycji najważniejszy jest układ dłoni, prosty kręgosłup i koncentracja na oddechu. (Fot. iStock)
Jak ograniczyć zgubny wpływ stresu na nasze ciało i psychikę? Ćwiczmy i odpoczywajmy – radzi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Praktyka jogi często kojarzona jest jedynie ze sposobami na uelastycznienie ciała i wyciszenie. Joga kundalini idzie o wiele dalej – pozwala sięgnąć do potężnych sił i zasobów, które w nas drzemią, i wykorzystać je dla własnego dobra. Na przykład do skutecznego radzenia sobie ze stresem.

Stres to silne napięcie spowodowane zachwianiem równowagi w organizmie i umyśle. Doświadczył go niejednokrotnie każdy z nas. Na poziomie ciała stres osłabia naszą odporność, podwyższa poziomu cholesterolu we krwi i przyspiesza proces starzenia się. Na poziomie psychiki powoduje, że stajemy się niecierpliwi, niespokojni. Stres może prowadzić do stanów lękowych, do nerwic i bezsenności. Wiemy, że stres to główna przyczyna chorób, a napięcie mentalne wpływa negatywnie na zdolność przyswajania wiedzy, kreatywne myślenie i pamięć. Wiemy też, że niestety stresujące sytuacje są w nasze życie wpisane. Ważna jest więc umiejętność sterowania naszym ciałem i umysłem tak, aby wpływ stresu ograniczyć.

Powinniśmy przede wszystkim wzmocnić system nerwowy oraz zharmonizować pracę gruczołów. W jodze kundalini wykonujemy w tym celu ćwiczenia, które pobudzają system nerwowy do wysiłku po to, aby następnie pozwolić całemu organizmowi na głębokie odprężenie. To przeplatanie się wysiłku i odpoczynku sprawia, że układ nerwowy wzmacnia się i uodparnia, a my potrafimy zachować spokój nawet w najbardziej napiętych sytuacjach. Nabieramy dystansu do tego, co dzieje się wokół, zwiększa się nasza zdolność do oceny sytuacji w sposób racjonalny, bez nadmiernego emocjonowania się. Mamy też więcej energii, dzięki której potrafimy stawić czoła wyzwaniom.

Gdy już dotrzemy do wewnętrznego źródła energii, nasze życie stanie się lżejsze, bogatsze, osiągniemy radość i harmonię. Możliwe jest wówczas doświadczenie wewnętrznej siły – spokoju i równowagi – dzięki której wiemy, że nic nie jest w stanie na przeszkodzie naszemu szczęściu i spełnieniu. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Stres i niezadowolenie są zaś tylko przejawem tego, że oddaliliśmy się od tego źródła.

Ćwiczenie oddechowe

To znakomita medytacja na stres. Siedzimy z wyprostowanym kręgosłupem (najlepiej w pozycji lotosu lub w siadzie skrzyżnym), barki są rozluźnione. Mocno przyciskamy do siebie palce obu rąk. Kciuki skierowane są w stronę tułowia; oczy zrelaksowane, lekko otwarte – patrzymy na czubek nosa. Wykonujemy wdech przez nos. Wydech składa się zaś z ośmiu krótkich wydechów przez zaokrąglone usta; przy każdym wydechu dynamicznie wciągamy przeponę.

Zaczynamy od trzech minut i powoli wydłużamy czas ćwiczenia do 11 minut. Najlepsze efekty można osiągnąć, praktykując medytację codziennie przez 40 dni.

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.

 

  1. Zdrowie

Refleksologia – na stres, wyczerpanie i napięcia nerwowe

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Ludzkie ciało przypomina wielki atlas świata – pełne jest map, wyznaczających ważne punkty, połączenia komunikacyjne... Refleksolog potrafi je czytać. Wie, który punkt dotknąć, by wywołać pożądane działanie.

Skądś już to znamy – chociażby z akupresury, akupunktury. Czyli z medycyny chińskiej – z jej teorią meridianów (kanałów energetycznych), biegnących przez całe ciało. Kiedy przepływ energii w meridianach zostaje z jakichś powodów zakłócony, tworzą się zastoje energetyczne, będące przyczyną dolegliwości i chorób. Akupresura i akupunktura, polegające na uciskaniu i nakłuwaniu odpowiednich punktów (receptorów) w ciele, pomagają rozbić te zastoje, a tym samym przywrócić sprawne funkcjonowanie organizmu.

Refleksologia działa na podobnej zasadzie – przyjmuje, że narządy wewnętrzne są we wzajemnej komunikacji, że można na nie oddziaływać z zewnątrz. Tyle że tutaj, stymulując receptory (przynajmniej te na twarzy i dłoniach), można wywoływać dużo przyjemniejsze odczucia. Refleksolog Beata Sekuła mówi, że takich punktów na skórze człowiek ma kilkanaście tysięcy (na samej twarzy około sześciuset). Pobudzając je poprzez dotyk, wpływa się na poszczególne części ciała, na organy wewnętrzne. Organizm sam wie, co zrobić z takim bodźcem, jak go wykorzystać. Ty masz się tylko zrelaksować...

Podróż przez kontynenty

W Polsce to stosunkowo młoda metoda. Refleksologia stóp rozwija się u nas od 26 lat, twarzy – od 2003 roku, właśnie za sprawą Beaty Sekuły.

– Kiedy zetknęłam się z refleksologią stóp, tak mnie to wciągnęło, że zaczęłam szukać innych tego rodzaju technik – wspomina. Dotarła w tych poszukiwaniach do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych. Poznała różne szkoły, podejścia. Różne mapy... Tak naprawdę różnią się między sobą milimetrami, nakładają się na siebie. Autorką pierwszej współczesnej mapy stóp była Amerykanka Eunice Ingham: stworzyła ją 70 lat temu. Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone uchodzą za kolebkę dzisiejszej refleksologii. Ale korzenie metody sięgają starożytności – prawdopodobnie znana była w Chinach, Egipcie, Japonii, na Sumatrze... – Niektórzy przyjmują, że wszystko zaczęło się w Chinach, że masaż stóp rozwinął się na bazie akupresury. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na to, że Chińczycy uprawiali refleksologię – mówi Beata Sekuła. Pokazuje zdjęcie płaskorzeźby, datowanej na 2500 rok p.n.e. Rzeźba pochodzi ze starożytnego Egiptu, z grobowca kapłana Słońca Ankhmahore. Przedstawia sytuację przypominającą masaż stóp i rąk. – Chociaż historycy kosmetologii twierdzą, że jest to pierwszy uwieczniony w sztuce manicure i pedicure, refleksolodzy dopatrują się znamion zabiegu leczniczego. Mamy tu dwie osoby o ciemniejszej karnacji, pochodzące z Egiptu północnego, który słynął ze światłych ludzi, dysponujących ogromną wiedzą i wyczuciem. Jedna z tych osób dotyka rąk, druga stóp pacjentów, a ci chwytają się za różne części ciała, co może świadczyć o reakcjach odruchowych organizmu – o tym, że odpowiada on na bodziec. Nikt nie wie, czego dotyczy ten obrazek – my, refleksolodzy, lubimy myśleć, że jest to dowód na stosowanie refleksoterapii rąk i stóp w starożytnym Egipcie.

Podróż przez ciało

Jedno nie ulega dziś wątpliwości: mapy somatotropowe – bo tak się nazywają – występują na całym ciele: na powierzchni ramion, przedramion, ud, podudzi, na brzuchu, plecach, wokół pępka...

Beata Sekuła pracuje ze wszystkimi podstawowymi systemami: ze stopami, uszami, rękami, twarzą. Najczęściej jednak z twarzą.

– Leży ona w bezpośredniej bliskości mózgu, centralnego komputera naszego ciała, więc zabieg jest skuteczniejszy, a jego efekty szybsze – opowiada. – Kiedy pobudzane są stopy czy ręce, impulsy – by trafić do mózgu – muszą przejść przez sploty nerwowe, stawy i często napotykają tam na zaburzenia utrudniające przewodnictwo. Stopy traktuję bardziej jako narzędzie do pracy z „lokalnymi” problemami kończyn: obrzękami, bólem, zaburzeniami krążenia. Chociaż są też sytuacje, w których nie można zastosować refleksologii twarzy, choćby przy trądziku ropnym, stanach zapalnych ucha czy dziąsła – wtedy pracuję ze stopami.

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. Na przykład zaczyna od twarzy, a potem stymuluje wybrane receptory również na innych częściach ciała. Jest to tzw. refleksologia integracyjna. – Jeżeli ktoś zgłosi się do mnie z bólem kolan, prawdopodobnie, w celu pobudzenia organizmu, zaczęłabym zabieg od refleksologii twarzy, po czym skupiłabym się na punktach refleksologicznych odpowiadających za kolana, leżących na stopach i rękach – wyjaśnia Beata Sekuła. – Natomiast jeśli pacjent przychodzi z powodu nerwicy, pracuję na twarzy, ewentualnie na dłoniach. Stymulacja stóp działa bardzo pobudzająco, dostarcza dużej dawki energii – niezależnie do tego, czy organizm potrzebuje tej energii, czy nie. Osoba z problemami nerwicowymi mogłaby poczuć się po takim zabiegu bardzo rozedrgana.

Upiększyć i uzdrowić

Beata Sekuła zwraca uwagę na jeszcze jedną zaletę refleksologii twarzy, na cenny efekt uboczny – kosmetyczny. W praktyce oznacza to poprawę owalu twarzy, mikrokrążenia, eliminację zastojów, obrzęków limfatycznych, worków pod oczami, szarości cery, drobnych zmarszczek... – Głębokie bruzdy na twarzy mogą wskazywać na poważniejsze zaburzenia w pracy pewnych narządów – podpowiada refleksolog. – Są osoby, znane z życia publicznego, których czoło przecina pośrodku wyraźna, pionowa bruzda. Świadczy ona o poważnym zaburzeniu wątroby i pęcherzyka żółciowego – mówiąc obrazowo, tych ludzi zalewa żółć. Z kolei Sharon Stone – zanim zaczęła „rozprostowywać” twarz – miała na policzkach bruzdy wskazujące na zaburzenia płuc i jelita grubego, prawdopodobnie wynik palenia papierosów.

Oczywiście, nie ma tu sztywnych, matematycznych przełożeń. Refleksolog nie stawia diagnozy fizycznej, co najwyżej energetyczną. – Receptory dają obraz stanu energetycznego człowieka, ale nigdy nie mówię mu, że ma chory jakiś narząd, na przykład serce – od tego jest kardiolog. Refleksolog może powiedzieć, że wyczuł zaburzenie na poziomie meridianu serca, a to dwie różne rzeczy – mówi Beata Sekuła. I podkreśla, że refleksologia jest racjonalna, opiera się na ścisłych zależnościach fizjologicznych. – Bodźce z receptorów płyną do mózgu, on decyduje, gdzie je dalej przesłać. Czasem ktoś niepokoi się, że stymuluję mu żołądek, który już jest „nadczynny”. Ja wysyłam impuls, ale dalej już mózg zadba o to, żeby ten żołądek rzadziej się kurczył i wydzielał mniej soków. Pobudzony bodźcem organizm potrafi uruchomić mechanizmy regulacji i regeneracji, prowadzące do stanu równowagi wewnętrznej, optymalnej dla danej osoby. Bo co innego będzie oznaczała równowaga dla osoby z niewielkimi dolegliwościami, co innego dla tej, która ciężko choruje. Medycyna konwencjonalna zarzuca nam czasem, że polegamy na inteligencji organizmu, że pozwalamy mu decydować o tym, gdzie potrzebuje pobudzenia, a gdzie nie. Organizm naprawdę wyposażony jest w taki samoregulujący komputer, wybiera to, co dla niego najlepsze.

Rozświetlić emocje

– Refleksologia to bardzo precyzyjna technika, ale również sztuka – twierdzi Beata Sekuła, która ma też spore osiągnięcia w pracy z emocjami. – Masaż refleksologiczny może wpływać na łagodzenie pewnych emocji albo odwrotnie: na ich przywracanie. Możemy doprowadzić do bezpiecznego wybrzmienia emocjonalnego, pozwolić na to, żeby coś się skończyło, żeby ciało oczyściło się z tego, co mu nie służy – zapewnia. Czy to znaczy, że można sobie „zamówić” wybraną emocję? – Można „zamówić” i „odmówić”, ale człowiek musi się najpierw przyznać, że jest mu z czymś niewygodnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś powiedział: „jestem bardzo agresywny i chciałbym to wyregulować”. Bo być może bardzo tej agresji potrzebuje, być może po prostu nie ma innej możliwości ekspresji...

Beata Sekuła nie ukrywa, że najczęściej przychodzą do niej ludzie cierpiący z powodu miłości: porzuceni przez partnera, złamani po jego utracie, również śmierci. – Widzę, że przechodzenie przez tego rodzaju sytuacje odbywa się w podobny sposób, niezależnie od tego, czy bliska osoba pozostaje przy życiu, czy je traci. W jednym i w drugim przypadku przeżywa się żałobę.

Okazuje się, że refleksologia twarzy wpływa na pewną, niezwykle ważną dla emocji, strukturę w mózgu – ciało migdałowate.

– Jest ono elementem układu limbicznego, który odpowiada za różnego rodzaju więzi: macierzyńskie, ojcowskie, za przyjaźń, miłość – więc również za ich nadmiar czy brak – tłumaczy Beata Sekuła. – Ciało migdałowate magazynuje emocje, na szczęście możemy je oczyścić, odnaleźć równowagę. Pięknie to widać na obrazach uzyskiwanych dzięki tomografii komputerowej czy rezonansowi magnetycznemu – po regulacji ciało migdałowate i otaczający je obszar zaczynają się świecić...

Dla wszystkich, nie na wszystko

Podczas zabiegu doznania bywają różne: jednym będzie przyjemnie, inni przy tej samej technice mogą odczuwać dyskomfort. – Czasem pojawiają się mdłości, uderzenia gorąca, cierpnięcie rąk i stóp, bulgotanie w żołądku czy w jelitach. Zdarza się, że nagły ból przeszywa kogoś w miejscu, które dawało mu się we znaki wiele lat wcześniej i które formalnie zostało wyleczone. Te objawy są rezultatem tego, że coś się w ciele reguluje.

Beata Sekuła dzieli klientów na dwie podstawowe grupy: „łatwopalnych” i „niełatwopalnych”. – „Łatwopalna” osoba natychmiast reaguje na dotyk, na przykład pyta: „na czym pani pracuje?”. Mówię: „na żołądku”, a ona: „tak, właśnie czuję”. Po czym nagle wstaje, idzie do łazienki i wymiotuje. W ciągu kilkunastoletniej praktyki zdarzyły mi się 2–3 takie przypadki; „niełatwopalny” może nawet zasnąć podczas zabiegu albo stwierdzić: „nie wiem, czy to działa, chodzę, chodzę i nic się dzieje”. Zwykle jest to człowiek zdrowy, więc co niby miałoby się wydarzyć? Skoro nie było wcześniej żadnych dolegliwości, cała rzecz polega na podtrzymaniu energetycznego i fizycznego dobrostanu organizmu.

– Refleksologia jest dla wszystkich, ale to nie oznacza, że jest antidotum na wszystko – zaznacza Beata Sekuła. Poleca ją przede wszystkim jako terapię antystresową. Na przemęczenie fizyczne, psychiczne, stany zwiększonego napięcia nerwowego. Na wyczerpanie pracą, wypalenie zawodowe. – Po zabiegach pojawia się zwiększona odporność na czynniki stresotwórcze – sytuacje, które wcześniej doprowadzały nas do szału, przestają już mieć nad nami władzę. Takie reakcje jak pobudzenie pracy serca, wzrost ciśnienia, ból głowy tracą na sile – mówi terapeutka. Inne wskazania to kłopoty z pamięcią, koncentracją, z przyswajaniem informacji, kojarzeniem. Refleksologia może też wspomagać pracę z nadwagą. – Uwalniające się podczas zabiegu endorfiny wpływają na uczucie satysfakcji, zmniejsza się zapotrzebowanie na słodycze i tłuste pokarmy. To wspiera dietę.

Ważne: utrwalenie bodźców

Zabieg refleksologii twarzy jest głęboko odprężający, wprowadza w stan błogości, rozluźnienia, ale przy stopach jest już inaczej, może pojawić się ból. Tylko że ból w receptorze nie zawsze musi oznaczać zaburzenia w odpowiadającym mu narządzie. – Zawsze będą bolały receptory leżące blisko kości – ze względu na ich silne unerwienie – tłumaczy Beata Sekuła. – Kiedy pojawia się ból, zwalniam ucisk, pozwalam klientowi odetchnąć, żeby uniknąć napięcia w splocie słonecznym. Splot słoneczny to ważny przekaźnik impulsów na drodze do mózgu – jeśli się zaciśnie, mózg zacznie nadawać sygnał: „kończ, bo nie wytrzymam.”

Jeszcze większy ból można odczuwać przy refleksologii narzędziowej. Przybory nie muszą być wyszukane – wystarczy długopis, chińskie pałeczki... Beata Sekuła zapewnia, że posługując się tego rodzaju narzędziami, można w 2–3 minuty uzyskać takie same efekty jak po „pełnowymiarowym” zabiegu przy użyciu palców. Jaki to wymiar?

– Zabieg refleksologiczny nie powinien przekroczyć 40 minut. Mózg ma swoją wydolność, jeżeli go przestymulujemy, to – zamiast uruchomić mechanizmy regeneracji i samoregulacji w organizmie – wywołamy złe samopoczucie. Dojdzie do przesytu, ciało nie przyjmie nowych informacji w sposób konstruktywny, nie przetworzy ich na bodźce terapeutyczne. Niewskazane jest też kumulowanie rozmaitych bodźców: jednego dnia refleksologia, drugiego masaż ciała, trzeciego joga... Można przedawkować – jak ktoś, kto wraca ze SPA z bólem głowy.

Ale faktem jest, że refleksologia działa w seriach – dla skuteczności zabiegów ważne jest, by były wykonywane z dużą regularnością, w niewielkich odstępach czasowych. – To jak z psem Pawłowa – żeby utrwalić bodziec, potrzebne są kolejne powtórki. Nasz organizm chętnie przestawi się na nowy tryb – o ile zechcemy mu w tym pomóc.

Beata Sekuła: refleksolog twarzy, stóp, dłoni, uszu, twórczyni Międzynarodowego Instytutu Refleksologii Twarzy w Warszawie.

Podręczna refleksologia

Objawy zbliżającego się lub już istniejącego przeziębienia, katar, ból zatok, kichanie

Palcem wskazującym pocieraj energicznie pionową linię na środku czoła, od nasady nosa do linii włosów. Powtórz te ruchy 30–40 razy. Następnie, oboma palcami wskazującymi równocześnie, pocieraj miejsca, gdzie boczne krawędzie nosa łączą się z twarzą. Zrób 30–40 energicznych powtórzeń. Teraz, również oboma palcami wskazującymi naraz, pocieraj skórę tuż nad górną wargą. Pracuj w kierunku do środka i na boki, palce miej ułożone równolegle nad wargą. 30–40 powtórzeń, energiczne tempo.

Stosuj tę technikę kilka razy w ciągu dnia. W ten sposób stymulujesz strefy odruchowe zatok czołowych, nosowych i szczękowych.

Trema, lęk, niepokój, pobudzenie nerwowe, zbliżający się wybuch emocjonalny, bezsenność

Punkty pomagające odzyskać równowagę emocjonalną znajdują się w okolicy uszu. Znajdź mniej więcej półcentymetrową pionową linię z przodu ucha (tam gdzie łączy się ono z twarzą). Pocieraj tę linię, po obu stronach twarzy, ok. 15–20 razy.

Punkty uspokajające znajdują się też w dołku za uszami, tuż pod płatkami uszu. Pocieraj je jednocześnie 15–20 razy.

Opisaną technikę stosuj kilka razy dziennie, by złagodzić występujące objawy, lub doraźnie.