fbpx

Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna

Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna
Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna

Przede wszystkim: bez paniki. Nie jest tak, że nie możemy jechać do lasu czy na łąkę, że musimy zrezygnować z wakacji na Mazurach. Natomiast trzeba włączyć radar: uwaga na kleszcze. – Najważniejsza jest profilaktyka – mówi dr hab. Renata Welc-Falęciak, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Odpowiedni strój, sprawdzanie ciała po powrocie do domu. I pamiętajmy – to się leczy.

Kleszcze. Jest ich coraz więcej. I to nie tylko w wilgotnych mazurskich lasach, ale i w dużych miastach, w parkach, na skwerach. Sprzyja temu ocieplający się klimat, coraz łagodniejsze zimy.

Kleszcze to borelioza – taki znak równości ma w głowach wielu z nas. A hasło „borelioza” budzi grozę. Przyczyniają się do tego media społecznościowe, gdzie często możemy spotkać się z opiniami, że boreliozy nie da się wyleczyć, że lekarze nie potrafią jej rozpoznawać, a czasem – że może by się i leczyć dało, ale to trudne, drogie i nieopłacalne.

Niedawno ukazała się książka Izabeli Morskiej „Znikanie” – autorka w przejmujący sposób opisuje w niej swoje zmagania z tajemniczym przeciwnikiem, wywołującym ból, odbierającym siły i radość życia. Ten przeciwnik to właśnie borelioza.

Czy wcześniej ta choroba nie istniała? Przecież kleszcze znamy od dawna, na wakacjach w dzieciństwie zdejmowaliśmy ich z siebie kilka dziennie. Nie było to miłe, ale nikt nie umierał ze strachu. Kiedyś kleszcze nie przenosiły krętków borelii?

– Oczywiście, że przenosiły – mówi dr hab. Renata Welc-Falęciak, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego, która opracowuje m.in. innowacyjne, a zarazem nieinwazyjne metody wykrywania markerów zakażeń pasożytniczych. – Borelioza znana jest od lat. Ale zmienia się – czyli zwiększa – odsetek zakażonych kleszczy. Dziś waha się on od 20 do 50 procent. W niektórych latach obserwujemy tendencję wzrostową. Do tego większa jest świadomość zagrożenia, a to przekłada się na zachowania: częściej i dokładniej się obserwujemy, częściej zgłaszamy do lekarza, coraz lepsza jest diagnostyka – między innymi dlatego stwierdza się więcej przypadków. Rocznie to dziś w Polsce ok. 20 tysięcy.

Faktem jest, że boreliozę demonizujemy. Co stanowi swojego rodzaju paradoks, bo chorobę tę się leczy – mamy antybiotyk stosowany od lat, skuteczny, choć rzeczywiście kuracja wymaga czasu, nawet do ok. czterech tygodni. Ale przekonanie, że to jest trudne, a nawet niemożliwe, skłania wiele osób do sięgania po rozmaite dziwne środki, a czasem do przeciągania antybiotykoterapii nawet do roku, co oczywiście na organizm działa wyniszczająco.

Choć rzeczywiście to choroba podstępna. – Zaczyna się od miejsca ukąszenia, ale po kilku tygodniach, jeśli nie jest leczona, dochodzi do fazy rozsianej – krętki mają zdolność penetrowania stawów, atakowania ośrodkowego układu nerwowego, powodowania zmian zapalnych w sercu. Stąd ta mnogość objawów – nie jeden układ, a różne narządy – tłumaczy Renata Welc-Falęciak.

I dodaje: Objawy są mało specyficzne Nie ma jednego schematu. Zapalenie stawów, neuroborelioza, dotykająca ośrodkowy układ nerwowy, zmiany zapalne skóry – w zależności od tego, jakim rodzajem krętka zostaliśmy zakażeni.

Nie jest tak, że jeśli znajdziemy na skórze kleszcza i go wyjmiemy, natychmiast musimy biec do lekarza po antybiotyk. Zgodnie z obowiązującymi w Polsce rekomendacjami trzeba miejsce po usunięciu kleszcza obserwować. Zaczerwienienie w miejscu ugryzienia nie powinno budzić niepokoju, to miejscowy stan zapalny, najzupełniej normalny w tej sytuacji. Jeśli jednak rumień zacznie się w kolejnych dniach przemieszczać i powiększać, trzeba iść do lekarza. Wtedy nie ma nawet wskazań do robienia badań – konieczny jest antybiotyk. Ale musimy zdawać sobie sprawę, że nie każdy kleszcz jest zakażony, a nawet jeśli jest, to nie musi jeszcze oznaczać, że zachorujemy. Ryzyko przeniesienia boreliozy po ugryzieniu przez zakażonego kleszcza szacowane jest w Europie na około 3-5 procent. Jednym z czynników zwiększających ryzyko jest czas pobierania przez kleszcza krwi. Do 24 godzin jesteśmy w miarę bezpieczni (choć mogą się zdarzyć wyjątki), później prawdopodobieństwo zakażenia znacznie rośnie.

Kleszczowe zapalenie mózgu

Borelioza to niejedyna przenoszona przez kleszcze choroba. Oprócz niej jest jeszcze kleszczowe zapalenie mózgu (KZM). Tu od lat liczba przypadków w Polsce utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie – ok. 300 rocznie – ale pamiętajmy, że wszystko to osoby, które trafiły do szpitala z objawami neurologicznymi i były leczone. Ta choroba też jest podstępna – do dwóch tygodni po ugryzieniu może nam się wydawać, że dopadła nas po prostu grypa. Jakaś zwykła infekcja, której nie łączymy z kleszczem. Potem pojawia się faza typowo neurologiczna wymagająca leczenia szpitalnego. Ale ta występuje tylko u 30 procent osób zakażonych – i to są właśnie te wykryte, widoczne w statystykach przypadki. Leczenie mamy wyłącznie objawowe, ale – to ważne – na KZM, w przeciwieństwie do boreliozy, jest szczepionka.

Czy zatem planując wakacje na Mazurach, warto po nią sięgnąć?

– Ja uważam, że warto, sama jestem zaszczepiona – mówi Renata Welc-Falęciak. – Szczepionka jest bezpieczna, od lat obecna na rynku, sprawdzona – podajemy trzy dawki, po ok. pięciu latach od ostatniej robi się szczepienie przypominające.

Ale choć szczepionka na KZM istnieje od dawna, nie korzysta z niej zbyt wiele osób. A przecież choroba ta może skutkować trwałymi uszczerbkami zdrowia, leczenie powikłań neurologicznych, takich jak porażenia i niedowłady, jest ciężkie, wymaga często długiej rehabilitacji.

Babeszjoza

– Kolejna oprócz boreliozy i KZM choroba odkleszczowa to babeszjoza. Znamy przede wszystkim tę zwierzęcą, choć jest i ludzka. Bywa niebezpieczna zwłaszcza dla osób starszych, z osłabioną odpornością, przyjmujących leki immunosupresyjne, po przeszczepach – tłumaczy dr hab. Renata Welc-Falęciak. – Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy osoby zakażone nie mają objawów, a są na przykład dawcami krwi. Nie zdają sobie sprawy z zakażenia, a krew standardowo nie jest badana pod kątem Babesia. Jeśli podana zostanie osobie z obniżoną odpornością, może dojść do rozwoju pełnoobjawowej choroby – a jej przebieg bywa w takich sytuacjach dramatyczny. Na szczęście my w Europie nie musimy się tym przesadnie martwić – patogenów w środowisku jest mało, a trzeba pamiętać, że kleszcze rzadko rodzą się zakażone, nabywają zakażenia, żerując na różnych zwierzętach. Ale już w USA to poważny problem.

Zdarzają się kleszcze zakażone kilkoma patogenami jednocześnie – pijąc krew, przekazują nam cały pakiet – ale to naprawdę pojedyncze przypadki. Oczywiście leczenie jest wtedy znacznie trudniejsze, trudniejsza jest także diagnoza – dopiero kiedy terapia nie przebiega tak, jak powinna, lekarz zleca badania sprawdzające, czy kleszcz mógł nam „sprzedać” coś jeszcze.

Warto powtórzyć: borelioza jest uleczalna. Tylko trzeba ją dobrze i szybko zdiagnozować. A żeby tak się stało, musimy być uważni, czujni, ostrożni. Najważniejsza jest profilaktyka. Odpowiedni strój na spacer po lesie. Dokładne oglądanie skóry po powrocie. Nie każdy kleszcz jest zakażony, nie każde ugryzienie oznacza chorobę. Ale nawet jeśli tak się stanie, nie ma powodu do wpadania w panikę.