fbpx

Mama

Moja mama wierszy Małgorzaty Hillar nie przeczyta, może je sobie przypominać… Straciła wzrok rok temu, dziś jeszcze rozróżnia kształty, dostrzega zbliżającą się postać. A teraz przesuwa dni w rytm dializ (bo już za późno na przeszczep nerki i trzustki), które wyrażają trzy razy w tygodniu zgodę na życie.

A ja wciąż widzę mamę kopiującą z maleńkich obrazków z encyklopedii wielkiego Picassa. Jak ona to lubiła robić! Przepiękna blondynka samouk, która przygotowywała werniksy wedle przepisów z ulubionych powieści. Sama projektowała i zbijała ramy, naciągała na nie płótno. Ja, sześcioletnia dziewczynka, upajałam się zapachem terpentyny, który wędrował z kuchni do mojego pokoju i tulił do miękkich jak zielony mech snów. Lubiłam siedzieć do późna na czerwonym stołku i słuchać, czym biel różni się od bieli! Kładłam się do łóżka i długo nie mogłam zasnąć, myśląc, co też zobaczę pomiędzy ramami rano. Nie wiedziałam wówczas, jak popularną postacią jest Pablo Picasso, czułam jedynie, że zapach terpentyny i kształtne dłonie mamy zapraszają do nas istoty, które kuszą tym, co wciąż  pozostawało w dziecięcej główce nienazwane.
 
Pamiętam mamę czytającą. Pochłaniała książki zazwyczaj w kuchni. Czytała, gdy kończyła malować. Do późna paliło się światełko przy kuchennym stole. Byłam tak w nią zapatrzona, że już w wieku sześciu lat nie potrafiłam zjeść śniadania bez książki przed nosem, nie mogłam zasnąć, nie nacieszywszy oczu jakimś skonstruowanym z liter światem.

Oglądam mamę na fotografiach: wyjątkowo piękna kobieta, delikatna, ale silna, z ciałem wyrzeźbionym gimnastyką artystyczną i łyżwiarstwem figurowym. W liceum kochali się w niej koledzy i nauczyciele. Niestety, nigdy nie kochali jej rodzice. Od dziecka odrzucana i odpychana. Miłość do młodszego syna przydusiła miłość do córki. Pamiętam, jak mama powiedziała mi: „Nie zdecydowałam się na drugie dziecko, bo bałam się, że mogłabym – jak oni – przestać kochać pierwsze. Nie mogłam na to pozwolić”.

Kolejne fotografie: ślub z moim tatą. Urok mamy musiał mieć źródło w jakiejś rajskiej baśni; przypomina bardziej elfa, leśną wróżkę niż pannę młodą. Subtelna i skromna sukienka zdaje się tylko muskać delikatne ciało zjawiskowej rusałki. Żadnego welonu, tylko kilka kwiatów we włosach.
 
Potem pierwsze operacje, pierwsze blizny, ogolona głowa. A ona wciąż niezwykła, kusząca w kolorowej chuście na głowie. Szybko zrastały się połamane skrzydła i rozwarstwiane skalpelami chirurgów mięśnie. Pamiętam, jak obcy mężczyźni podchodzili do mamy z kwiatami.

Jeszcze trzy lata temu wyglądałyśmy jak siostry. Mama swoim otwartym umysłem i empatycznym usposobieniem zadziwiała moich przyjaciół. Tylko ojciec nigdy tego nie zauważył, nigdy nie docenił. On po prostu leżał na kanapie i czekał na obiad. I owszem, obiad był przygotowany, podobnie jak pranie, porządki przedświąteczne i wyniesione śmieci. I to mu wystarczało: świat od talerza do telewizora. Marzeń chyba nie było. Szkoda, że rozstali się tak późno.

Mama była anielicą stróżującą w najcięższych momentach. Podczas moich nocy na OIOM-ach potrafiła przerzucać liche cielsko córki z jednego boku na drugi kilkadziesiąt razy tylko po to, abym zasnęła na moment i uwolniła oddech. Kibicowała każdemu kwiatowi, który pojawiał się na moich gipsowych gorsetach. Wierzyła w moją ciążę, którą chcieli wybić mi z głowy niemalże wszyscy lekarze. Robiła na szydełku chusty, które tak lubię, a na drutach kolorowe wełniane spódnice.

Wspomnienia zapisane w udomowionych przedmiotach rysują to, co dobre, każdego dnia. Dlatego nie wyrzucam starych wełnianych chust, wierszy zapisanych na marginesach zeszytów i pierwszych skarpetek córeczki. I czekam na moment, gdy mała Małgosia w wielkim koszu brzucha dostrzeże wartość bicia dwóch serc.