fbpx

Nasze dawne wersje

M. nie widziałem od 25 lat. Minęło, nie wiadomo kiedy, ćwierć wieku, a ona jakby nigdy nic chce się ze mną spotkać. Pilnie! Co może być pilnego po tylu latach?

Słyszę, jak przeciąg czasu ciągnie korytarzem śnieżną zamieć. Piorun, który w nas wtedy trafił, spowodował, że wszystko zastygło wiernie w pamięci. Zapomniałem tylko imię, resztę pamiętam, jakby to było wczoraj. Wzdycha winda i stygnie odcisk klamki w dłoni.
 
Na razie nie mogę się spotkać, boję się zmian, jakie w nas zaszły. Zmiany nie bolą tylko u małych dzieci. Mój synek zmienia się o wiele szybciej niż my, ale nadal jest ładny i zupełnie nowy. Tak mi szkoda jego dawnych wersji.

Kończy półtora roku i zaczyna zauważać inne dzieci, te w swoim wieku traktuje jako wyjątkową osobliwość, o wiele większą niż żyrafa czy samolot. Tak podobne do niego istoty burzą głębokie do tej pory przekonanie, że jest jeden, jedyny, a cały ten zdumiewający świat wokół istnieje tylko po to, aby zaspokajać jego głody i pragnienia. Kiedy w pobliżu znajdzie się rówieśnik, drepce w miejscu, zaciera ręce, co jest oznaką największej ekscytacji, ale też pewnego rodzaju nabożnej czci, potem jest chwila wewnętrznego wahania. Kołysze się jak wahadło, wyciąga ostrożnie łapkę, jakby sięgał w stronę ognia – dotyka innego dziecka i szybko się cofa.
 
To czas, gdy mały człowiek zaczyna sobie uświadamiać, że jest tylko częścią świata zaludnionego przez innych. To ważny moment dla kształtowania przyszłych stosunków z ludźmi. I stwarzanie szansy, że przypisany nam z natury egoizm uda się jednak jakoś ucywilizować. Za ten późniejszy, już okrzepły, dojrzały, jesteśmy karani. Własne życie, gdy za bardzo się na nim skupiamy, szybko robaczywieje, a nawet gnije – owoc, który odpadł z gałęzi. Egoiści mają niewielkie szanse na osobiste szczęście, bo ono oparte jest przecież na umiejętności przeżywania życia innych ludzi, na miłości i czułości.

Nie wiem, kiedy odkryłem, że moja mama była w gruncie rzeczy zawsze dzieckiem. Pewne jest jednak, że odkryłem to na tyle późno, że już nie mogłem wpaść w przerażenie. Artysta musi hodować dziecko w sobie, nic dziwnego, że mój ojciec też był zawsze dzieckiem (to chyba nawet zauważyłem), na dodatek takim, którym trzeba było pilnie się zajmować. Miałem więc nie lada konkurencję w domu. Mama nie tak dawno opowiadała mi ze wzruszeniem, że kiedyś miałem jej powiedzieć: „Dobrze, że tata wyjeżdża, będziemy mogli się do woli przytulać…”. Spojrzałem na te słowa jak na archeologiczne wykopalisko z mojej przeszłości, które nie rozczula, tylko potwierdza istnienie pewnego problemu.
 
Gdyby tak podejść do sprawy posiadania dziecka czysto racjonalnie, okazałoby się, że zaledwie kilka procent ludzi jest wystarczająco dojrzałych, aby mieć dzieci. Reszta powinna dostać bezwzględny zakaz. Jako kandydaci na rodziców odpadają zwykle artyści, sztuka jest dla nich często ważniejsza od własnych dzieci. A tym bardziej liczni alkoholicy. Są jeszcze ludzie z psychicznymi zaburzeniami, charakteropaci, kryminaliści, pedofile, w końcu ci z sopelkami lodu w sercu. Jakby mało było tu nieszczęść, w dotychczasowej historii świata rodzono dzieci stanowczo za wcześnie. W naszej epoce, która przejdzie do historii też jako czas początków kontroli urodzin, zaczyna się to zmieniać.

Dramat był, jest i pewnie długo jeszcze będzie z ojcami. Właściwie wszyscy są niedojrzali, a licznym zostaje to do końca. Gdy jednak obserwujemy czułych i serdecznych dziadków, można by sądzić, że to właśnie byłby dobry czas. Czyli czas jakby po czasie. Mój przypadek jest drastyczny i bynajmniej nim się nie szczycę ani nie polecam. Tak się stało. Moja żona rzuciła okiem na te słowa i skrzywiła się: „Ktoś pomyśli, że to była wpadka”. Żadna wpadka! Wprost przeciwnie, przez dziewięć lat wytrwale pracowała, abym dojrzał do tej decyzji. A w międzyczasie jak na złość urodziła mi się wnuczka Zosia. I teraz Antoś zaczyna się bawić z Zosią, która jest starsza od niego o rok. Nic dziwnego, że on, chociaż jej wujek, spogląda na nią nieco z dołu, z podziwem i szacunkiem. A ja uczę dziewczynkę, by nie nazywała mnie dziadkiem, to już angielskie grandfather (wielki ojciec) brzmi o wiele lepiej.