fbpx

Sahara – Przewodnik pustynny

fotochannels.com

Pustynia jest w każdym z nas. Ale nie każdy ma odwagę ją przejść. Bo pustyni trzeba się poddać. Ofiarować. Wtedy i ona odda ci wszystko.

Zdarza się, że ktoś robi pierwszy krok na piasku i jakby należał do tej przestrzeni, wydm, wiatru. Bo pustynia to bycie – trwanie w danym momencie. Poza czasem. Bez kalendarza, bez zegara, w naturalnym porządku. Wstajesz ze słońcem i z nim wędrujesz.

Pustynia we mnie

Joanna, właścicielka biura turystycznego organizującego wyprawy na Saharę, przewodnik pustynny: – Pierwszą podróż po Saharze odbyłam rok temu. Wróciłam tam jeszcze dwukrotnie i za każdym razem była to inna wyprawa. Pierwsza była silnym doznaniem fizycznym: upał, piach i wiatr. I trzy dni bez mycia. Czwartego, leżąc pod krzakiem, zaczęłam sobie wyobrażać, jakie to wspaniałe: zanurzyć ręce w wodzie i spłukać twarz. To wyobrażenie było wręcz fizyczne. Podobnie jak poczucie bycia na swoim miejscu. Zrozumiałam, że pustynia to duża część mojego ja. Że muszę tu wracać. Pustynia to miejsce, które pokazuje mi, jak żyć w zgodzie ze sobą. Za każdym razem osiągam tu wyższy stopień harmonii.

Wyprawa na pustynię to nie turystyka, to podróż w głąb siebie. A właściwie kilka równoległych podróży. Na pierwszym poziomie to spotkanie z samym sobą: znajdujesz się w nieznanym środowisku, bez punktów odniesienia, jakie znasz ze swojego życia, maski i role są bezużyteczne. Na drugim poziomie to spotkanie z naturą: nie ma ścian, nie ma samochodów, chodzisz boso, nic cię od niej nie dzieli i to ona dyktuje rytm życia. Na trzecim poziomie to spotkanie z ludźmi stamtąd, którzy opiekują się grupą i którzy są częścią pustyni. Na czwartym – to spotkanie z ludźmi, którzy są z tobą. Ten czas na pustyni to mieszanka tych wszystkich relacji. Dlatego każda wyprawa jest inna.

Joanna: – Ten pomysł powstał przypadkiem. Pojechałam sprawdzić, jak wygląda oferowany przez biura podróży produkt „wyprawa na pustynię”, i zostałam dołączona do grupy kobiet z Niemiec. Potem przeczytałam o warszawskiej psychoterapeutce Alicji Bednarskiej i zaproponowałam jej warsztaty z kobietami na pustyni. Zgodziła się. Alicja: – Tu wszystko dzieje się samo. Wystarczy poddać się drodze, przestrzeni, każdej czynności i jesteś w medytacji „tu i teraz”.

Joanna była przewodnikiem pustynnej wyprawy, w której wzięło udział kilka Polek – kobiet różnych zawodów, mieszkających w różnych miastach.

Pierwsza wydma i uwolnienie

Zjeżdżasz z asfaltu na piasek i nagle pustynia staje się drogą. Bez końca i bez granic. Milion ścieżek, spośród których musisz wybrać. Nigdy nie wiesz, gdzie tak naprawdę idziesz. Nie masz innego wyjścia, jak zaufać innym. „I modlić się – dodają przewodnicy. – Sahary się nie zdobywa, Saharę trzeba uprosić”.

Rim: – Długo się wahałam, czy jechać. Pustynia? Skorpiony? Robaki? Jednak stanęłam na górze i zapomniałam o wszystkim. Wszędzie było niebo. Nie piasek, ale niebo.

Nura: – Uwolnienie – to poczułam. I tego pragnęłam: przestrzeni, wolności, zmiany.

Miriam: – Pustynia nie była dla mnie najważniejsza. Wiedziałam, że pojadą na nią wspaniałe kobiety. Chciałam poczuć ich siłę. Chciałam z nimi pobyć.

Każda z nas dostaje swój talerz, kubek i łyżkę, od tej pory musi o nie dbać: czyścić piaskiem i pilnować. Każda dostaje też arabskie imię, my naszym towarzyszom nadajemy polskie. Adam mówi: – Jesteście tu bezpieczne, jesteście tu w rodzinie. Witamy się śpiewem i tańcem.

Rim: – Pierwsza noc była straszna. Spanie na piasku. Wielbłądy chodziły niedaleko. Bałam się myszy i robaków. Każdy szelest mnie podrywał. Myślałam, że nie wytrzymam.

Nura: – Wschód słońca przywitałam jak zbawienie. Przywitałyśmy duchy tej przestrzeni i to osadziło mnie w pustyni. Poczułam pokorę. Pomyślałam: „albo się jej poddamy, albo nas zniszczy”. Poprosiłam o przychylność i poczułam się przyjęta.

– Nimsza, nimsza (chodźmy) – rzucają mężczyźni i zaraz – beszweja, beszweja (powoli). Trzeba skupić się na oddechu, na krokach. Złapać rytm. Wielbłądy chodzą niespodziewanie szybko. Trudno nadążyć.

Lejla: – Mieszko uczył mnie arabskiego: „piasek”, „kochana Sahara”, „patrzeć”, „słuchać”. Nic mi nie wchodziło do głowy. On cierpliwie powtarzał, ja za nim. Pomagało mi to nie myśleć o zmęczeniu. Nie chciałam poddać się za wcześnie, nie chciałam być najsłabsza.

 

Foto: fotochannels.com

Po obiedzie ruszamy dalej. Na wielbłądach. To inne poznawanie. Myśli nie są zajęte ruchem ciała. Uwolnione skupiają się na przestrzeni.

Lejla: – Byłam szczęśliwa, że skończył się film w aparacie. Teraz całą sobą mogłam chłonąć przyjemność z jazdy i przestrzeni.

Nura: – Ja myślałam, że tego nie przeżyję. Kurczowo trzymałam się uchwytu i bałam się, że spadnę. Myślałam: „po co mi to, po co mi to?”. Wieczorem zrozumiałam, że mój jedyny wybór polega na tym, że mogę iść albo jechać. Muszę przyjąć to, co teraz dostałam czy też sama wybrałam.

Jasmin: – Poczułam, że to wielbłąd mnie niesie, że to nie ja steruję. Uwalniałam się od lęku przed jazdą i od lęku w ogóle. Uwalniałam się od rzeczywistości, którą zostawiłam: papiery kredytowe na nowy dom.

Rim: – Po całym dniu byłyśmy ledwo żywe. Mężczyźni też byli zmęczeni, ale robili wszystko, żeby nas rozruszać. Śpiewali, tańczyli i wciągali do tego nas. W końcu Adam powiedział: „Widzimy, że jesteście zmęczone, ale chcemy, żebyście poszły spać szczęśliwe”.

Nura: – Po tańcach zapomniałam o wszystkim. Na noc zrobiłam sobie parawan z koszuli. Był mocny wiatr, więc zasłony z koców dziewczynom spadały, a moja koszula się trzymała.

Precyzja i wiązanie szesza

W nocy piasek wciska się wszędzie. Rano nikt nie myśli nawet o myciu zębów. Chustami zasłaniamy twarze.

Lejla: – Wiązanie szesza to jak ceremonia picia herbaty. Każdy gest był ważny. Każde zagięcie czy węzeł były zawsze w tym samym miejscu. Mieszko zakładał mi chustę, owijał ją dokoła głowy. Kończył z boku, gdzie zaczynała się druga część szesza służąca do osłaniania twarzy.

Wiatr jest tak mocny, że nie da się myśleć o niczym. Dzięki temu można odczuć, że inaczej idzie się po piasku sypkim, inaczej po ubitym. Inaczej idzie się drobnym krokiem, inaczej długim. Inaczej z przodu i z tyłu.

Miriam: – Szłam na przodzie. Na początku usiłowałam dotrzymywać Piotrowi kroku. Potem zaczął wskazywać mi ścieżkę kijem. Po godzinie szłam już obok niego i wybierałam sama.

Lejla: – Trzeba było zjeść śniadanie, zapakować rzeczy na wielbłąda i iść aż do obiadu. A potem zjeść obiad, odpocząć i iść dalej.

Nura: – Dobrze mi się szło, myślałam tylko o tym, że trzeba zrobić kolejny krok. Szłam i różne rzeczy się we mnie pojawiały. Ale o nich też nie myślałam. Przychodziły i odchodziły. Wspomnienia, uczucia z dzieciństwa.

Tematy wypływały z poobiednich rozmów o imionach, matkach, pierwszych miesiączkach. Niezwykłe doznanie wspólnoty doświadczeń, przestrzeni i bezpieczeństwa. Przejście przez pustynię to proces oczyszczania. Schodzą kolejne warstwy, które zasłaniają naszą istotę.

Aisha: – Miałam wrażenie, jakbym dotykała czegoś, co jest u źródeł człowieczeństwa. W naszym współbyciu było tyle szacunku. Do siebie, do innych, do natury.

Rim: – Raz obudziłam się w nocy. Znalazłam żuka pod pidżamą, wyjęłam go ostrożnie. Pamiętałam słowa Alego: „To też życie. Sahara jest też dla niego”.

Burza i ofiarowanie

Warde: – Trzeciego dnia poprowadziłam karawanę. Przejęłam wielbłądy i zaczęłam wyszukiwać ścieżkę pomiędzy wydmami. Na początku wydawało mi się, że tam nic nie ma. Nie wiadomo którędy, nie wiadomo jak, ale z kroku na krok ścieżka zaczęła się wyłaniać. Podążyłam za nią. Szłam do następnego zakrętu, choć nie wiedziałam, co będzie dalej. Dzięki bliskości i wspólnocie kobiecej przestałam się czuć sama. Zrozumiałam, że jestem częścią wspólnego procesu, który nie ma żadnych barier. To doznanie jedności własnej płci wyzwala siłę.

Jasmin: – Trzeciego dnia pomyślałam sobie: „jak nie ten dom, to inny”. Przestałam myśleć o kredycie. Szłam z Piotrem. Milczeliśmy. On znał tylko arabski, ja nie miałam ochoty rozmawiać. I dobrze nam było. Trzeciego dnia rozjuczyłyśmy z Nurą wielbłądy, zanim Piotr oporządził swojego. Potem szłam na początku i czułam się dobrze. Ze sobą i ze wszystkimi.

 

Miriam: – Dopiero trzeciego dnia zaczęłam dostrzegać mężczyzn. Rim powiedziała: „jacy oni piękni”. Zaczęłam im się przyglądać. Zobaczyłam ich harmonię, radość i spokój. I wszystko stało się jednym – kobiety, pustynia, mężczyźni. Poczułam, że powstała całość. Wypełniła mnie bezkresna radość. Cieszyłam się, siedząc na piasku, na wielbłądzie, idąc, zbierając chrust. Cieszyłam się ze słońca i z deszczu, jak się budziłam i zasypiałam.

Noc była cicha. Nie wiało.

Nura: – Rim znalazła dołek przy krzaku za wydmą, zrobiła dach z koca. Wtedy spało mi się najlepiej. Obudziły mnie błyski. Leżałam i zastanawiałam się, gdzie jest burza, czy przyjdzie do nas, czy nas ominie. Czekałam i napełniałam się tą energią.

Warde: – Mnie obudziła cisza. Cisza, jakiej nie znałam. Nie drgnęło nic. Powietrze było gorące i gęste. Nie było gwiazd, tylko chmury. I nagle niebo zaczęły rozświetlać błyskawice. Szły dokoła, były wszędzie. Dołączyły się grzmoty. I wtedy uzmysłowiłam sobie, że jestem na pustyni. Że to ogromny, płaski teren, na którym nie można się ukryć. Można tylko oczekiwać. Można tylko się temu poddać. Ofiarować. Rozłożyć ręce i powiedzieć: „Oto jestem”.

Rim: – Siedziałam na piasku i patrzyłam w zachwycie na pioruny. Wcześniej bałam się burzy, a tu na pustyni czułam się jak w domu. Przyszedł Mieszko, powiedział, że rozstawili namiot, żebyśmy się schowały. Oglądałam burzę przez szczelinę. Zobaczyłam Jana. Spał. Zaczęłam go wołać. Przyszedł, ale zaraz wyszedł. Tańczyć i śpiewać.

Jedna droga

Rim: – Ruszyliśmy w deszczu, a ja pomyślałam: „Jak pada, to pada”.

Nura: – Deszcz nas oszczędzał. Był lekki i padał z przerwami. Do tego wiał wiatr i nas suszył. To był najlepszy dzień. Adam powiedział: „Sahara jest dla was łaskawa, dała wam wszystko”. Potem Mieszko pokazał: oaza. Poczułam żal. Tak dobrze mi się szło, a tu koniec. Za szybko.

Lejla: – Na pożegnalny wieczór przygotowałyśmy program: głuchy telefon, kalambury, piosenki. Było dużo śmiechu. Potem dziękowałyśmy naszym towarzyszom. Po każdym zdaniu zapadała cisza. Adam tłumaczył, mężczyźni słuchali. Wszyscy byliśmy tak blisko. Wspólny garnek, wspólna droga. I chleb, który trzeba zrobić i podzielić. I ostatnia noc razem. Rano ostatnia herbata i ostatnia godzina marszu.

Lejla: – Chciałam dalej iść. Nie chciałam się z nimi rozstawać. I nagle Bożydar zaczął tańczyć. On, który nigdy przy ognisku się nie ruszał. Na koniec pokazali nam jeszcze, jak się żegnać. To też można robić z radością. Na pustyni nie da się zamieszkać. Pustynię trzeba po prostu przejść. Ale można ją także przenieść na podwórko, na ulicę, do miasta. Można budować swoją własną harmonię.

Miriam: – Pustynia uczyła mnie uwagi. Była pełna życia i zieleni. Każdy odcinek w ciągu dnia był inny. Mężczyźni uczyli mnie radości. Obserwowałam, ile było pomiędzy nimi miłości i radości z bycia razem. I przy całej swej spontaniczności byli pełni godności. Widać to było w oczach, na ich twarzach, w każdym ich ruchu. Spokój. I obserwowałam, jak każda z nas się zmienia, ile siły odnajduje.

Rim: – Nie pamiętam, kiedy się tak śmiałam. I zrozumiałam, jak niewiele ode mnie zależy. Robię coś i mówię sobie: „Zdążysz. A jak nie, to zrobisz jutro”. Rano medytuję, jem trzy posiłki, choć przed wyjazdem jadałam tylko obiad wieczorem. Jestem tu i teraz. I jest mi dobrze.

Nura: – Porządek rzeczy. Gdy rozmawiałyśmy przy jedzeniu, Adam nas uciszał. To był czas na jedzenie. Potem był czas na herbatę, rozmowy, śpiewy. Na wszystko. Nie chciałam wyjeżdżać. Chciałam iść dalej. I idę. Odnalazłam swoją wewnętrzną dziewczynkę. Czułam się z nią niepewnie. Teraz się nią zajmę. I wiem już, co chcę robić: skończyć studia psychoterapii i zacząć pracę z dziećmi. Kierunek sam się pojawi.

Warde: – Na początku nie wiesz, którędy iść. Ale droga się pojawia. I zaczynasz myśleć o karawanie, o ludziach i zwierzętach. Musi być przyjazna dla wszystkich. I nagle zaczynasz ją dostrzegać wśród innych możliwości. Dokonujesz wyboru, skręcasz wokół tej wydmy. I czujesz, że to ty prowadzisz. Jest odpowiedzialność i spokój. Bo droga jest jedna.