1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Podróż do środka siebie – jak i kiedy najlepiej w nią wyruszyć?

Podróż do środka siebie – jak i kiedy najlepiej w nią wyruszyć?

W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
Warto w nią wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin, a zwłaszcza wtedy, kiedy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. Terapeutka Psychologii Procesu Agnieszka Kramm wyjaśnia, jak wielką rolę w takiej podróży mogą odegrać sny, postaci z mitów, bajek czy popkultury.

Sytuacja, jaka obecnie jest na świecie, ale też przekroczenie pewnego wieku, początek roku czy kryzys w życiu osobistym – sprawiają, że zadajemy sobie pytanie: „Czy na pewno tak powinno wyglądać moje życie?!”. Chcemy coś zmienić, ale nie bardzo wiemy, co...
To jest bardzo częste zjawisko. Gdybym miała podać powody, dlaczego ludzie idą na terapię lub zaczynają zagłębiać się w siebie, to byłby to jeden z najważniejszych. Czyli człowiek dochodzi do takiego momentu, w którym okazuje się, że pewne role i zadania, ale też pewne pomysły na życie przestają działać. Pojawia się rodzaj pustki, braku, niespełnienia. Ponieważ przeważnie pracuję z kobietami, skupię się na tym, jak ta kwestia wygląda w ich przypadku, bo jest trochę odmienna niż u mężczyzn.

Na czym polega ta różnica?
Kobiety często zdają sobie sprawę z tego, że model, w jakim do tej pory funkcjonowały, jest typowo męski, żeby nie powiedzieć: patriarchalny. Czyli związany z działaniem i zdobywaniem, robieniem kariery zawodowej. A taki paradygmat, po pierwsze, nie oddaje pełni kobiecej natury, a po drugie, wiąże się z nieustającym eksploatowaniem samej siebie. Inna sprawa to fakt, że kobiety częściej niż mężczyźni dochodzą do wniosku, że wiele wzorców zostało im narzuconych, i dotyczą one zarówno tego, jak mają wyglądać, jak i czego powinny pragnąć.

Bardzo często słyszę to od kobiet. Że realizują plan na życie, który nie do końca jest ich.
Mówią: „No dobrze, jestem matką, żoną, mam mieszkanie, psa i całkiem fajną karierę, a w ogóle nie czuję satysfakcji”. Przy czym: „nie czuję satysfakcji” to jest ten bardzo lekki poziom rozczarowania, dużo gorzej, kiedy pojawia się poczucie wypalenia albo gdy budzisz się rano i kompletnie nic nie czujesz. To są momenty wręcz depresyjne. I często dotyczy to kobiet, którym inne kobiety wszystkiego zazdroszczą.

Przychodzą do pani i słyszą: „Szłaś złą drogą?”.
Nie, nie chodzi o to, że wszystko było złe. Ale że najwyższa pora coś zmienić, pojawia się potrzeba znalezienia głębszego sensu życia. To oczywiście nie oznacza, że ta nowa droga z sensem będzie tylko miła i przyjemna, że od teraz będzie wieczna zabawa.

Ja bardzo lubię swoją pracę. Kiedy zamykamy numer, często czuję się wyczerpana i przemęczona, ale gdy jest już na rynku, przychodzi też satysfakcja, duma. Mój energetyczny bak znów zostaje zapełniony. Problem pojawia się chyba wtedy, kiedy bak jest ciągle pusty. Czy to znak, że ktoś za dużo pracuje, czy że jednak nie robi czegoś, co go „napełnia”?
Najlepiej byłoby sprawdzić obie te hipotezy, ale dużo częstsza jest taka: „To, co robię, mnie napełnia, ale robię tego za dużo, nie ma przeciwwagi, drugiej strony”. A ta druga strona, zwłaszcza u kobiet, musi się pojawić. Wypalenie, depresja są często właśnie wołaniem tej drugiej strony.

Czym jest ta druga strona? Co nas woła?
W największym skrócie – dusza. Przeciwwaga dla działania, osiągania, zdobywania i wiecznej aktywności. Aby się z nią spotkać, potrzebujemy wejść w głąb siebie. Jest mnóstwo bajek i mitów na ten temat, a mity i baśnie pokazują pewne archetypy, czyli nieuświadomione, głębokie pragnienia i tendencje. Jednym z takich mitów jest mit o Demeter i Persefonie. Opowiada o tym, że życie jest cyklem. Tego się nas wcale nie uczy, w związku z tym nie dajemy sobie przyzwolenia na to, by też nie działać. A niedziałanie jest nam bardzo potrzebne. Po pierwsze, po to, by odpocząć. Po drugie, by zajrzeć w głąb siebie i spotkać się z tym, co tam się znajduje. Bo jest czas na to, że Demeter i Persefona, matka i córka, się spotykają i wszystko rozkwita. Jest wiosna, lato, słońce i czas plonów. Potem jednak Persefona musi zejść do podziemia, a na zewnątrz świat zamiera – jest jesień, zima, liście opadają, nic nie kwitnie. My też musimy czasem zejść do podziemia. To naturalne. I są na to potrzebne czas i przestrzeń. Nie da się tego robić jednocześnie, czyli pracować 24 godziny na dobę i mieć czas na bogate życie psychiczne i duchowe. A ono również domaga się naszej uwagi. Ono też woła, czasem tak głośno, że manifestuje się poprzez chorobę psychosomatyczną czy depresję.

Już usłyszałyśmy ten głos, co możemy teraz zrobić?
Przede wszystkim trzeba się zatrzymać. Polecam bardzo książkę „Podróż bohaterki” Maureen Murdock. Autorka, uznana jungistka, pisze, że kiedy już się wyruszy w podróż do środka siebie, to trzeba wiedzieć, że nie będzie tu żadnych map i wytycznych. Można się wspierać różnymi narzędziami, po to są m.in. kręgi kobiet, terapia, medytacja czy kontakt z przyrodą, ale cel jest jeden: spotkać siebie. A to odbywa się głównie poprzez obserwację, nie poprzez działanie. Co obserwuję? To, jakie emocje się we mnie pojawiają i co mi się śni.

Sny są ważne w takiej podróży?
Ogromnie ważne. Psychika, dusza mówią do nas właśnie snami.

Ale robią to nie zawsze w języku, który rozumiemy...
Można się go nauczyć. To język symboli, metafor i energii, ale nie takich jak w sennikach. Każdy sam jest dla siebie słownikiem symboli i metafor.

Sama wiem, jak zinterpretować swój sen?
Bo wiem, co dla mnie znaczą różne elementy tego snu.

Powiedzmy, że śni mi się podróż i ciągle się w tym śnie przemieszczam, w dodatku spotykam różnych ludzi – zarówno tych realnych, z mojego życia, jak i postaci z filmów czy książek, które oglądam lub czytam.
Pewne elementy snów są dla nas wszystkich wspólne, archetypiczne. Podróż to taki właśnie archetyp. Oznacza zmianę, czasem nawet zmianę tożsamości, albo jej potrzebę. Sny, wbrew temu, co myślimy, nie pokazują, co się stanie, ale co jest nam potrzebne, ukazują tendencje naszego rozwoju. Czyli warto zadać sobie pytania: w jakim aspekcie mojego życia muszę w tę podróż wyruszyć? Gdzie jest zbyt wielka stagnacja, gdzie jestem zbyt „zatrzymana”? W następnej kolejności warto popatrzeć na osoby, które spotykam w tej podróży ze snu. Z czym one mi się kojarzą? Jaką jakość wnoszą, jaką mają energię, kim one są dla mnie? Gdybym miała opisać je zupełnie obcej osobie, to co jest w nich takiego specyficznego i indywidualnego? Warto to ustalić, bo to znaczy, że ten kawałek jest mi potrzebny w podróży. Może muszę go bardziej rozwinąć albo jest dla mnie najbardziej trudny. Ale na pewno mieści się w nim coś ważnego. I to jest właśnie ten indywidualny odbiór.

Sny są cudowną materią do pracy nad sobą, już Zygmunt Freud mówił o nich „królewska droga do nieświadomości”. Można je zapisywać w postaci słów, można robić mapy snów, można je rysować... Co więcej, kiedy wyruszamy w taką wewnętrzną podróż, miewamy zwykle więcej snów i są one bardziej wyraziste i znaczące niż zwykle. I mówią to nawet ci, którzy nigdy nie śnią.

Co jeszcze obserwujemy, oprócz snów?
Emocje oraz ciało. Co się w nim dzieje? Co ono czuje? Czego potrzebuje? Jak reaguje na różne sytuacje, emocje i bodźce? W ten sposób wchodzimy też w bliższy kontakt z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, czyli tą częścią nas, która cała jest zbudowana z potrzeb. Kiedy nakarmimy, uspokoimy i uszczęśliwimy to nasze Dziecko, odnajdziemy właściwą drogę do siebie.

Często będą to rzeczy, które z punktu widzenia świata uzgodnionej rzeczywistości, czyli świata działania i osiągania, nie będą szczególnie atrakcyjne. Dziecko rzadko chce zostać dyrektorem, zwykle chce dostać psa albo iść na spacer, więcej czasu spędzać z przyjaciółmi albo chce leżeć i robić nic! To często jest właśnie pierwszy etap takiej podróży: pozwolenie sobie na leżenie i nicnierobienie.

Żyjemy w bardzo silnym paradygmacie produktywności, boimy się, że jeśli się zatrzymamy, to się rozpadniemy. Ale my właśnie mamy się rozpaść. I tak to się wkrótce stanie, lepiej więc z tym współdziałać, niż być w kontrze, bo wtedy się rozpada z jeszcze większym hukiem. Ludzie mówią: „czuję, że jeśli się położę, to już nie wstanę”. To nieprawda, tak się nigdy nie dzieje, ale może przez tydzień rzeczywiście tylko poleżymy.

Czyli: śnimy, leżymy, obserwujemy siebie i swoje potrzeby. A jeśli mamy ochotę na jakiś serial czy książkę, może te, które już widziałyśmy czy czytałyśmy setki razy? Czego mamy w nich szukać? Jak odnaleźć w nich tę brakującą cząstkę siebie, to „coś”?
No właśnie tego nie da się opisać na zasadzie: „jest różowe i pachnie wanilią”. Gdy to się znajdzie, to się po prostu wie. Nazywam to poczuciem mocy osobistej, w której jest miejsce na siłę, ale również na słabość.

Kolejny etap stanowi zbudowanie pomostu pomiędzy tym, co jest we mnie, a światem, czyli zrobienie na to, co odnalazłam, miejsca w swoim życiu. I zawodowym, i osobistym. Ale też bądźmy świadome, że to czasem zadanie na parę miesięcy. Albo i lat – i to jest w porządku.

Wielu kobietom pomaga zrobienie listy pod tytułem „Kim jestem?”. Co się tam najpierw pojawi?
Najpierw pojawiają się role, które odgrywamy w życiu. Czyli: jestem żoną, matką, prawniczką... Dopiero potem robi się miejsce na dużo głębsze poczucie, kim jestem Ja, właśnie Ja. To chyba dobra pora, żeby wspomnieć o micie osobistym...

Czym jest mit osobisty?
Carl Gustav Jung jako pierwszy powiedział, że jest coś takiego jak osobista historia, która dzieje się przez całe twoje życie, takie trochę „po co tu jestem?”, i ma to wiele wspólnego z głębokim poczuciem sensu. Mit osobisty to podstawowy wzorzec, motyw, ale też twoje wyzwania i zadania. To coś więcej niż codzienne obowiązki, to siła, która nami kieruje, historia, jaka chce się wypełnić. Nie chodzi o to, że nasze życie jest przez coś zdeterminowane, niezależne od naszej woli, tylko że właśnie ma głębszy sens. Indianie wierzą, że każda dusza przychodzi na ten świat po coś, tylko kiedy już się rodzi, to zapomina po co. I jej życiowym zadaniem jest to sobie właśnie przypomnieć.

Co może być naszym mitem osobistym?
Zwykle odnajdujemy go, cofając się do pierwszego snu z dzieciństwa albo analizując powtarzające się sny. Sam fakt, że one się powtarzają, znaczy, że zawierają ważny wzorzec, coś do odkrycia. Na przykład jedna z kobiet, z którą pracowałam nad odnalezieniem jej mitu osobistego, była bardzo zadaniowa, skupiona na różnych celach i wysoko produktywna. Miała też powtarzający się sen, śniony już w dorosłości, że tańczy: z kimś, czyli w parze, albo sama. Rzeczą do nauczenia czy zrozumienia, tym, co było jej potrzebne, czyli jej lekarstwem na różne bolączki – bo tym też jest mit – było to, by nauczyła się bardziej tańczyć w swoim życiu. Czyli chodziło o lekkość, przyjemność i radość. Metafora tańca była tym, co w sposób bardziej świadomy potrzebowała wnieść do swojego życia.

Jej mit mówił: „życie jest tańcem”.
Zgadza się. Inna historia z mojego gabinetu dotyczyła pierwszego snu z dzieciństwa. Dziewczynę goniły wilki, czego oczywiście bardzo się bała, ale w snach często to, czego się boimy, jest tym, co najbardziej nam potrzebne. Chodziło więc, by połączyła się z energią wilków, częściej używała kłów i pazurów. Na co dzień była bardzo miłą i grzeczną osobą, trzymającą się zasad, a potrzebowała zaufać swoim instynktom.

A można też doszukać się swojego mitu w ulubionych bajkach, książkach lub filmach? Powiedziała pani o wilkach, mnie przyszły na myśl wampiry. Wiele osób, w tym ja, uwielbia filmy i książki o nich.
Ja też. Seriale o wampirach to moje guilty pleasure. Kocham wampiry!

Co takiego w sobie mają, że tak je kochamy?
Wampiry to bardzo ciekawy, kulturowy symbol. Reprezentują bardzo wypartą, dziką część nas. Z jednej strony są ludźmi, z drugiej – zwierzętami. Mają w sobie ogromną siłę, jakąś pierwotność. Krew, którą piją, ja rozumiem jako coś żywego. Nie żywią się byle czym, a esencją życia.

Są też bardzo egoistyczne, pozwalają, by ich pragnienia były ważniejsze niż innych.
Zdecydowanie tak. I uwielbiają rządzić innymi. Powiedziałabym tak: jeśli ktoś bardzo lubi czytać o wampirach lub często mu się śnią, wskazówką dla niego jest „stań się wampirem w swoim życiu”. Czyli stawiaj swoje pragnienia na pierwszym miejscu i ustal, co jest tą „krwią”, bez której nie przeżyjesz. Żyw się nią.

Dla wielu kobiet ważną postacią jest czarownica. Od kilku lat obserwuję odradzanie się kultu współczesnych wiedźm. Mnie kojarzy się to z powrotem do natury, z uznaniem, że jesteśmy połączeni ze wszystkim, co żyje. Ale wiedźma to dla mnie też mądrość, moc, wiedza.
Ogromnie się cieszę, że powraca kult czarownicy. Między innymi dlatego, że mamy bardzo mało postaci bogiń w naszej kulturze. Mamy Matkę Boską i Ewę. Jedna jest związana z ogromnym poświęceniem, a druga – z ogromnym poczuciem winy. A jeśli nie ma czegoś w baśniach, mitach czy opowieściach, to nie ma reprezentacji tego w kulturze. Wtedy dużo trudniej jest to poczuć w sobie, dać sobie na to przyzwolenie. Czarownica to wyparty element boginicznej, ale i realnej kobiecości. To część związana ze starością, mądrością i ogromną mocą. Związana z cyklami natury, z roślinami, zwierzętami. Jest dzika, złośliwa, często brzydka – ma brodawki, siwe, potargane włosy, pazury i garb. Ale ona pozwala sobie na bycie brzydką, na niezabieganie o aprobatę otoczenia. Bo ma wielkie poczucie mocy; stąd strach, jaki czarownice wzbudzały w wiekach średnich.

Na jednym z protestów widziałam transparent: „Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie udało się wam spalić”. Aż mnie dreszcz przeszedł, taki był mocny. I pomyślałam sobie, że czarownice towarzyszą naszemu dzieciństwu, a potem znikają. Dziś wiele kobiet określa się „współczesnymi czarownicami” i nie są to żadne metafory czy żarty.
To kobiety, które nie pozwalają, by je kontrolować. Są mądre, pewne siebie, wolne i pełne radości życia. Ich siła jest połączona z naturalnym cyklem: wiedzą, kiedy trzeba coś pożegnać i pozwolić mu odejść, a kiedy coś przywitać czy nawet przywołać. Wiedzą, kiedy trzeba wejść do lasu i odciąć się od ludzi, a kiedy do nich wrócić i im pomóc. I my tej mądrości bardzo potrzebujemy. Cieszę się, że ta energia się dziś budzi. Kobiety, które do mnie przychodzą, bardzo często śnią o czarownicach, które je gonią. Ale widać to też w popkulturze: ile filmów jest teraz o czarownicach i o superbohaterkach! A popkultura zawsze odzwierciedla potrzeby społeczne i ważne trendy. Może więc w tej podróży tak naprawdę potrzebujemy odkryć naszą wewnętrzną czarownicę, superbohaterkę, nosicielkę naszej mocy?

Agnieszka Kramm, psycholożka, psychoterapeutka, superwizorka. Prowadzi projekty i kręgi kobiet, autorka podcastu "krammzemocjami".

Ćwiczenie na początek drogi

Weź kartkę papieru i napisz, bez cenzury i bez dłuższego zastanowienia, co jest na ten moment dla ciebie ważne, co jest superważne i co lubisz, co ci sprawia przyjemność. Możesz użyć kolorów, rysunków, wzorów. Następnie zadaj sobie pytania: kiedy najbardziej czuję się sobą? W jakim momencie? Potem to przeanalizuj i pomyśl, jak na to wszystko, co napisałaś, możesz zrobić więcej przestrzeni w swoim życiu. I wpisz to sobie do kalendarza.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze