1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dla Anglików szczęście tkwi w szczegółach: spacerze z psem, keksie z marmoladą, pogawędce o deszczu i jajkach na miękko. Koniecznie ze złocistą grzanką. 

Cecil John Rhodes, XIX-wieczny brytyjski polityk i przedsiębiorca, zwykł mawiać, że urodzić się Anglikiem to jak wygrać główną nagrodę na loterii życia. I większość Brytyjczyków się z nim zgadza. Rhodes był wprawdzie gorliwym rzecznikiem imperializmu, jednak radość, jaką czerpią oni z codzienności, niewiele ma wspólnego z królewską pompą i mocarstwowym przepychem. Angielski klucz do szczęścia ma niewielkie rozmiary, ale sporą skuteczność.

Bill Bryson – urodzony w Stanach Zjednoczonych, a zakochany w Wielkiej Brytanii autor książki „Zapiski z małej wyspy”, twierdzi, że jej mieszkańców bardzo łatwo jest uszczęśliwić. „Coś niezwykłego – oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych! (...) Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru. Jeśli naprawdę wystawić ich na pokuszenie – częstując ich tortem albo pralinkami z bombonierki – to zaczną się wahać i martwić, że to niezasłużony luksus, jakby powyżej pewnego poziomu każda przyjemność była czymś nieprzyzwoitym. – Och, nie powinienem – mówią”.

Podstawą angielskiego podejścia do życia jest umiarkowanie i powściągliwość, z której wynika także upodobanie do drobnych codziennych radości.

Chłodno, nieprawdaż?

Jedną z nich są z całą pewnością monologi, dialogi i wszelkie rozważania o pogodzie – na całym świecie uważane za banalne. Tylko angielska gazeta może opublikować prognozę brzmiącą: „Przewidywania: sucho i ciepło, ale chłodniej i popada” (cytat z „Western Daily Mail")! Zwykło się uważać, że gdyby nie zjawiska atmosferyczne, dwóch Anglików nie miałoby szans nawiązać ze sobą jakiejkolwiek relacji. Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie przepadają za mało znaczącymi pogawędkami zwanymi small talk; wyjątek czynią właśnie dla rozmów o pogodzie. Bliscy przyjaciele prowadzą oczywiście ważne dyskusje na głębokie tematy; z nieznajomymi spotkanymi w windzie lub pociągu omawia się tylko zachmurzenie czy deszcz, bez wstępowania na grząski grunt bardziej osobistych kwestii.

Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock) Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock)

Jak wynika z badań dr Gillian Sandstrom z Uniwersytetu Essex, jest to całkiem zdrowe i rozsądne rozwiązanie. Psychologowie już dawno orzekli, że najbardziej satysfakcjonują i uszczęśliwiają nas intymne rozmowy na ważne tematy, zaś zdawkowe pogawędki noszące pozorne znamiona wzajemnego zainteresowania mogą wywoływać poczucie pustki i rozczarowania. Zachwyt lub ubolewanie nad warunkami atmosferycznymi skutecznie wypełniają krępującą ciszę, pomagają przełamać lody i pozwalają poczuć się zauważonym, a jednocześnie nie naruszają niczyich granic, co byłoby dla Brytyjczyków nie do zniesienia. Mogą też, choć oczywiście nie muszą, stanowić niezbędny wstęp do poważniejszej konwersacji. Takiej, która przyniesie prawdziwe zadowolenie, a odbędzie się... przy herbacie.

Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock) Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock)

A cup of tea, a pint of beer

Drugim po pogodzie popularnym stereotypem związanym z życiem na Wyspach jest tamtejsze umiłowanie dla gorącego naparu. I tym razem tkwi w nim nie tylko sporo prawdy, ale także sekret angielskiego dobrego samopoczucia. Filiżanka złotego płynu, podawanego najczęściej z mlekiem i cukrem, skutecznie gasi pragnienie, rozgrzewa, wzmacnia i poprawia koncentrację. Oprócz pozytywnego wpływu na ciało wykazuje także, a może przede wszystkim, doskonałe działanie na psychikę: stanowi okazję, by zwolnić, zebrać myśli, porozmawiać w skupieniu z kimś bliskim. Podobnie dzieje się w wypadku obfitego angielskiego śniadania oraz wieczornego spotkania przy piwie.

Jak wykazali naukowcy z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Oksfordzie pod kierunkiem prof. Robina Dunbara, regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia.

Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock) Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)

Zwierzaki w zamku

Brytyjczycy uwielbiają zwierzęta i są do nich bardzo silnie przywiązani. Szacuje się, że w kraju liczącym około 66 milionów mieszkańców żyje około 8 milionów psów i drugie tyle kotów, a także milion domowych królików, milion kanarków i papug, pół miliona chomików i świnek morskich. Wszystkie te stworzenia traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i obdarzane miłością i atencją. Poza bezwarunkowym uczuciem zwierzaki odwdzięczają się Anglikom pozytywnym wpływem na ich samopoczucie – wiadomo, że posiadanie pupila łagodzi efekty stresu, pomaga w walce z depresją, zmniejsza poczucie samotności i mobilizuje do większej aktywności fizycznej. Dla wielu Brytyjczyków dom jest tam, gdzie ich zwierzęta – to przy nich pozwalają sobie na pokazywanie zwykle głęboko skrywanych uczuć, niczego nie udają i są po prostu sobą, zgodnie ze słynną w całym świecie angielską dewizą my home is my castle – mój dom jest moim zamkiem, moją twierdzą; miejscem, w którym czuję się prawdziwie bezpiecznie. Mały czy duży, wystawny czy skromny – to już zdecydowanie mniej istotne, tym bardziej że popisywanie się nie leży zupełnie w angielskiej naturze – nie tylko jeśli chodzi o rozmiary nieruchomości. Brytyjczycy czują się nieswojo, jeśli ktoś zmusi ich do chwalenia się swoim statusem i osiągnięciami albo sam popisuje się swoimi. Nie oznacza to, że brakuje im zmysłu rywalizacji, jednak za swoją narodową filozofię przyjęli stoicyzm: niewzruszony spokój, którego nic nie powinno warunkować. A już na pewno nie rzeczy materialne.

Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock) Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock)

Mogło być gorzej

Wielu obcokrajowców to niczym niezmącone opanowanie zwykło określać mianem angielskiej flegmy; w rzeczywistości jest to raczej godna podziwu zdolność do przyjmowania zmiennych kolei losu z pogodą ducha, tym bardziej że niezbywalną cechą charakteru większości Anglików jest także poczucie humoru. To ono sprawia, że życie, które nie rozpieszcza nikogo, można odczuwać jako znośne, a nawet całkiem przyjemne. Łączy się z nim niestrudzony, uparty brytyjski optymizm, odczuwany wyraźnie w codziennej mowie dzięki chętnie stosowanym zdaniom, jak: „Mogło być gorzej” albo „Niby nic, a cieszy”. „Ta osobliwa postawa Brytyjczyków kiedyś była dla mnie zagadką” – pisze Bill Bryson. – „Stopniowo jednak sam przestawiłem się na ich sposób myślenia i od tej pory jestem szczęśliwy jak nigdy. Siedziałem kiedyś w przemoczonym ubraniu w zimnej kawiarni na brzydkiej nadmorskiej promenadzie i kiedy podano mi herbatę plus bułeczkę z rodzynkami, powiedziałem: Och, jak cudownie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na dobrej drodze”.

Anglicy kochają ironię; mają też na tyle silne poczucie własnej wartości, by śmiać się z siebie samych. Psychologowie od dawna zaś dowodzą, że osoby opierające swój humor na autoironii są szczęśliwsze, mają większą pewność siebie i ogólnie lepsze samopoczucie. Drugim ważnym składnikiem angielskiego humoru jest sarkazm.

– W ogóle bym powiedziała, że tutejsze szczęście opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips – śmieje się Kasia Redding, warszawianka od lat mieszkająca z mężem Anglikiem w hrabstwie Herefordshire na wschodzie kraju. Sarkazm można wprawdzie uważać za uszczypliwość, jednak naukowcy twierdzą, że i on może przyczyniać się do poprawy nastroju. „Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji” – przekonywał Oscar Wilde, a według amerykańskich badaczy jego zastosowanie w komunikacji wzmaga kreatywność zarówno mówiących, jak i słuchających, co może przekładać się na wzrost poczucia własnej wartości (Li Huang, Francesca Gino, Adam D. Galinsky, The highest form of intelligence: Sarcasm increases creativity for both expressers and recipients).

Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock) Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock)

Wesołość w reakcji na przeciwności – nawet ta podszyta ironią i sarkazmem – to chyba najważniejsza brytyjska strategia w poszukiwaniu szeroko pojętego dobrostanu. Jak podkreśla w książce „Atlas szczęścia” brytyjska dziennikarka mieszkająca w Danii – Helen Russell, determinacja Anglików, by pozostać radosnym (jolly), opiera się na jak najlepszym wykorzystaniu sytuacji, w której postawił ich los.

Szczęście po brytyjsku

Brytyjczycy, w tym Anglicy, należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie; co więcej, badania wskazują, że z roku na rok są coraz bardziej zadowoleni z życia. Według World Happiness Report przeprowadzanego na zlecenie ONZ, w 2019 roku znaleźli się na wysokim 15. miejscu listy obejmującej 156 państw, o cztery oczka wyżej niż w roku poprzednim. I choć termin „brytyjskość” uważa się za wysoce kontrowersyjny ze względu na fakt, że na Wyspach do czynienia mamy z kilkoma grupami narodowościowymi (Anglikami, Szkotami, Walijczykami i Irlandczykami), to, przy pewnym uproszczeniu, nietrudno jest dopatrzeć się cech wspólnych w ich podejściu do życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Jak wybrać najlepszą kawę? Na co zwrócić uwagę podczas kupna?

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Dziś chyba nikt z nas nie wyobraża sobie aktywnego dnia bez pobudzającej filiżanki kawy. Pijemy ją w różnych odsłonach – z ekspresu, po turecku, parzoną, rozpuszczalną, z dodatkami lub bez. Różne są też doznania smakowe pod względem kwasowości i goryczki, co warunkuje blend odmian. Na co zwrócić uwagę przy zakupie kawy?

Skąd pochodzi kawa?

Kawa, a raczej ziarna rośliny o nazwie kawowiec, w celach spożywczych zaczęły być wykorzystywane dopiero około VIII wieku. Z tego okresu pochodzą pierwsze wzmianki na temat pobudzającego działania kawy.

Według doniesień nazwa aromatycznego naparu wzięła się od jednej z prowincji w Etiopii o podobnie brzmiącej nazwie Kaffa. Zanim jednak kawa trafiła do Europy, ogromną popularność zyskała w krajach arabskich, gdzie słowo kahve lub qahwa w wolnym tłumaczeniu oznacza „odpędzać sen”.

Największe plantacje kawy znajdują się w Brazylii, Etiopii, Kolumbii, Wietnamie oraz Indonezji. W tamtych rejonach są też odpowiednie warunki klimatyczne do wzrostu i dojrzewania owoców kawowca. Kawowiec najlepiej rośnie na terenach, gdzie panują warunki tropikalne i deszcze pojawiają się w przeciągu całego roku. Roślina okres wzrostu i kwitnienia przechodzi w tym samym czasie, w związku z tym na jednej gałązce można zobaczyć zarówno kwiaty, jak i owoce. Ziarno kawy jest otoczone pergaminową łuską i składa się z dwóch bardzo podobnych części.

Teren upraw sięga rozmiarów 10 mln hektarów. Roczne spożycie kawy szacowane jest na 8 milionów ton. Przekłada się to na wypitych 2 miliardy filiżanek na całym świecie. Dane te dają podstawę do wysnucia wniosku, iż kawa jest prawdopodobnie najchętniej spożywanym naparem, bez względu na szerokość geograficzną. Ceniona nie tylko za właściwości organoleptyczne, charakterystyczną goryczkę i ciepły aromat, ale przede wszystkim za działanie pobudzające, za co odpowiedzialna jest zawarta w kawie kofeina.

Jakie są rodzaje kawy?

Najpopularniejsze i najczęściej wykorzystywane w celach przemysłowych gatunki to Arabica i Robusta.
  •     Kawa arabica – czym się charakteryzuje?
Uprawa kawy arabica zajmuje około 75% wszystkich plantacji. Najlepiej rośnie na terenach o wulkanicznym podłożu, stromych zboczach od 900 do 1900 m n.p.m.

Jest to gatunek bardziej wrażliwy na niesprzyjające warunki atmosferyczne, przede wszystkim upały. Dodatkowo mniej odporny na działanie szkodników i czynników chorobotwórczych. Ziarna kawy zbierane ręcznie, są znacznie lepsze w smaku, niż te zbierane mechaniczne, jednak proces ten wymaga delikatności, co wpływa na cenę kawy.

Kawa arabica daje łagodny smak, niższą kwasowość oraz zawiera mniej kofeiny niż kawa robusta.

  •     Kawa robusta – cechy gatunku.
W przypadku tego gatunku, warunki wzrostu nie są tak istotne. Robusta jest też bardziej odporna na działanie szkodników. Krzewy dają więcej ziaren, co wpływa na produktywność tej odmiany. Robusta jednak ma mniej pożądane przez konsumentów właściwości organoleptyczne. Jest gorsza w smaku, posiada wyższą kwasowość oraz prawie dwukrotnie przewyższa arabikę co do zawartości kofeiny.

Jak wybrać dobrą kawę?

Zanim podejmiemy decyzję o zakupie kawy, warto wiedzieć, jakie są rodzaje kawy, a co za tym idzie właściwości danego gatunku. Bardzo często spotyka się blendy, czyli pomieszane gatunki kaw w celu otrzymania określonych właściwości naparu.

Ważną rolę w kwestii finalnych doznań organoleptycznych będzie też odgrywał proces palenia i mielenia kawy. Przed wypalaniem ziarna kawy są zielone i nie posiadają żadnego smaku ani aromatu. Wszystkie pożądane cechy kawy są uwalniane poprzez proces palenia.

  •     Palenie jasne – daje najłagodniejszą kawę o niskim poziomie goryczy i lekkiej kwasowości.
  •     Palenie średnie – daje właściwy balans pomiędzy kwasowością, a charakterystyczną dla kawy goryczą. Najczęściej stosowany rodzaj palenia kawy, gdyż trafia w gusta większości konsumentów.
  •     Palenie ciemne – wydobywa mocny smak, goryczkowaty smak kawy.

Jak zmielić kawę?

Stopień zmielenia kawy zależy od sposobu parzenia.
  •     Drobno zmielona kawa sprawdzi się podczas przygotowywania naparu w ekspresie ciśnieniowym.
  •     Średni poziom mielenia będzie najlepszy do tradycyjnego sposobu parzenia kawy.
  •     Grubo mielona kawa będzie odpowiednia do przygotowania naparu w ekspresie przelewowym.
Bez wątpienia kawa jest najczęściej spożywanym napojem na świecie. Kawiarnie są popularnym, niezobowiązującym miejscem spotkań, a zaproszenie „na kawę” jest zawsze dobrym pretekstem, aby się ponownie zobaczyć. Warto również proponować swoim gościom najwyższej jakości produkty. Kawa Roberta Lewandowskiego dostępna w sklepie Foods by Ann, na pewno należy właśnie do takich specjałów. Przetestuj ten niesamowity smak i przekonaj się o prawdziwej jakości kawy.

  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście?
Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym?
To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie...
Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe?
Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia?
Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, "Niewielka suma szczęścia", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce?
Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię?
Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało?
Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.

  1. Styl Życia

Po prostu napij się herbaty

Wyrafinowany sposób parzenia herbaty, zwany gong fu cha (herbata pracochłonna), pochodzi z południowo-wschodnich Chin. (Fot. iStock)
Wyrafinowany sposób parzenia herbaty, zwany gong fu cha (herbata pracochłonna), pochodzi z południowo-wschodnich Chin. (Fot. iStock)
Ta codzienna czynność może być rytuałem, sztuką i głębokim przeżyciem. Filiżanka herbaty to świetny sposób na odnalezienie spokoju ducha.

Chińczycy parzą herbatę od tysięcy lat. Rozróżniają picie herbaty - he cha i jej kosztowanie - pin cha. Pijąc, zaspokajasz pragnienie, ale aby jej naprawdę skosztować, zatrzymaj się, poddaj temu urokowi.

Popatrz na suche liście - zauważ ich kolor, zwinięcie, potem wrzuć je do rozgrzanego czajniczka i wąchaj przed zalaniem wrzącą wodą. Zaparz kilkakrotnie. Sącząc gorący płyn, zwracaj uwagę na jego kolor, zapach i smak. Na koniec wyjmij liście na talerzyk i obejrzyj raz jeszcze. Jeden pęd herbaciany to zwykle jeden pąk xin i trzy liście ye. Xin to po chińsku także serce.

Sztuka herbaty

Wyrafinowany sposób parzenia herbaty, zwany gong fu cha (herbata pracochłonna), pochodzi z południowo-wschodnich Chin. Podstawowe przybory używane do jej przygotowania to tzw. cztery skarby: duży ceramiczny czajnik do gotowania wody, piecyk opalany węglem drzewnym, czajniczek do parzenia z purpurowej kamionki i porcelanowe lub kamionkowe czarki.

Pierwsze parzenie: jeżeli trwa krótko, zaledwie kilka sekund, nazywane jest „budzeniem herbaty”. Napar z niego można wylać, a jeśli tego nie robimy, dajmy herbacie więcej czasu (co najmniej 30 sekund). Najsilniejszym i najwartościowszym jest z reguły napar z drugiego parzenia. Kolejne powinny być dłuższe, ponieważ herbata staje się coraz słabsza.

Kosztowanie herbaty może prowadzić do cha yi (biegłości, doskonałości warsztatowej), dalej do cha dao (sztuki, tworzenia piękna), by w końcu stać się drogą do samodoskonalenia i duchowego rozwoju.

Cztery obszary tej sztuki to: mei - piękno naczyń oraz innych towarzyszących ceremonii dzieł oraz otoczenia, jian - zdrowie, zarówno duszy, jak i ciała, xing - kształtowanie charakteru i moralności, oraz lun - podtrzymywanie kontaktów międzyludzkich. Są one podstawą harmonijnego życia.

Piękno codzienności

Herbata pomaga oderwać się od trosk, doświadczyć spokoju i dostrzec piękno rzeczy małych. Ma też dobroczynny wpływ na zdrowie. Jeśli nauczymy się pić herbatę w skupieniu, będziemy umieli w skupieniu zajmować się również innymi sprawami. Wtedy nawet krótkie spotkanie przyniesie dobrą zmianę. Bo herbata mówi: „zatrzymaj się”. Przywraca naturalny porządek rzeczy, pokazując, jak niewiele potrzeba, by takim się stał. Wystarczą woda, liście, czajniczek i czarka.

Usiądź i napij się herbaty. Nie rób nic innego. Skup się na tej chwili. Zaproś przyjaciół, przygotuj ładne naczynia i nastrojową muzykę. Herbatę dobrze jest kosztować godzinę po jedzeniu lub pół godziny przed, tak, by w pełni jej posmakować. Zadbaj, by była to herbata dobrej jakości, ładne naczynia, piękne otoczenie i przyjazne osoby.

Jeśli cieszysz się taką chwilą w samotności, rozgrzej najpierw wrzątkiem czajniczek i kubek, filiżankę lub czarkę. Powąchaj suche liście, zobacz, jakie mają kolory i kształty. Potem wylej wrzątek, a do gorącego czajniczka (lub kubka z zaparzaczem) wrzuć liście. Zamknij go i po chwili sprawdź, jak się zmienił ich zapach. Następnie zalej herbatę lekko przestudzoną wodą (odpowiednio do rodzaju herbaty: zieloną - ok. 70 st. C, białą - 80, żółtą - 85, turkusową – 85-90, czerwoną - 90, czarną - 95). Odczekaj około pół minuty (czas zależy od rodzaju herbaty, ilości liści, temperatury wody i tego, jaką moc naparu chcemy otrzymać). Przelej  płyn do naczynia, zobacz, jaki przybrał kolor, poznaj jego smak i zapach. Pomyśl, z czym miłym ci się kojarzy. Gdy wypijesz, zalej tę samą herbatę ponownie wodą. Powtarzaj wszystkie czynności parzenia tak długo, jak długo będziesz mieć na nie i na smak herbaty ochotę.

 

Herbata a filozofia

Jako pierwsi herbatę zaczęli uprawiać mnisi buddyjscy. Cenili ją za to, że orzeźwiała, rozpraszała senność i pomagała wytrwać w medytacjach. Z czasem niektóre jej właściwości zaczęto traktować jako symbole wyrażające pewne myśli buddyjskiej filozofii. Jej gorzki smak kojarzył się z cierpieniem i goryczą, nierozerwalnie związanymi z ludzką egzystencją, a spokój i skupienie, towarzyszące rytuałowi picia herbaty, były podobne do stanu umysłu podczas medytacji.

Prawdziwe kosztowanie herbaty wymaga oderwania myśli od trosk codziennego życia, od przeszłości i przyszłości, od wszystkiego, co może nas rozpraszać. Istnieje nawet takie powiedzenie: „medytacja i herbata mają ten sam smak”. Bo tak jak początkowo gorzki napar zmienia się po chwili w słodki, tak i w medytacji - choć wydaje się trudna i niezrozumiała - można się po pewnym czasie rozsmakować.

Wyraźny wpływ na estetykę herbaty wywarło taoistyczne umiłowanie natury i prostego piękna. Taoiści postulowali dążenie do zatarcia różnicy między „ja” a światem zewnętrznym, co pomagało osiągnąć jedność z naturą. Ta postawa wu ji stała się jedną z najważniejszych myśli związanych ze sztuką parzenia herbaty, która jest towarzyszeniem jej w ciągłych przemianach. Uważana była przez taoistów za drogę do harmonii z naturą, a także za panaceum na wszelkie choroby, a nawet za środek zapewniający nieśmiertelność.

Sztuka parzenia herbaty jest związana z konfucjańską koncepcją „drogi środka”, szukania umiaru i niepopadania w skrajności. Była ulubioną rozrywką wielu konfucjanistów, towarzyszyła spotkaniom artystów i uczonych. Ceniono ją między innymi za to, że nie prowadziła do upojenia. Rytuał picia herbaty sprzyjał także podtrzymywaniu więzi międzyludzkich, kształtował charakter, uczył lojalności, troskliwości, przyjaźni i wzajemności.

6 rodzajów herbaty

Zielone - niefermentowane. Ich liście zachowują zielony kolor i właściwości najbardziej zbliżone do świeżych liści herbacianych. To najstarszy i najpopularniejszy rodzaj herbaty w Chinach.

Białe - lekko fermentowane. Wytwarzane przeważnie z najmłodszych liści i nierozwiniętych pąków liściowych, pokrytych drobnym, białym puszkiem, któremu zawdzięczają swoją nazwę. Ich napar ma słomkowy kolor, delikatny smak i zapach.

Żółte - lekko fermentowane w specjalnym procesie, zwanym fermentacją nieenzymatyczną. Bardzo rzadkie, produkowane wyłącznie w Chinach.

Turkusowe (nazywane też wulongami) - różnorodna grupa herbat częściowo fermentowanych: od lekko fermentowanych o właściwościach zbliżonych do herbaty zielonej, po mocno fermentowane podobne do herbaty czerwonej. Najbardziej popularne w Chinach południowo-wschodnich i na Tajwanie.

Czerwone - całkowicie fermentowane, na Zachodzie zwane czarnymi. Najpowszechniejszy obecnie na świecie rodzaj herbaty pochodzącej z Chin. Wytwarza się ją również w krajach Azji, Afryki i Ameryki Południowej.

Czarne - na Zachodzie nazywane niekiedy czerwonymi. Są to herbaty dojrzewające, poddawane procesowi fermentacji, który nadaje im bardzo ciemny, niemal czarny kolor i specyficzny ziemisty smak. Najbardziej znaną z tej grupy jest herbata Pu’er.

  1. Styl Życia

Tajemnice naszych upodobań - od czego zależy siła przyjemności?

Ilustracja: Anna Rudak
Ilustracja: Anna Rudak
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dlaczego jedni lubią wegańskie serniki, a inni nie przeżyją dnia bez mlecznej czekolady? Dlaczego jedni gustują w zabawach z kajdankami, a inni wolą o tym jedynie poczytać? Profesor Paul Bloom, psycholog z Uniwersytetu Yale i autor poczytnych książek, odkrywa tajemnice naszych upodobań.

Od jakich przyjemności zaczyna pan dzień? Od kawy, uwielbiam dobrą kawę. Jednak pełna odpowiedź brzmi: „Moje poranne przyjemności to kawa i praca”. Kiedy budzę się rano, piję kawę i przez godzinę pracuję nad ważnym projektem. Uwielbiam zanurzyć się w pisaniu i całkowicie skupić się na tym, co robię. Teraz jest to propozycja nowej książki dla wydawnictwa.

Co pan powie na filiżankę kawy fair trade i wegańskiego rogalika? Czy to większa przyjemność? Czym naprawdę się rozkoszujemy, pałaszując tak ostatnio modne roślinne curry? Przekonaniem, że jesteśmy bardziej etyczni, dbamy o środowisko i zwierzęta, i to być może sprawia, że jedzenie smakuje lepiej. Znacznie częściej jednak takie jedzenie smakuje gorzej, bo jeśli łączysz posiłek z etyczną powinnością, to nie spodziewasz się, że będzie specjalnie smaczny. Jeśli myślimy, że coś jest moralne lub zdrowe, wtedy nasz mózg przestawia się na inne rejestry i odczuwamy mniej przyjemności z tego, co jemy. Moja żona chce, żebym jadł brązowy ryż. Mówi, że jest zdrowszy od białego, i pewnie ma rację. Pewnie też dlatego mi nie smakuje.

Może znacznie bardziej od smaku cieszy, że jemy zdrowo, modnie i drogo? Bo organiczna żywność jest droższa, a więc dostępna wybranym. Rzeczywiście, to samo wino smakuje lepiej, jeśli myślisz, że kieliszek kosztuje sto złotych, niż wtedy, kiedy myślisz, że kosztuje dziesięć. W mojej książce pokazuję, że o tym, co lubimy, decydują ważniejsze niż kubki smakowe czynniki. Liczy się przede wszystkim to, co myślimy o prawdziwej istocie rzeczy, która daje nam przyjemność. Czyli o tym, co to jest, jaką ma historię i naturę. Prosty przykład: jeśli patrzysz na czyjąś twarz i nie znasz tej osoby, to dla ciebie po prostu czyjaś twarz i widzisz ją taką, jaka jest. Jeśli to twarz przyjaciela czy kochanej osoby, widzisz ją przez pryzmat swoich uczuć. Jeśli to twarz kogoś, kogo nienawidzisz – nawet jeśli w innych okolicznościach uznałabyś ją za piękną – nie wygląda dla ciebie dobrze. Ta sama zasada odnosi się do dzieł sztuki. W moim domu wiszą rysunki moich dzieci z czasów ich dzieciństwa. Są dla mnie bardzo piękne, bo wiem, kto je narysował.

Czy rządzi nami potrzeba przyjemności? Co wpływa na intensywność jej odczuwania? (fot. iStock) Czy rządzi nami potrzeba przyjemności? Co wpływa na intensywność jej odczuwania? (fot. iStock)

Jak mówi znane powiedzenie: piękno jest w oku patrzącego. Co jednak pięknego dostrzegamy w mlecznych czekoladach i czipsach kuszących nas z reklam i sklepowych półek? Zwłaszcza wtedy, kiedy nosimy rozmiar XXL i wciąż sprawiamy sobie przyjemność w postaci pudełka lodów czekoladowych. Czekolada po prostu smakuje dobrze, ponieważ w toku ewolucji nauczyliśmy się lubić cukier. Jeśli głodujesz, cukier postawi cię na nogi. Ale przy tym jesteśmy sprytni na tyle, żeby stworzyć superbodźce, które uderzają w nasze ewolucyjne potrzeby sto razy mocniej niż dojrzały owoc, więc dla wielu z nas są nie do odparcia. Tłuste, słodkie lody to taki superbodziec. Innym jest pornografia. Ewolucja sprawiła, że nagie ciało drugiej osoby jest dla nas atrakcyjne. Za sprawą przemysłu pornograficznego tysiące nagich ciał mamy na wyciągnięcie ręki, więc niektórzy mężczyźni nawet nie wychodzą z domu, żeby znaleźć ciało realne. Podobnie gry komputerowe – są zaprojektowane tak, żeby zaspokajać nasze naturalne apetyty, ale w stukrotnie większym natężeniu niż realne życie.

Niektóre apetyty są, hm…  specjalne. Co stoi za masochistyczną przyjemnością? Mówiąc wprost: niektórzy lubią masochistyczny seks, inni nie, podobnie jak jedni lubią ostro przyprawione jedzenie, a inni nie. Ale każdy lubi trochę pocierpieć, szczególnie jeśli ma kontrolę nad nieprzyjemnymi doznaniami. Jest sporo ludzi, którzy lubią odczuwać ból i drobne upokorzenia, jeśli mogą powiedzieć „stop”, kiedy tylko zechcą. To tak jak oglądanie przerażającego filmu: możesz zamknąć oczy lub wyjść z kina; jak jedzenie ostrej potrawy; branie gorącej kąpieli lub zimnego prysznica. Przyjemność z cierpienia to forma gry i poznawania świata. Kiedy badamy świat czy to realnie, czy w wyobraźni, mamy tendencję do skupiania się na negatywnych doświadczeniach. Po to, żeby je zrozumieć i wyciągnąć z nich naukę. Podobnie jest z marzeniami na jawie: większość z nich jest nieco negatywna, często myślimy o smutnych lub trudnych sprawach. Nie dlatego, że coś z nami nie w porządku. Tylko dlatego, że ewolucyjnie korzystne jest dla nas myślenie o złych rzeczach.

Wydaje mi się, że miliony wielbicieli „Pięćdziesięciu twarzy Greya” nie zgodziłoby się, że czytanie o dziewczynie wciągniętej w masochistyczną grę upokarzania i bólu jest dla nich złą rzeczą. Jaka przyjemność stoi za tą lekturą? Czytałem tę książkę i myślę, że powieść zaspokaja rozmaite apetyty, które ludzie mają i do których niekoniecznie się przyznają. Wiele kobiet pociągają bardzo silni, dominujący mężczyźni – i to jedna z fantazji, do jakich ta książka nawiązuje. Również potrzeba kontrolowania mężczyzn znajduje tutaj swoje zaspokojenie, bo na końcu bohaterka zostawia kochanka, czyli ostatecznie to ona decyduje o ich związku. Jeden motyw tej powieści wydaje się szczególny i w jakiś sposób czyni z niej seksowną wersję „Harry’ego Pottera”. Harry Potter odzwierciedla fantazję, że nie jesteś tylko dzieckiem. Jesteś szczególnym dzieckiem. Bohaterka „Pięćdziesięciu twarzy...” jest przeciętną studentką, ale ten niezwykły mężczyzna mówi jej: „Jesteś wyjątkowa. Jesteś najbardziej niezwykłą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Byłem w wielu związkach, ale nigdy nie kochałem nikogo tak jak ciebie”. Każdy chce usłyszeć: „Jesteś wyjątkowa, jesteś wyjątkowy”. To absolutnie decydująca formuła. Psycholog ewolucyjny Steven Pinker twierdzi, że zakochujemy się, żeby to poczuć. Wiele naszych fantazji i opowieści zbudowanych jest na tym motywie.

Psychoanalityk powiedziałby, że całe nasze życie kręci się wokół potrzeby wyjątkowości, bo nie zaspokoiliśmy jej w dzieciństwie. Alexander Lowen, twórca popularnej w Polsce analizy bioenergetycznej, uważa, że nasza zdolność odczuwania przyjemności i miłości jest często zablokowana przez to, jak byliśmy traktowani przez rodziców.

Nie ma wielu dowodów, że rodzice są odpowiedzialni za to, co lubisz i jak odczuwasz przyjemność. Kiedy dzieci dorastają, zwracają uwagę na świat wokół nich i są kształtowane przez otoczenie. Twoje preferencje nie muszą być regulowane przez rodziców, z wyjątkiem tego, że dzielisz z nimi geny. Myślę, że podstawowy wyznacznik naszych pragnień to biologia. Biologia jest tak potężna, że nawet tego nie zauważamy. Traktujemy jako oczywiste to, że lubimy jeść, uprawiać seks, plotkować, słuchać muzyki i opowiadać historie. Oprócz tego kształtuje nas kultura, w której żyjemy. Jak wiele rzeczy nasze preferencje to kombinacja tych elementów. A oprócz tego liczy się coś w rodzaju przypadku, którego nikt nie umie wyjaśnić. Nie uważam, że to magia…

…ale? Przypadki wpływają na to, jaki jest twój mózg. Nienawidzę sera. Moi rodzice lubią ser, moja żona lubi ser, wszyscy wokół mnie lubią ser. Musi być jakiś powód, że ja go nie cierpię, ale nie wiem jaki. Jeśli chodzi o nasze upodobania, to zawsze trzeba zostawić przestrzeń dla tajemnicy. Myślę, że dla tajemnicy i wyboru. Moja przyjaciółka wierzy, że to kwestia wyboru i pracy. Próbowała przekonać mnie do jedzenia sera, bo uważa, że jeśli mocno się postaram, to polubię ser.

Wydaje mi się bez sensu zmuszać się do polubienia czegoś, czego nie lubię. Czy nie lepiej czerpać radość z tego, co ją daje? Czasami są przyjemności, których chcesz doświadczyć lub których warto doświadczyć. Na przykład opowiadasz mi o świetnej wystawie sztuki współczesnej, a ja mówię: „Mam w nosie sztukę współczesną! To po prostu nonsens!”. Ty odpowiadasz: „No nie, spróbuj to jednak polubić, bo wtedy zobaczysz, że to poszerza twoje horyzonty i dodaje życiu smaku”.

Przyznaję, że praca nad książką zmieniła moje nastawienie do przyjemności. Teraz doceniam, że nasza wiedza, np. o winie, muzyce czy filmach, zwiększa przyjemność, jaką czerpiemy z kieliszka chablis, słuchania koncertu czy oglądania serialu. Sposobem na to, żeby delektować się winem, nie jest kupowanie drogiej butelki, ale wiedza na temat wina. Sposobem na radość z muzyki jest rozumienie muzyki. Ktoś, kto wie wiele o muzyce klasycznej, docenia Bacha na innym poziomie itd. To sugeruje, że jest bliski związek między przyjemnością a wiedzą, i możemy wykorzystać go do poprawienia jakości życia.

Tymczasem większość z nas zamiast czytać o szczepach wina czy Bachu, woli się cieszyć nieszczęściem bliźniego, nawet jeśli wie, że to grzeszna przyjemność.

Schadenfreude jest szczególnie trudna do uniknięcia, jeśli jesteś pisarzem! [Śmiech]. To trochę smutne, ale jesteśmy stworzeniami hierarchicznymi i oceniamy siebie w stosunku do innych. Chcemy stać wysoko w hierarchii, być podziwiani i szanowani. Okropnie jest czuć, że jest się nisko. Schadenfreude pomaga nam poczuć, że jesteśmy wyżej, a oni są niżej. Wiemy, że nie powinniśmy tego czuć wobec przyjaciół, ale czasami czujemy. To taka sama przyjemność jak ta, kiedy przytrafia nam się coś dobrego. Jeśli nie masz niczego dobrego, z czego możesz się cieszyć, masz przynajmniej coś złego, co przytrafia się innym. Oscar Wilde powiedział coś w rodzaju: „Nie wystarczy, że ja odniosę sukces. Inni muszą ponieść porażkę”.

Podobno najlepszą obroną przeciwko schadenfreude jest skupienie na sobie, bo wtedy jest się zbyt zajętym swoimi sprawami, żeby cieszyć się z potknięć innych. A według pana na jakich przyjemnościach warto się skupiać? Jest takie znane, przypisywane Freudowi powiedzenie: najważniejsze rzeczy w życiu to miłość i praca. Tak więc mogę powiedzieć, że najważniejsze są związki i projekty zawodowe. Nie chcę prawić morałów, ale raczej nie powinno się spędzać życia na szukaniu przyjemności, ponieważ są lepsze rzeczy do robienia. Ale jeśli ktoś chciałby ich szukać, to polecałbym takie radości, które poprawiają jakość życia i czynią ludzi szczęśliwymi. Jeśli cieszy cię przyjaźń, miłość i pomaganie innym, to są to dobre przyjemności, bo sprawiają, że inni też z nich czepią radość.

Czy to znaczy, że przyjemność i szczęście są nierozdzielne? Można definiować je jako tę samą rzecz, ale ja uważam, że przyjemność to coś, czego doświadczasz krótko. Popijanie dobrej kawy lub śmiech z żartu to przyjemności. Szczęście to znacznie bardziej zrównoważony aspekt twojego życia. Ale istnieje związek między tym, ile odczuwasz przyjemności, a tym, jak szczęśliwy jesteś – życie pełne przyjemności to często życie szczęśliwe. Jednak szczęście i przyjemność są niezależne. Możesz więc mieć wiele przyjemności i być nieszczęśliwy, a możesz nie odczuwać przyjemności i być szczęśliwym człowiekiem. Ale jeśli chcesz mieć dobre życie, najlepiej mieć po trochu i przyjemności, i szczęścia.

  1. Styl Życia

Kąpiel w wannie - relaks i uspokojenie

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
W niektórych epokach bywała sportem ekstremalnym zarezerwowanym dla śmiałków i ekscentryków. Dzisiaj kąpiel to po prostu czysta przyjemność.

Antyczne wanny robiono z marmuru lub ze srebra. W średniowieczu kąpano się w okrągłych drewnianych kadziach przykrywanych płótnem dla zatrzymania ciepła. XVIII-wieczne miedziane wanny kształtem przypominały trumnę, a ich niewielkie rozmiary służyły oszczędzaniu wody. Niewiele ponad sto lat temu były jeszcze w użyciu wanny składane oraz wynalazki takie jak wanna-łóżko czy wanna-stół. Dzisiaj wchodzimy w nową epokę – widać to po ewolucji pomieszczenia przeznaczanego na łazienkę. Coraz więcej wnętrzarskich koncepcji wpisuje się w tendencję zwaną cocooning, polegającą na zamykaniu się przed pełnym chaosu światem zewnętrznym w przyjaznej przestrzeni własnego mieszkania. Łazienka zaprojektowana zgodnie z najnowszymi trendami architektonicznymi bywa często przedłużeniem sypialni i jest naprawdę duża. Nic dziwnego, skoro (w wersji minimum!) powinna się w niej zmieścić designerska wanna, wygodna kabina prysznicowa i dwie umywalki. Na szczęście, aby skorzystać z dobroczynnej kąpieli, wcale nie trzeba dysponować stumetrowym pokojem kąpielowym. Wystarczy tylko mieć wannę.

Czysta prawda

Zanim kąpiel stała się zwykłym zabiegiem higienicznym, bywała sprawą wielkiej wagi politycznej lub religijnej. W niektórych epokach czystość ciała odzwierciedlała czystość duszy, w innych traktowana była jako oznaka nadmiernego przywiązywania wagi do rzeczy przyziemnych i grzesznych. Dla pierwszych chrześcijan symbolem epoki rozpusty były rzymskie łaźnie. Dlatego średniowieczni asceci rezygnowali z mycia. Nie był to trend masowy. Wbrew naszym przekonaniom średniowiecze należy do najczystszych (w znaczeniu dosłownym) epok w historii – ludzie kąpali się w rzekach i mieli do dyspozycji publiczne łaźnie.

Schyłek wieków średnich przyniósł wielkie epidemie. A ponieważ ówcześni mieszkańcy Europy sądzili, że woda otwiera pory skóry na „złe powietrze” i zarazę, przestali się kąpać. W renesansie było już tylko gorzej. Ludzie myli twarz i ręce, a resztę ciała tylko wycierali. Miarą czystości nie była częstotliwość brania kąpieli (bliska zeru), lecz zmieniania bielizny. Niebezpieczna rozrywka, za jaką uważana była kąpiel, dostarczała dreszczyku emocji jedynie nielicznym przedstawicielom elit. Kąpali się oni nie więcej niż kilka razy w roku, z zachowaniem wielkiej ostrożności. Od czasów Hipokratesa znane były kąpiele lecznicze. Medycy przepisywali jednak tę ryzykowną terapię tylko w najtrudniejszych przypadkach.

Pod koniec XVII wieku w Europie kąpiel wróciła do łask. Zaczęło się od wyższych warstw społecznych – w siedzibach możnych pojawiły się pokoje kąpielowe. Momentem przełomowym okazały się jednak znowu wielkie epidemie. W XIX wieku wiązano już rozprzestrzenianie się chorób z niskim poziomem higieny w dużych skupiskach ludzkich. Fale masowych zachorowań przyspieszyły więc podjęcie decyzji o budowie wodociągów i systemów kanalizacji w wielkich miastach. W czasach, kiedy jeszcze nie instalowano wanien w mieszkaniach, można je było wynająć. Zorganizowanie kąpieli było jednak dość kosztowne i skomplikowane. Nic dziwnego, że statystyczny Europejczyk z lat 30. XIX wieku kąpał się dwa razy w roku. Dopiero pod koniec tego stulecia w mieszczańskich mieszkaniach pokój toaletowy (w którym był klozet, prymitywna umywalka i czasami bidet) został wyposażony w wannę. W pierwszej połowie XIX wieku Vincent Priessnitz opracował system rynien, dzięki któremu ludzie mogli zażywać kąpieli na stojąco.

Ostatni przełomowy wynalazek pojawił się w latach 60. ubiegłego stulecia – była nim kąpiel bąbelkowa wymyślona przez Włocha Roya Jacuzziego. Panująca dziś moda na spa odzwierciedla potrzeby współczesnych ludzi – zestresowani i zabiegani szukamy miejsc, gdzie możemy się odprężyć i wyciszyć. Pojawia się też coraz więcej kosmetyków, dzięki którym relaksującą kąpiel z łatwością zorganizujemy we własnej łazience.

Co dodawać do kąpieli?

Pachnąca jaśminem musująca tabletka zapewniająca efekt minijacuzzi? Płyn o upojnym zapachu barwiący wodę na wściekle różowy kolor? A może garść liofilizowanej morskiej soli i płatki lawendy? Wybierając coś dla siebie spośród olejków, płynów, saszetek i pastylek w wielu zapachach i kolorach, można poczuć lekkie oszołomienie. Tymczasem nie wszystkie dodatki nadają się dla każdego. Jeśli mamy suchą, wrażliwą lub alergiczną skórę, zrezygnujmy z płynów do kąpieli wytwarzających dużą ilość piany (zawierają zwykle sporo wysuszających skórę detergentów) i kosmetyków o bardzo intensywnym kolorze i zapachu (ich składniki mogą powodować podrażnienia lub uczulać). Po kąpielowe zakupy wybierzmy się do apteki. Znajdziemy tam płyny i emulsje, które co prawda nie pachną, ale nawilżają i wygładzają skłonną do podrażnień skórę. Konkurencją dla aptecznych specyfików są całkiem zwykłe produkty z kuchennej szafki. Suchej skórze ulgę przyniesie kąpiel z dodatkiem krochmalu, oleju roślinnego, mleka, naparu lipowego, płatków owsianych lub siemienia lnianego.

Na bolące stawy, kłopoty z kręgosłupem czy przetrenowane mięśnie dobrze nam zrobi kąpiel z dodatkiem soli z Morza Martwego lub soli kłodawskiej. Kąpiel solankowa wspomaga odchudzanie, a borowinowa rozgrzewa i pomaga zwalczyć infekcje. Oczywiście ani solanka, ani borowina w domowej wersji nie będą miały takiego stężenia jak w sanatorium, efekt więc będzie odpowiednio słabszy. Doskonałym dodatkiem do kąpieli są też naturalne olejki eteryczne. Przy przeziębieniu warto się rozgrzać w ciepłej wodzie z dodatkiem olejku eukaliptusowego, sosnowego, imbirowego lub cynamonowego. Olejek geraniowy pomoże nam walczyć ze stresem, a do snu ukołysze zapach lawendy lub kwiatu gorzkiej pomarańczy. Jeśli mamy kłopoty z infekcjami, możemy spróbować olejku z drzewa herbacianego, cyprysu lub jałowca. Ponieważ esencjonalne olejki miewają silne działanie, alergicy, kobiety w ciąży i osoby z chorobami układu krążenia przed ich zastosowaniem powinni poradzić się lekarza.

Zdrowie dzięki wodzie

Działanie kąpieli jest ściśle powiązane z jej temperaturą i czasem trwania. Chcąc realizować maksymę sanus per aquam, powinniśmy ograniczyć ilość kąpieli w wannie do dwóch-trzech w tygodniu i nie przesadzać z ekstremalnymi temperaturami wody. Lekarze twierdzą, że najlepiej relaksuje kąpiel w temperaturze naszego ciała. Łagodzi bóle głowy, pomaga walczyć ze stresem i rozluźnia napięte mięśnie. Zanurzenie się w wodzie o temperaturze 37–40 stopni Celsjusza sprzyja eliminacji toksyn z organizmu, pomaga się rozgrzać w chłodny dzień i dodaje energii. Nie powinniśmy jednak przebywać w wannie dłużej niż 15 minut. Bardzo ciepła kąpiel może bowiem przesuszać naskórek i zwiększać skłonność do podrażnień, a zbyt wysoka temperatura wody grozi pękaniem naczynek krwionośnych. Dermatolodzy szacują, że nasza skóra po gorącej kąpieli potrzebuje aż czterech godzin, by odbudować swój ochronny wodno-tłuszczowy płaszcz.

Wyjątkowo dużo zalet ma natomiast kąpiel chłodna – odmładza i ujędrnia skórę, uzupełnia kuracje wyszczuplające i antycellulitowe, polepsza przemianę materii, dodaje energii. W zimie trudno jednak kogoś namawiać na orzeźwiającą, krótką i lodowatą kąpiel rodem ze Skandynawii. Dużo bardziej pociągająca w chłodny dzień wydaje się japońska kąpiel furo. Japończycy najpierw szczotkują skórę i myją się pod prysznicem. Potem zanurzają się w wodzie w temperaturze 40–50 stopni Celsjusza. Bardzo gorąca kąpiel służy relaksowi i wspaniale rozluźnia mięśnie. Ideałem jest podobno doprowadzenie ciała do konsystencji yudedako, czyli gotowanej ośmiornicy. Możemy spróbować to sobie wyobrazić albo zakosztować tej przyjemności na własnej skórze. Tylko czy aby w takim przypadku kąpiel nie staje się znowu doświadczeniem dla śmiałków? Korzystałam z książki „Czystość i brud: higiena ciała od średniowiecza do XX wieku” Georges’a Vigarella, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1996.