1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dla Anglików szczęście tkwi w szczegółach: spacerze z psem, keksie z marmoladą, pogawędce o deszczu i jajkach na miękko. Koniecznie ze złocistą grzanką. 

Cecil John Rhodes, XIX-wieczny brytyjski polityk i przedsiębiorca, zwykł mawiać, że urodzić się Anglikiem to jak wygrać główną nagrodę na loterii życia. I większość Brytyjczyków się z nim zgadza. Rhodes był wprawdzie gorliwym rzecznikiem imperializmu, jednak radość, jaką czerpią oni z codzienności, niewiele ma wspólnego z królewską pompą i mocarstwowym przepychem. Angielski klucz do szczęścia ma niewielkie rozmiary, ale sporą skuteczność.

Bill Bryson – urodzony w Stanach Zjednoczonych, a zakochany w Wielkiej Brytanii autor książki „Zapiski z małej wyspy”, twierdzi, że jej mieszkańców bardzo łatwo jest uszczęśliwić. „Coś niezwykłego – oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych! (...) Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru. Jeśli naprawdę wystawić ich na pokuszenie – częstując ich tortem albo pralinkami z bombonierki – to zaczną się wahać i martwić, że to niezasłużony luksus, jakby powyżej pewnego poziomu każda przyjemność była czymś nieprzyzwoitym. – Och, nie powinienem – mówią”.

Podstawą angielskiego podejścia do życia jest umiarkowanie i powściągliwość, z której wynika także upodobanie do drobnych codziennych radości.

Chłodno, nieprawdaż?

Jedną z nich są z całą pewnością monologi, dialogi i wszelkie rozważania o pogodzie – na całym świecie uważane za banalne. Tylko angielska gazeta może opublikować prognozę brzmiącą: „Przewidywania: sucho i ciepło, ale chłodniej i popada” (cytat z „Western Daily Mail")! Zwykło się uważać, że gdyby nie zjawiska atmosferyczne, dwóch Anglików nie miałoby szans nawiązać ze sobą jakiejkolwiek relacji. Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie przepadają za mało znaczącymi pogawędkami zwanymi small talk; wyjątek czynią właśnie dla rozmów o pogodzie. Bliscy przyjaciele prowadzą oczywiście ważne dyskusje na głębokie tematy; z nieznajomymi spotkanymi w windzie lub pociągu omawia się tylko zachmurzenie czy deszcz, bez wstępowania na grząski grunt bardziej osobistych kwestii.

Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock)

Jak wynika z badań dr Gillian Sandstrom z Uniwersytetu Essex, jest to całkiem zdrowe i rozsądne rozwiązanie. Psychologowie już dawno orzekli, że najbardziej satysfakcjonują i uszczęśliwiają nas intymne rozmowy na ważne tematy, zaś zdawkowe pogawędki noszące pozorne znamiona wzajemnego zainteresowania mogą wywoływać poczucie pustki i rozczarowania. Zachwyt lub ubolewanie nad warunkami atmosferycznymi skutecznie wypełniają krępującą ciszę, pomagają przełamać lody i pozwalają poczuć się zauważonym, a jednocześnie nie naruszają niczyich granic, co byłoby dla Brytyjczyków nie do zniesienia. Mogą też, choć oczywiście nie muszą, stanowić niezbędny wstęp do poważniejszej konwersacji. Takiej, która przyniesie prawdziwe zadowolenie, a odbędzie się... przy herbacie.

Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock)

A cup of tea, a pint of beer

Drugim po pogodzie popularnym stereotypem związanym z życiem na Wyspach jest tamtejsze umiłowanie dla gorącego naparu. I tym razem tkwi w nim nie tylko sporo prawdy, ale także sekret angielskiego dobrego samopoczucia. Filiżanka złotego płynu, podawanego najczęściej z mlekiem i cukrem, skutecznie gasi pragnienie, rozgrzewa, wzmacnia i poprawia koncentrację. Oprócz pozytywnego wpływu na ciało wykazuje także, a może przede wszystkim, doskonałe działanie na psychikę: stanowi okazję, by zwolnić, zebrać myśli, porozmawiać w skupieniu z kimś bliskim. Podobnie dzieje się w wypadku obfitego angielskiego śniadania oraz wieczornego spotkania przy piwie.

Jak wykazali naukowcy z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Oksfordzie pod kierunkiem prof. Robina Dunbara, regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia.

Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)

Zwierzaki w zamku

Brytyjczycy uwielbiają zwierzęta i są do nich bardzo silnie przywiązani. Szacuje się, że w kraju liczącym około 66 milionów mieszkańców żyje około 8 milionów psów i drugie tyle kotów, a także milion domowych królików, milion kanarków i papug, pół miliona chomików i świnek morskich. Wszystkie te stworzenia traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i obdarzane miłością i atencją. Poza bezwarunkowym uczuciem zwierzaki odwdzięczają się Anglikom pozytywnym wpływem na ich samopoczucie – wiadomo, że posiadanie pupila łagodzi efekty stresu, pomaga w walce z depresją, zmniejsza poczucie samotności i mobilizuje do większej aktywności fizycznej. Dla wielu Brytyjczyków dom jest tam, gdzie ich zwierzęta – to przy nich pozwalają sobie na pokazywanie zwykle głęboko skrywanych uczuć, niczego nie udają i są po prostu sobą, zgodnie ze słynną w całym świecie angielską dewizą my home is my castle – mój dom jest moim zamkiem, moją twierdzą; miejscem, w którym czuję się prawdziwie bezpiecznie. Mały czy duży, wystawny czy skromny – to już zdecydowanie mniej istotne, tym bardziej że popisywanie się nie leży zupełnie w angielskiej naturze – nie tylko jeśli chodzi o rozmiary nieruchomości. Brytyjczycy czują się nieswojo, jeśli ktoś zmusi ich do chwalenia się swoim statusem i osiągnięciami albo sam popisuje się swoimi. Nie oznacza to, że brakuje im zmysłu rywalizacji, jednak za swoją narodową filozofię przyjęli stoicyzm: niewzruszony spokój, którego nic nie powinno warunkować. A już na pewno nie rzeczy materialne.

Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock)

Mogło być gorzej

Wielu obcokrajowców to niczym niezmącone opanowanie zwykło określać mianem angielskiej flegmy; w rzeczywistości jest to raczej godna podziwu zdolność do przyjmowania zmiennych kolei losu z pogodą ducha, tym bardziej że niezbywalną cechą charakteru większości Anglików jest także poczucie humoru. To ono sprawia, że życie, które nie rozpieszcza nikogo, można odczuwać jako znośne, a nawet całkiem przyjemne. Łączy się z nim niestrudzony, uparty brytyjski optymizm, odczuwany wyraźnie w codziennej mowie dzięki chętnie stosowanym zdaniom, jak: „Mogło być gorzej” albo „Niby nic, a cieszy”. „Ta osobliwa postawa Brytyjczyków kiedyś była dla mnie zagadką” – pisze Bill Bryson. – „Stopniowo jednak sam przestawiłem się na ich sposób myślenia i od tej pory jestem szczęśliwy jak nigdy. Siedziałem kiedyś w przemoczonym ubraniu w zimnej kawiarni na brzydkiej nadmorskiej promenadzie i kiedy podano mi herbatę plus bułeczkę z rodzynkami, powiedziałem: Och, jak cudownie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na dobrej drodze”.

Anglicy kochają ironię; mają też na tyle silne poczucie własnej wartości, by śmiać się z siebie samych. Psychologowie od dawna zaś dowodzą, że osoby opierające swój humor na autoironii są szczęśliwsze, mają większą pewność siebie i ogólnie lepsze samopoczucie. Drugim ważnym składnikiem angielskiego humoru jest sarkazm.

– W ogóle bym powiedziała, że tutejsze szczęście opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips – śmieje się Kasia Redding, warszawianka od lat mieszkająca z mężem Anglikiem w hrabstwie Herefordshire na wschodzie kraju. Sarkazm można wprawdzie uważać za uszczypliwość, jednak naukowcy twierdzą, że i on może przyczyniać się do poprawy nastroju. „Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji” – przekonywał Oscar Wilde, a według amerykańskich badaczy jego zastosowanie w komunikacji wzmaga kreatywność zarówno mówiących, jak i słuchających, co może przekładać się na wzrost poczucia własnej wartości (Li Huang, Francesca Gino, Adam D. Galinsky, The highest form of intelligence: Sarcasm increases creativity for both expressers and recipients).

Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock)

Wesołość w reakcji na przeciwności – nawet ta podszyta ironią i sarkazmem – to chyba najważniejsza brytyjska strategia w poszukiwaniu szeroko pojętego dobrostanu. Jak podkreśla w książce „Atlas szczęścia” brytyjska dziennikarka mieszkająca w Danii – Helen Russell, determinacja Anglików, by pozostać radosnym (jolly), opiera się na jak najlepszym wykorzystaniu sytuacji, w której postawił ich los.

Szczęście po brytyjsku

Brytyjczycy, w tym Anglicy, należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie; co więcej, badania wskazują, że z roku na rok są coraz bardziej zadowoleni z życia. Według World Happiness Report przeprowadzanego na zlecenie ONZ, w 2019 roku znaleźli się na wysokim 15. miejscu listy obejmującej 156 państw, o cztery oczka wyżej niż w roku poprzednim. I choć termin „brytyjskość” uważa się za wysoce kontrowersyjny ze względu na fakt, że na Wyspach do czynienia mamy z kilkoma grupami narodowościowymi (Anglikami, Szkotami, Walijczykami i Irlandczykami), to, przy pewnym uproszczeniu, nietrudno jest dopatrzeć się cech wspólnych w ich podejściu do życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze