1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Podróżnik Mateusz Waligóra o swoich wyprawach po Polsce i po świecie

Podróżnik Mateusz Waligóra o swoich wyprawach po Polsce i po świecie

– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
Lockdown sprawił, że podróżnik Mateusz Waligóra zamiast do Australii wyruszył wzdłuż Wisły, w dodatku pieszo. Teraz wie, że dla niego liczy się nie miejsce, a poczucie bycia w ruchu. I że nie musi nikomu niczego udowadniać.

Masz na swoim koncie wiele ekstremalnych samotnych wypraw. Skąd wzięła się ta fascynacja? Jako dziecko zaczytywałeś się w książkach podróżniczych?
Gdy chodziłem jeszcze do liceum w Nysie, moi rówieśnicy zastanawiali się, co robić w życiu, żeby dało im to pieniądze. Ja mówiłem, że będę podróżnikiem i z tego będę żył. Nie spotykałem się ze zrozumieniem i to sprawiło, że zacząłem wagarować i chodzić nad Jezioro Nyskie. Czułem, że pasuję jedynie do natury. I to było bezpośrednim powodem, dla którego chciałem poznać świat.

Książki podróżnicze też czytałem, przede wszystkim Arkadego Fiedlera. Aż trafiłem na „Prowadził nas los”' Kingi Choszcz i Radosławy Siudy, którzy w pięć lat objechali świat autostopem. Zrozumiałem, że jeżeli chcę, to mogę, i w głowie włączył mi się tryb realizacji planu. Poszedłem na kurs przewodników górskich, tam spotkałem swoją przyszłą żonę – Agnieszkę. Pojechaliśmy rowerami najpierw na Kubę, a następnie przez Amerykę Południową. Potem były kolejne wyprawy.

Dziś walczę z poczuciem tożsamości – nie wiem, kim jestem, i cały czas tej odpowiedzi szukam. Nie wiem nawet, jaki zawód sobie wpisać. Po tych wszystkich latach nie chcę być już podróżnikiem.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?!
Bo o ile kiedyś chciałem dotrzeć do różnych dalekich miejsc, to teraz wiem, że nie chodzi o miejsca.

A o co?
O poczucie bycia w ruchu. Uświadomiła mi to moja ostatnia wyprawa. Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Jak powiedziałem, miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania. Kiedy jedziesz np. z Limy autobusem do Cuzco, zapamiętasz stolicę – jako pierwszą okładkę tej książki, a potem Cuzco – drugą okładkę. A pomiędzy nimi scenki, na których ludzie wożą kury, jest duszno, a ty rzygałeś. Podróżowanie rowerem to z kolei jak czytanie całej książki, najważniejsze jest właśnie to, co zdarza się pomiędzy okładkami: wioski, które miniesz; ludzie, których spotkasz; dźwięki i zapachy. Dzięki temu mogę powiedzieć, jak pachnie i jak brzmi droga do Cuzco. A kiedy zacząłem wyprawy piesze, zrozumiałem, że to jest najbardziej naturalny sposób podróżowania każdego człowieka.

Człowiek wędrował na długo przed tym, zanim odkrył koło...
Właśnie, kroki wytyczają rytm, także rytm myśli. Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy: martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy. To jakby dwie osobne wędrówki... Kiedy ostatnim razem moje ciało szło szlakiem Wisły, głowa była w każdym miejscu czasu i przestrzeni; wracałem pamięcią do okresu liceum, próbując zrozumieć, skąd przyszedłem i gdzie jestem teraz, myślałem też o wyprawie do Zatoki Wielorybiej na Antarktydzie.

I potem następuje faza zakończenia wyprawy, w sensie umownym, bo w moim przypadku wyprawa nigdy się nie kończy. Zrozumiałem to po przejściu Gobi. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli dokonam czegoś tak spektakularnego jak pierwsze samotne przejście tej pustyni, to zmieni się moje życie. A kiedy doszedłem do miasteczka Sajnszand i to był koniec wędrówki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Każda wyprawa mnie czegoś uczy – tamta uświadomiła mi właśnie to, że nigdy nie dotrę do celu, bo tego celu nie ma. Z kolei w przypadku szlaku Wisły zdałem sobie sprawę z tego, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać ani bić rekordów, żeby mieć frajdę z podroży. W tym roku jeszcze pójdę wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Czuję, że i ta przygoda wiele mi da.

A dlaczego wybrałeś akurat Wisłę?
Bo łączy dwa przeciwległe skraje Polski, prowadzi przez cały kraj i płynie tylko w jego granicach. Innymi słowy, wszystko, co się w dzieje z Wisłą, wynika z tego, jak traktujemy ją my sami. No i to rzeka symbol...

Od początku zakładaliśmy też, że w książce, którą napiszemy wspólnie z Dominikiem Szczepańskim, poruszymy wątki związane ze zmianami klimatu, ekologią, hydrologią, suszą. Dominik przeprowadził kilka rozmów z naukowcami, badaczami, osobami, które swoje życie zawodowe związały z Wisłą.

– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)

Czy podczas wędrówki trzymałeś się blisko koryta?
Nie. Od początku nie chciałem wędrować wzdłuż samej rzeki – ona była dla mnie kompasem, który wskazywał kierunek na północ. Rozpocząłem wzdłuż jednego z potoków źródłowych, Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry, a potem szedłem, jak mi podpowiadała intuicja i mówili napotkani po drodze ludzie. Miałem namiot, więc nocowałem nad rzeką czasami w polach kukurydzy lub u ludzi, których poznałem po drodze, albo u przyjaciół mieszkających nad Wisłą. Zmieniałem brzegi, bo gdzieś usłyszałem, że to warto poznać, tamto zobaczyć. Bardziej jednak interesowały mnie spotkania z ludźmi, którzy mogli o tej Wiśle opowiedzieć, więc wchodziłem też do wiosek. Obawiałem się, czy jako introwertyk dam sobie radę. Ale to ludzie zaczynali do mnie mówić, wystarczyło, że gdzieś pod sklepem zagadałem i rozmówca zwierzał się z połowy swojego życia. Wydaje mi się, że tę otwartość spowodował fakt, ze poruszałem się pieszo. Ludzie widzieli, że dotarcie do nich wymagało ode mnie sporo wysiłku i dlatego mogli mi zaufać.

I jakie wnioski wysnułeś z tej wędrówki?
Po pierwsze, taki, że trochę odwróciliśmy się od Wisły, zapominamy o niej. Lekceważąc to, że ona przez setki lat wpływała na to, jak obecnie wygląda Polska. A to, co zrobimy w kolejnych dziesięcioleciach, zdecyduje, jak ona będzie wyglądać.

Ważne jest też to, że doświadczyłem ogromnej życzliwości, ciekawości i troski od ludzi. Choć ciężko w to uwierzyć, w ciągu 46 dni marszu nie spotkałem się z żadną negatywną sytuacją ani reakcją na to, co robię. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, co piszą ludzie w Internecie, gdzie mogę przeczytać tysiące negatywnych opinii na swój temat. To dosyć smutne, że w Internecie możemy być tym, kim naprawdę chcemy, a często wybieramy bycie chamami. A w prawdziwym życiu, nad Wisłą słyszymy, że wszyscy sąsiedzi w okolicy to bardzo dobrzy ludzie i niczego nie muszę się obawiać. To było dla mnie zaskakujące. Nie wierzyłem, że Polacy to gościnny naród, bo to samo słyszałem o każdym kraju, do którego jechałem. A jednak ta wyprawa mnie przekonała, że tak naprawdę jest – jesteśmy gościnni.

Na wykładach, które prowadzisz, zachęcasz do przekraczania własnych granic. Jaką barierę sam przede wszystkim przekraczasz, ruszając w podróż?
Barierę strachu – przed nieznanym i przed ryzykowaniem. Na przykład na pustyni Gobi margines błędu masz niewielki, bo kiedy się zgubisz i skończy ci się woda, to masz kilkanaście godzin, żeby się uratować. A tam jest wiele wyjeżdżonych ścieżek i łatwo się zgubić.

Nie miałeś wtedy telefonu satelitarnego?
Miałem, podobnie jak lokalizator GPS, modem satelitarny oraz ubezpieczenie amerykańskich komandosów, którzy deklarują dotarcie do mnie w ciągu kilku godzin. I żyłem w takim przekonaniu, że jeśli coś się wydarzy, to nacisnę przycisk S.O.S. i przyleci śmigłowiec... Aż do momentu, w którym złapała mnie pierwsza burza piaskowa i zdałem sobie sprawę, że w takich warunkach jestem zdany tylko na siebie, bo nikt do mnie nie dotrze.

Takich zagrożeń jest dużo. Na płaskowyżu solnym Salar de Uyuni w Boliwii, gdy przyjdzie burza i spadnie deszcz, to woda nie wsiąka w grubą warstwę soli. Brodzi się w solance i wystarczy jeden piorun... Tak ginęli już rowerzyści. Na pustyniach Australii dochodzą ogień i woda. Gwałtowna powódź spowodowała, że musieliśmy kiedyś z Agnieszką czekać tydzień, aż woda opadnie. I to w sezonie suchym. Nie wystarczyłoby nam żywności na resztę wyprawy i musieliśmy się wycofać. A rok później pożar buszu odciął mi drogę do studni.

Polecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwa

Powiedziałeś kiedyś, że każdy z nas choć na chwilę powinien stać się pustelnikiem, bo pustynia uczy bycia ze sobą. Nie boisz się samotności?
Boimy się samotności, bo boimy się siebie... A pustynia powoli zaczyna zdzierać z ciebie warstwy i dociera do wnętrza. Tam nie musisz nikogo udawać, jesteś po prostu sobą. Nie ojcem, dziennikarzem, podróżnikiem, politykiem, kimkolwiek... Zaczynasz dostrzegać, jakim jesteś człowiekiem, czego chcesz, jakie są twoje prawdziwe intencje, czy chcesz robić to, co robisz, i czy robiłbyś to, gdyby nie było pieniędzy na świecie. Przestajesz też myśleć o tym, jak postrzegają cię inni ludzie. Te dziesiątki nieoczywistych pytań, na które próbujesz odpowiedzieć, to jest niesamowicie oczyszczające. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, kiedy szedłem przez pustynię w Australii, to było fascynujące. Na każdej kolejnej odludnej wyprawie to się we mnie umacnia. Kiedyś bałem się przebywać sam z sobą, ale teraz to lubię, a nawet nieraz czuję się bardziej samotny wśród ludzi, których nie rozumiem, którzy mnie nie rozumieją, którzy czegoś oczekują.

Którą z wypraw najbardziej przeżyłeś psychicznie?
Wszystkie przeżywam. Pod kątem fizycznym łatwo je ocenić, np. „Waligóra przeszedł pustynię Gobi, zrobił 1700 km, dokonał tego jako pierwszy człowiek, schudł 24 kg”. A dla mnie najważniejsza jest wędrówka w głowie, której nie jestem w stanie opisać nikomu. Sam do końca tego nie rozumiem. I każda kolejna jest kontynuacją poprzedniej.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze