Co nam obojgu może dać żartowanie z seksu i gdzie jest tego granica?

Kim jest mężczyzna, który potrafi w łóżku rozbawić swoją kochankę, a kim ten zawsze na serio? Co nam obojgu może dać żartowanie z seksu i gdzie jest tego granica? Czy poniżej męskiego pępka?

Beata: Nie wszyscy mężczyźni lubią zabawy w łóżku. Kupiłam kiedyś pewnemu blondynowi bokserki w niebieskie kangury i on się na mnie obraził…

Kasia: Jeśli ktoś się czuje obrażony byle czym, to wiadomo, że będą z nim kłopoty: sztywny, skrępowany, zabijający w innych każdy przejaw spontanicznej radości życia. Przebieranki to pikantna sprawa. Przecież to cudowne móc przebrać swojego chłopa za babę i go uwieść. Albo ubrać go do seksu tylko w muszkę czy zamienić w Hindusa: zawiązać turban, oczy przedłużyć czarną kredką, a do pępka przykleić diament. Co tam kogo kręci i co komu wyda się zabawne. Rzecz w tym, że jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości. Także erotycznej. Seks może przecież wyrosnąć z zabawy. Droczymy się ze sobą, przekomarzamy, przebieramy i w pewnym momencie mamy taki wspaniały luz, że już nic – tylko zacząć się kochać. Niech żyje zabawa dla zabawy, która się przeradza w erotyczny zachwyt nad sobą i partnerem.

Beata: I niech żyją weseli kochankowie?

Kasia: Dziecko wewnętrzne – to pojęcie na szczęście jest coraz bardziej znane – jest zadowolone z życia, gdy ma okazję do zabawy. Wtedy nie brak mu energii, również seksualnej, a to znaczy, że jest po prostu szczęśliwe. Cały świat jest wówczas pełen seksualnych arcydzieł. Bo na przykład ogórek, pomidor czy dynia są właśnie takimi arcydziełami. Wszystko, co jemy, na co patrzymy, jest dowodem na seksualność świata.

Beata: I jest też pretekstem do śmiechu i żartowania.

Kasia: Właśnie. Do seksu tak jak do życia w ogóle podchodźmy i na poważnie, i na czule, i na słodko, i na wesoło. Seks traktowany tylko poważnie szybko by się nam znudził. Rutyna zjadałby namiętność. Dlatego ważne, żebyśmy kochali się niezależnie od nastroju, od pogody… W seksie może być też sporo lęku, więc to, że można pochichotać, bardzo pomaga. Gdybyśmy jednak kochali się tylko na śmiesznie, to znaczyłoby, że bagatelizujemy i seks, i siebie. Ale wszystko jest w jak najlepszym porządku, gdy rechoczemy w łóżku raz na jakiś czas. Oczywiście spontanicznie, a nie według harmonogramu – co piąty aktu ma być na wesoło.

Beata: To w takim razie poproszę o jakąś podpowiedź dla tych, którzy przerazili się teraz, że wpadną w rutynę. Od czego zacząć naukę śmiania się w łóżku?

Kasia: Możemy śmiać się z żartów erotycznych, na przykład takich: „Wstaje chłop z łóżka w nocy i łazi, i łazi, aż żona się budzi: – A co ty tak łazisz? – Bo mnie taka chuć wzięła. – No to chodź! – No to chodzę…” Można też pisać, a potem recytować sobie limeryki. Oto jeden z tych, które sama napisałam: „Pewna panna z miasta Łodzi/Udawała, że nie wie, o co chodzi/ Pewien pan jej powiedział/ bowiem sporo już wiedział/ I teraz ona z nim chodzi”.

W łóżku możemy też śmiać się wprost z tego, co robimy. Na przykład tak. On może powiedzieć do kochanki: „Niech no ja cię pocałuję w te twoje fałdeczki. Pierwsza, druga, trzecia…” . Człowiek, który lubi swoje ciało, akceptuje to, jak wygląda, może ze swojej cielesności zrobić taki sam ubaw, jak z każdej innej rzeczy. Dzięki śmiechowi, humorowi można pokonać swoje kompleksy, zahamowania czy wstyd. Obśmiać swoje niedoskonałości to tyle, co przestać się nimi zajmować. Świetnym pomysłem jest wygłoszenie w sypialni „Ody do sadełka” albo do „Cudnej krzywej nóżki”.

Beata: Jest jednak pewien element męskiego ciała, z którego nawet życzliwy śmiech będzie źle przyjęty. Mężczyźni traktują ów element wyjątkowo serio, zwłaszcza gdy nie jest zbyt okazały.

Kasia: Nie warto kłamać i mówić, że jest imponujący. Lepiej powiedzieć: „Mój ty figlarny, zwrotny maluszku. Ty jesteś jak te cudowne, małe wyścigowe samochodu – wszędzie się dostaniesz. W małym siła”. A tak na poważnie warto mężczyznę uzmysłowić, że najważniejsze to się dopasować: mała cipeczka, to i mały figlarz. W książce „Ojciec chrzestny” jest kobieta, w której wszyscy toną, aż w końcu znajduje się mężczyzna, który ma giganta i któremu też było źle, dopóki nie spotkał odpowiedniej kobiety. Są jednak żarty, które nadwyrężają poczucie humoru kochanka. Bo jeśli ona śmieje się: „Pensję też masz małą”, to nie dziwota, że mu nie staje.

Beata: „Jak długo kobiety będą udawały orgazm? Tak długo, jak mężczyźni będą udawali grę wstępną…”. Czy opowiedzenie takiego kawału w łóżku to dobry pomysł?

Kasia: Ja bym go w łóżku nie mówiła. Zwłaszcza jeśli to ma być aluzja, żeby on mi dawał więcej pieszczot i czułości. Jeśli tak jest, to trzeba mu to wprost powiedzieć: „Mój kochany, żebym ja sie naprawdę podnieciła i ciebie przyjmowała z rozkoszą i chęcią, potrzebuję więcej podchodów!”. Jeśli ujmiemy to w ten sposób, to mężczyzna zrozumie, że warto się potrudzić, bo jemu samemu się to opłaci. Ale jeśli chcemy opowiedzieć jakiś żart a propos sytuacji tego mężczyzny, to lepiej, gdy jest on jednym z wielu dowcipów. Wtedy może pomóc mu się zrelaksować, zdystansować do problemów. Wspominam bal, na którym całą noc opowiadaliśmy sobie dowcipy. Przez kilka następnych dni po tym całonocnym śmiechu czułam się jak nowo narodzona.

Beata: Moja przyjaciółka stwierdziła, że jest z mężczyzną, który nigdy jej nie rozśmieszył. Ja nie mogłabym z kimś takim być.

Kasia. Ja też lubię i cenię mężczyzn, którzy potrafią w łóżku pożartować, powiedzieć coś lekkiego, bo wtedy od razu znika napięcie. Ci, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, nie utknęli w jednej wizji świata, są bardziej empatyczni. Wiedzą, że na każdą rzecz można spojrzeć z wielu punktów widzenia. Są lepiej wyposażeni emocjonalnie i intelektualnie, bo poczucie humoru wymaga inteligencji i umiejętności przeżywania emocji. Śmiać się z siebie to być zdrowym emocjonalnie. A jak jeszcze facet się przed kochanką przyzna: „Ja też jestem przejęty, bo chciałbym dobrze wypaść”: to otwiera całe pole do bliskości z nią.

Beata: Ci, którzy potrafią się wygłupiać, wydają się lepszymi kochankami.

Kasia: Wspólny śmiech w łóżku to wspaniała gra wstępna. Bo jak się już nachichramy, to całe ciało mamy miękkie, wszystkie mięśnie rozluźnione. I nic już nam więcej poza seksem do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście jak afrodyzjak działa tylko śmiech ciepły, życzliwy, radosny, pchający nas ku sobie, a nie ten złośliwy, piętnujący przywary. Ale ludzie z poczuciem humoru są bardziej otwarci na świat, a więc też poszukujący. Można więc zakładać, że w łóżku będą mieli do zaproponowania więcej niż pompatyczne mruki.

Beata: A co z facetami, którzy opowiadają tylko seksistowskie kawały?

Kasia: Nie śmieję się z dowcipów, które poniżają kobiety. Choć lubię te, które je wykpiwają, bo to co innego. Ale szybko biorę odwet. Po usłyszeniu kawału o blondynkach od razu opowiadam taki: „Jedna szara męska komórka lata po mózgu i strasznie się nudzi. Raptem obok niej przelatuje druga, taka bardzo mała i mówi: Ty, co ty tu jeszcze robisz? Przecież my już wszystkie jesteśmy na dole…”, i wtedy chłopcy też mają durną minę.

Beata: Przeczytałam, że kobiety, które cenią bardziej czułość niż namiętność, podobnie jak te pruderyjne, nie lubią dowcipów seksualnych.

Kasia: Nie lubią ich też neurotyczki, które jak po drugiej stronie ulicy usłyszą śmiech, to boją się, że to z nich ktoś się śmieje. Wiem, jak to jest, bo sama byłam taką neurotyczną panienką. Ale pamiętam też, jaką ulgę poczułam, gdy wreszcie zaczęłam umieć śmiać się z siebie samej. Teraz już nie tylko to umiem, ale nawet jestem w tym niezła. Niedawno w telewizji śniadaniowej prowadzący spytał mnie: „Czy pani by się odchudziła, gdyby dziecko panią poprosiło?”. „Po co mam się odchudzać, czyż ja nie jestem piękna?” – odpowiedziałam, a on na to: „Imponuje mi pani”. Warto popracować nad sobą po to, by nauczyć się dystansu do swoich wad, kompleksów czy obaw. Wtedy one przestają nas ograniczać.

Beata: Ale czy kobiety tak naprawdę lubią śmiać się z seksu? Może to jednak sfera radości bardziej dla mężczyzn?

Kasia: Kiedy dziewczyny są same, czują się bezpiecznie, gdy się lubią, to wtedy nie ma dla nich tematów tabu. Inaczej oczywiście jest na przyjęciach mieszanych. Tam zachowanie reguluje konwenans. Ale już na grupach terapeutycznych, gdzie mogą być sobą, reagować spontanicznie, lubią śmiać się z seksu. Ja zresztą często na swoich warsztatach opowiadam erotyczne kawały. Po pierwsze, to zabawne, a po drugie, pomaga mi poznać uczestniczki. Mówię na przykład: „Leży tirówa w rowie: – Pani ranna? – pyta rowerzysta. – Nie, całodobowa…”, i patrzę, które z kobiet śmieją się szczerze, która się zaperza, a która jest oburzona. Kawały to małe przypowieści i one nas leczą. To też satyra na nas samych. No bo ile prawdy jest w tym żarcie: „Trwa rozprawa sądowa. Pracownica fizyczna przeciw dyrekcji. Sąd prosi: – Niech pani opowie, co się stało. – Proszę sądu: myję ja tą podłogę w konferencyjnej i już całą prawie umyłam, raptem czuję, że coś mnie dupczy z tyłu. Patrzę, a to pan dyrektor. Jak tak można pracownika fizycznego traktować?! Na co sąd: – A nie mogła pani uciec? – Na umyte?!…”.

 

Więcej w książce „Seksownik, czyli mądrze i pikantnie” Katarzyny Miller w rozmowach z Beatą Pawłowicz, Wydawnictwo Zwierciadło. Książka dostępna w naszym sklepie internetowym.