Jak nie przejmować się opinią innych ludzi?

Nasze ego staje się kruche, kiedy jest ciągle podważane, albo od początku, czyli już od dzieciństwa, nie jest odpowiednio wzmacniane. (Fot. iStock)
Nasze ego staje się kruche, kiedy jest ciągle podważane, albo od początku, czyli już od dzieciństwa, nie jest odpowiednio wzmacniane. (Fot. iStock)

Opinia innych jest ważna, bo stanowi dla nas cenną wskazówkę. Jednak kiedy non stop jesteśmy oceniani i sami oceniamy innych – stajemy się nadmiernie wrażliwi. – Tym bardziej, że czasami pod postacią tzw. konstruktywnej krytyki kryje się chęć zranienia, osłabienia lub wręcz upokorzenia – mówi psycholożka Agnieszka Iwaszkiewicz. Jak się przed tym bronić?

Mam wrażenie, że przyjmowanie, ale też udzielanie krytyki, a czasem nawet powstrzymywanie się od niej – to jedno z największych wyzwań naszych czasów. Dziś o wiele szybciej niż kiedyś jesteśmy poddawani ocenie, do tego – dzięki chociażby mediom społecznościowym – robi to o wiele więcej osób niż kiedyś.
Użyła pani dwóch określeń, które warto rozróżnić, choć często używa się ich zamiennie i pewnie nam w tej rozmowie też to się przydarzy. Jedno określenie to „krytyka”, która zwykle jest przemyślaną oceną, czasem twórczą, często surową lub negatywną. Drugie to „ocena”, która może być pozytywna i negatywna, i która nie musi być wygłoszona wprost do adresata. Może wynikać z atmosfery, z emocji. Dziś w przestrzeni społecznej pojawia się o wiele więcej ocen niż kiedyś, a wraz z tym rośnie lęk przed oceną.

Ten lęk jest wywołany przykrymi doświadczeniami czy raczej wynika z obserwacji tego, co się dzieje dookoła?
Jedno i drugie. Charakterystyczne jest to, że w wyniku tego, że ktoś
nas ocenił, skrytykował czy wyśmiał – szybko naruszone zostaje poczucie własnej wartości. A jeśli na dodatek mamy kruche ego, nasza wrażliwość na ocenę znacznie
wzrasta.

Nasze ego staje się kruche, bo ciągle jest podważane, czy może od początku, czyli już od dzieciństwa, nie jest odpowiednio wzmacniane?
Skąd bierze się ten problem?
Najbardziej pierwotnie bierze się oczywiście z wychowania. Rodzice bywają bardzo oceniający. Celowo używam słowa „oceniający”, a nie „krytykujący”, bo oni zarówno krytykują, jak i chwalą. Wydawałoby się, że szkodliwa jest jedynie nadmierna krytyka, a chwalenie wzmacnia poczucie własnej wartości, ale to tak nie działa. Jeśli dziecko wychodzi z domu, w którym było chwalone w sposób nadmiarowy albo niedomiarowy – w dorosłym życiu będzie poszukiwało podobnych doświadczeń. Albo będzie wystawiało się na oceny, oczekując, że będą tylko pozytywne, albo będzie ich unikało, w przekonaniu, że będą wyłącznie raniące. Oprócz rodziców tę tendencję wzmaga środowisko rówieśnicze i szkoła, które są bardzo oceniające. Jeśli do tego dodamy media społecznościowe, dopełnimy obrazu współczesnego życia. Dlatego trzeba zaznaczyć, że to nie krytyka jest głównym problemem, ale wszechobecność oceny, która zaczyna się bardzo wcześnie, i w jakimś sensie bezbronność wobec niej.

Ale skoro od dziecka jesteśmy poddawani ocenie, nie powinno być nam łatwiej ją znosić?
Paradoksalnie nie. Kiedy jesteśmy wiecznie oceniani, nie zwiększa to naszej odporności. Wcale nie radzimy sobie lepiej z krytyką, a często źle znosimy też komplementy – wypieramy je, podważamy, demaskujemy, uważamy, że nie zasługujemy na nie. Nie poprawiają one zdania, jakie mamy o sobie. Moi pacjenci często wyznają, że kiedy ktoś ich chwali, podziwia czy wierzy w ich umiejętności, czują się jak oszuści. Jak widać, pozytywne oceny nie przekładają się jeden do jednego na większe zadowolenie z życia i siebie.

A czy można się uzależnić od opinii z zewnątrz do tego stopnia, by stracić wewnątrzsterowność i robić tylko to, co jest pozytywnie oceniane?
Nie sądzę, żeby działało to aż tak, natomiast sam fakt, że włączamy ocenę innych jako ważny komponent naszego ego, powoduje, że łatwiej jest nas zdestabilizować.

Tak sobie teraz pomyślałam, że skoro każdy nasz krok jest oceniany przez innych, może nas to powstrzymywać od działania. Aktorka Krystyna Janda niedawno powiedziała, że wiele osób nie ma dziś własnego zdania, wolą nie opowiadać się po żadnej ze stron, bo tak żyje się spokojniej. Wyrażanie własnego zdania jest wyjściem ze strefy bezpieczeństwa.
Ja takiej tendencji nie zauważyłam, wszak ciągle spieramy się o poglądy. Natomiast z moich obserwacji wynika, że dziś bardzo często próbujemy być podobni do innych, dopasować się do jakiejś grupy. I choć to zjawisko znane, to odnoszę wrażenie, że obecnie mamy do czynienia z większą tendencją do uniwersalizacji, niewyodrębniania się. W tym szukamy poczucia bezpieczeństwa. W ten sposób doszłyśmy do kolejnego wniosku – boimy się różnić. Dlaczego? Bo zróżnicowanie to natychmiastowe poddanie się ocenie innych oraz autoocenie. Pojawia się paniczna myśl: „Jestem inna od…, czyli gorsza, nieadekwatna, niepopularna”.

Nie chcemy być inni, bo chcemy przynależeć? Być akceptowani przez jakąś grupę?
Akceptowani albo chcemy uniknąć wewnętrznego niepokoju. Poradzenie sobie z konfliktem powstałym na bazie różnic dla wielu osób może być trudne. I tak wracamy do pani pierwszego pytania: jak radzić sobie z krytyką? Bo jeśli się świadomie różnicujemy, to łatwo narazić się na krytykę. Wystarczy, że ktoś podkreśli różnicę – dla wrażliwej osoby będzie to krytyka, mimo że takiej intencji nie było. Padły słowa „ja mam inaczej”, co dla wielu oznacza: „Aha, czyli ja mam źle”.

Dziś nawet brak oceny jest postrzegany jako krytyka. Słyszałam o narastającym zjawisku, które polega na tym, że użytkownikom Facebooka czy Instagrama wyraźnie spada nastrój, jeśli ich zdjęcie zbierze za mało „lajków”.
Samo niewzbudzanie zainteresowania jest przeżywane jak ocena i może budzić różne przykre uczucia. Sądzi pani, że zrobiliśmy się dziś bardzo drażliwi na własnym punkcie? Zbyt wiele reakcji zbyt szybko określamy jako krytykę lub hejt? Powiedziałabym, że jesteśmy nie tyle drażliwi, co bardziej wrażliwi.

I skąd to się bierze?
Żyjemy w kulturze oglądactwa – spojrzenie Innego ma znaczenie i nigdy nie jest niewinne. Świat wirtualny, w którym tak chętnie dziś przebywamy, komunikuje się poprzez ocenę. Nasza obecność na Instagramie czy Facebooku często ogranicza się właściwie jedynie do poddawania się ocenie i oceniania. Zobaczmy też tę drugą stronę – my sami bez przerwy oceniamy innych.

Bo się nas do tego zachęca. Zagadują nas ankieterzy, firmy co chwila proszą: „Oceń, czy jesteś zadowolony z naszych usług”, w programach telewizyjnych głosujemy na to, kto ma zostać, a kto odpaść… Czy tego nie jest za dużo?
Zdecydowanie. Do tego dziś ocena pojawia się coraz wcześniej oraz często pochodzi od osób, które nas nie znają – w związku z tym nie do końca wiadomo, jak ją traktować. Taka ocena nie opisuje podmiotu. Często chce zadać bezkarny cios w ocenianego. Stąd już blisko do wszechobecnego hejtu. Może więc zwiększona wrażliwość na komentarze innych nie jest wcale przesadną, a adekwatną reakcją. Słusznie czujemy się dotknięci i chcemy się chronić. Z drugiej strony potrzebujemy oceny innych, bo jest ona dla nas drogowskazem, informacją zwrotną, komunikatem, że ktoś nas rozpoznaje. Zawsze była istotna i nie dajmy sobie odebrać tego jej znaczenia. No i w końcu oceniając, w łatwy sposób możemy poczuć przewagę nad innymi i swoją władzę, często zastępując sobie tym posiadane deficyty czy kompleksy. To słodkie uczucie, w dodatku zdobyte bez wysiłku.

Kiedy nasza reakcja na komentarze jest słuszna, a kiedy jest przesadna? Jak to odróżnić?
Nie do każdej oceny trzeba podchodzić emocjonalnie, przejmować się nią i co chwila do niej wracać. Ważne, aby umieć odróżnić, jaka ocena, a zwłaszcza jaka krytyka jest słuszna, a jaka bezzasadna, jaką warto przemyśleć, a na jaką nie trzeba nawet zwracać uwagi albo jedynie ją odnotować i iść dalej. Przydaje się tu stabilne poczucie wartości. Problem powstaje wtedy, kiedy reagujemy nadwrażliwie lub mamy zaburzony mechanizm rezyliencji, czyli elastycznej zdolności do odzyskania osłabionych, np. przez ocenę, sił psychicznych. Wtedy myśl o krytyce zaczyna przyjmować postać ruminacji: „Skoro on tak powiedział, może ma rację, może rzeczywiście jestem w tym beznadziejna, a może jestem w ogóle beznadziejna, na całej linii…”. Taka sytuacja, jeśli się powtarza, powinna nas zastanowić, bo na pewno nie jest zdrowa. Może warto porozmawiać o tym z życzliwym bliskim lub nawet udać się do fachowca: coacha, trenera, psychoterapeuty i sprawdzić, czy nie ma jakiegoś szerszego kontekstu takiego naszego zachowania. Druga bardzo ważna umiejętność to rozpoznanie motywacji osoby, która nas krytykuje. Często bowiem stoi za tym manipulacja. Po czym to poznać? Na przykład kiedy ktoś mówi nam przykre słowa, my sygnalizujemy, że sprawiają nam przykrość albo próbujemy stawiać granice: „Nie mów tak do mnie” – słyszymy: „Twoje uczucia to twój problem”. Słusznie można poczuć wtedy, że nasz dobrostan psychiczny nie jest ważny dla drugiej strony. Inna sytuacja: otrzymujemy jakiś pakiet informacji na nasz temat i jest on trudny do przyswojenia. Pochodzi od bliskiej osoby, jest odrzucający lub po prostu przykry. Próbujemy się bronić lub wyjaśniać sytuację i słyszymy: „Co ty taka wrażliwa jesteś, prawdy nie można powiedzieć?!”. Tu pod postacią tak zwanej konstruktywnej krytyki, kryje się chęć zranienia, zdestabilizowania, osłabienia lub wręcz upokorzenia. I przed taką krytyką, przyznam szczerze, bardzotrudno jest się obronić.

Często rodzice mówią, że krytykują nas dla naszego dobra, bo świat i tak będzie okrutniejszy.
I oni niby nas w tej kwestii coachują? To jest bardzo manipulacyjny argument. Takie zdanie tworzy chaos psychiczny, bo każe przyjmować raniące słowa jako dobro. Świat rzeczywiście nie zawsze bywa życzliwy. A przecież są takie okresy w naszym życiu, kiedy jesteśmy wrażliwsi na krytykę, tacy wydelikaceni. Na przykład w okresie dorastania – zmienia się nasz nastrój, nasze ciało, nasz mózg. Dotyczy to zresztą wszelkich okresów przejściowych czy przełomowych, kiedy coś zaczynamy lub kończymy, ale też wszystkich tych momentów, w których po prostu jesteśmy słabsi. Na przykład jesteśmy w żałobie.
Albo właśnie się zakochaliśmy. Oczywiście ludzie mogą nie wiedzieć, że przez coś takiego właśnie przechodzimy, ale kiedy damy im znać, powinni to uszanować. Kiedyś temu służyło noszenie kiru w okresie żałoby. Oprócz znaku, że pamiętamy o zmarłym, miało też komunikować: „Uważaj, jestem smutna, łatwiej mnie dotknąć”. Podobną funkcję pełnią zielone listki na szybach początkujących kierowców: „Nie trąb na mnie, uczę się”.
Ale czy dziś trzeba posługiwać się przewrotną maksymą „co cię nie zabije, to cię wzmocni”? Nigdy nie wiadomo, jaki kawałek naszej duszy umrze pod wpływem oceny. Często nikogo o tej śmierci nie powiadomimy.

Na czym czym w takim razie polega prawdziwa konstruktywna krytyka? Jak jej udzielać, jak ją rozpoznać?
Konstruktywna krytyka to na przykład ostrzeżenie przed jakimś zachowaniem, które z różnych – zakładam, że racjonalnych – powodów chcemy wyeliminować. Ale też skorygowanie błędu i bycie w zgodzie z rzeczywistością. Kiedy dziecko rysuje maziaje i mówi: „To jest tata”, to jeśli ma dwa lata, powiemy: „Rzeczywiście, narysowałeś tatę”, ale jeśli przyjdzie pięcioletnie dziecko z tym samym maziajem i powie: „To jest tata”, trzeba powiedzieć: „Nie, to nie jest tata, bo tata ma głowę, szyję, dwie ręce, zobacz, jaki jest wysoki”. Konstruktywna krytyka może być też formą kontaktu. Jeśli mówimy komuś w sposób wyważony: „Nie podoba mi się, że robisz tak i tak, bo sprawiasz mi przykrość” – to jest to przecież wchodzenie w kontakt. Dzielimy się z kimś swoimi uczuciami, odsłaniamy je. Można powiedzieć, że ideałem relacji jest konstruktywny kontakt, którego elementem bywa krytyka. Trzeba jednak znaleźć odpowiednie słowa, odpowiedni moment. Jeśli zechcemy, będziemy wiedzieli, jak to zrobić. Jeśli jednak pragniemy kogoś skrzywdzić, użyjemy krytyki lub oceny bezceremonialnie, i nie będziemy zajmować się skutkami emocjonalnymi, jakie się pojawią po drugiej stronie. Możemy nawet mieć z tego satysfakcję.

Ale może się zdarzyć, że mimo naszych najszczerszych chęci ktoś poczuje się dotknięty?
Oczywiście, że tak. Ważne jest uczenie się uważności na uczucia drugiej strony, na jej wrażliwość. Tym razem ja niedawno usłyszałam takie zdanie: „druga strona krytykę uznaje za obrazę”. Trzeba brać to pod uwagę z pokorą, a nie z pobłażaniem czy pogardą, że to słabość czy nadwrażliwość. Jest takie powiedzenie : „słowo wylatuje wróblem, a dolatuje kamieniem”. Nigdy nie wiemy, jaką cienką strunę poruszymy, nawet zwykłą uwagą.

Sądzi pani, że dobrą radą byłoby też, oprócz uważania na dobór krytycznych słów, oszczędniej szafować pochwałami i w ogóle
ocenami?
Dawno temu prowadziłam grupę terapeutyczną i do któregoś z uczestników powiedziałam: „Dobrze to zrobiłeś”. Do dziś pamiętam, że superwizor powiedział mi wtedy: „Dlaczego oceniasz?”. „Ja oceniam?!” – zdziwiłam się. Przecież powiedziałam tylko: „Dobrze to zrobiłeś”. „Ale to jest ocena, tyle że dobra” – odpowiedział. Po prostu sądziłam, że jeśli mówię coś dobrego, to nie jest to ocena. Ale przecież ten ktoś mógł pomyśleć sobie: „Ooo, czyli wcześniej robiłem coś źle” albo inny uczestnik grupy mógł dodać: „Czy to znaczy, że ja nie zrobiłem tego dobrze jak X?”. Warto powstrzymywać się od oceny, która bywa automatyczna, w zamian za refleksję, dlaczego ocenianie jest tak bardzo nam potrzebne. Lęk przed oceną krępuje swobodę, powstrzymuje kreatywność i naraża na przykre uczucia. Wszystko razem pozbawia nas autonomii. Czy to nie jest zbyt duża strata?

Więcej porad dotyczących psychologii i rozwoju znajdziesz w miesięczniku „Sens”. W sierpniowym numerze w rubryce relacje m.in.: „Jak żyć z kimś, kto boi się bliskości?”