1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Masaż świątynny

Masaż świątynny

Supraśl, ośrodek nad rzeczką, zatopiony w puszczy. Chłodno, drzewa bez liści, szare niebo. Za to sala, w której odbywają się ćwiczenia, to oaza słońca i harmonii. Ściany przystrojone hawajskimi chustami, na stolikach palące się świeczniki, dookoła nich cenne drobiazgi. To tu będziemy zgłębiać tajniki hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui i wiedzy Kahunów

Mistrzynią ceremonii i naszą nauczycielką jest Susan Floyd. Trudno określić, ile ma lat: jej  białe włosy sięgają do pasa, z twarzy bije młodzieńczy blask, ruchy ciała są gibkie i pełne wdzięku.

Nasza grupa liczy trzydzieści kilka osób. Są wśród nas nauczyciele masażu lomi lomi nui, masażyści początkujący i z doświadczeniem, a także amatorzy zapaleńcy. Wszyscy chcemy zdobywać nowe umiejętności i mądrość, którą dzieli się z nami Susan. I wszyscy uczymy się od siebie zgodnie z zasadą, że na każdym warsztacie każdy z nas jest nauczycielem.

Powitanie słońca

Stajemy w rzędach skierowani na wschód i śpiewamy hawajskie pieśni. Nasza pieśń budzi słońce, wszystkich ludzi i cały świat. Towarzyszą jej gesty uniesionych dłoni, kreślących kształt świetlistej kuli. Rozpoczęcie dnia rytuałem daje niezwykłą siłę. To echa szamańskiego myślenia, w którym dominującą rolę odgrywa kontakt z mocami natury.

Masażysta powinien starać się przeprowadzać słoneczny rytuał w dniu, w którym kogoś masuje. A także systematycznie wykonywać wodną medytację, bo żywioł wody to medium wewnętrznego i zewnętrznego oczyszczania. Stajemy w kręgu na lekko ugiętych nogach, w czasie medytacji kołyszemy się na boki, a ruchy ramion obrazują różne aspekty wody. Wraz z ruchem nasze ciała przyjmują energie danego aspektu – fal, wodospadów, przypływów, odpływów… Wykonujemy ruchy rąk, które zawsze zaczynają się i kończą w okolicy brzucha. Ostatnia część porannej medytacji to prośba o wsparcie do siedmiu żywiołów. Przywołujemy energie ognia, wiatru, wody, kamieni, roślin, zwierząt i istot ludzkich.

Iza: „Poranna medytacja pozwala nam świadomie rozpocząć dzień. To chwila łączności z siłami natury i przypomnienie, że każdy z nas jest jej częścią”.

Rozmowy z ciałem

Po porannej medytacji, w ciszy i brzasku budzącego się dnia przechodzimy do naszej sali ćwiczeń. Każdego dnia przez godzinę skupiamy się wyłącznie na tym, jakie informacje przekazują nam nasze ciała. Kładziemy się na kocach, towarzyszy nam subtelna, ułatwiająca skupienie muzyka. Susan wyjaśnia, że automasaż to szukanie miłości do własnego ciała, które dzięki temu stanie się jak nowe, a jego wibracje będą uzdrawiać siebie i innych. Codziennie uczymy się, jak skoncentrować się na jednej jego części. Na przykład zajmujemy się ramionami, próbujemy delikatnie przezwyciężać opór mięśni, zesztywnienia stawów. Po kilku minutach wspólnych ćwiczeń każdy podąża za impulsami, które wyczuwa w sobie. Niektórzy leżą, zatapiając się w stanie pomiędzy jawą a snem. Inni głaszczą i masują każdy fragment uda, brzucha czy ramion. Część osób rozciąga się albo ćwiczy pozycje jogi. Jeszcze inni wykonują skomplikowane ćwiczenia, do jakich nawołują ich napięcia w ciele. Niektórzy poruszają się w tańcu. Za oknami coraz jaśniej. A my wszyscy wyglądamy dość niezwykle, wykonując w takt tej samej muzyki różne ruchy. Jak małe dzieci w kojcach, posłuszne instynktom zwierzęta lub delikatne, statyczne roślinki.

Mateusz: „Automasaż  to dla mnie zawsze bardzo głębokie przeżycie. To okazja do wsłuchania się we własne ciało, budzenie się jego inteligencji. Jestem po tym lżejszy, uwolniony od napięć i stresów, bardziej wyciszony”.

Krokiem fregaty

W ciągu dnia przebieramy się w wielobarwne chusty. Kobiety owijają nimi całe ciało, mężczyźni zakładają je jak spódnice. Przy dźwiękach hawajskiej muzyki uczymy się tańców hula. Charakterystyczne dla nich są: kołyszący ruch bioder, rytmiczne kroki i symboliczne gesty rąk, które ilustrują hawajskie opowieści, mity i legendy. „Hula” można przetłumaczyć jako „podnoszenie świętego płomienia”. Rozluźnienie i wzmocnienie bioder powoduje lepszy przepływ energii, która wspomaga wykonanie masażu. Jest pomostem między wnętrzem masażysty i siłami kosmosu. Taniec hula sprawia, że ciało masażysty staje się lekkie, giętkie i wytrzymałe.

Z zachwytem śledzę ruchy Susan, której ciało porusza się z gibkością młodej dziewczyny. Stojąc w rzędach za nauczycielką, powtarzamy płynne ruchy i słowa hawajskich pieśni. Wielką przyjemność sprawia mi także obserwacja mężczyzn, którzy „uwolnili” swoje biodra i tańczą z dużym wyczuciem. Co wcale nie odbiera im męskości!

Uczymy się także kroków fregaty i oddechu piko piko, dzięki któremu ładujemy się energią. Czuję rozluźnienie w biodrach i jej przypływ.

Magda: „Gesty w tańcu hula mówią o miłości, radości, codziennym życiu, poszukiwaniu samego siebie, a zwłaszcza piękna w sobie”.

Choreograf i tancerz

Najważniejsze są zajęcia z masażu. Susan prezentuje różne etapy i elementy masażu, a my ćwiczymy w parach i podgrupach. Doświadczone osoby uczą początkujących.

Lomi lomi nui to całościowy masaż, którego celem jest nie tylko rozluźnienie naprężonych mięśni, ale praca nad całym człowiekiem poprzez usuwanie blokad i napięć psychicznych. Dlatego podczas jego wykonania bardzo często masowane osoby mogą przeżywać silne stany emocjonalne. Susan mówi nam, że im bardziej potrafimy się zrelaksować, tym więcej rzeczy z przeszłości  może „uwolnić się” z ciała. Ciała magazynują wszystkie nasze wspomnienia. Kiedy Susan masuje moje nogi z przodu (przód symbolizuje przeszłość), towarzyszą mi obrazy i bolesne wspomnienia. Rozluźnianie obszarów, gdzie „zapisane” są stare historie, powoduje, że i napięcia, i emocje opuszczają moje ciało. Żegnam je, płacząc z ulgą.

 

Lomi lomi nui był dawniej wykonywany w świątyniach. Do dziś nazywany jest masażem świątynnym i przed jego przeprowadzeniem ważne jest, aby odpowiednio przygotować miejsce. Zanim wejdziemy do sali, Susan intonuje pieśń. Potem wybija rytm na bębenku, a my wchodzimy tanecznym krokiem.

To niezwykły widok, kiedy wokół kilkunastu stołów poruszają się dwie osoby całkowicie pochłonięte pracą. Masaż wykonują na ugiętych nogach, ich biodra płynnie się poruszają, a ciało masowanej osoby dotykane jest całą powierzchnią przedramion. Rozumiem teraz słowa Susan, że pacjent jest choreografem, a masażysta tancerzem. Obserwuję masujących, którzy gładzą, czule dotykają i uwalniają od bólu ciała leżących na stołach osób. Masażyści lśniący od potu, owinięci w jaskrawe chusty, wyglądają jak rzeźbiarze albo rzemieślnicy, którzy z miłością powołują do życia nowe istoty ludzkie.

Agata: „Kiedy byłam osobą masowaną, doznałam stanu absolutnej radości i szczęścia. Moje ciało śpiewało, było cudownie rozluźnione, stało się miękkie. Odczułam je jako bardziej kobiece”.

Witajcie w rodzinie

Zasiadamy w kręgu codziennie, przekazując sobie pałeczkę i prawo głosu. Każdy po kolei może wyrazić, co czuje, co się w nim zmieniło. Chociaż nie wszyscy się znamy, po kilku dniach łatwo zauważyć, jak każdy otwiera się coraz bardziej. Udaje nam się stworzyć wspólnotę. Jak na Hawajach, gdzie ceni się rodzinę, a krąg pozwala każdemu, kto ma problemy, podzielić się nimi z najbliższymi.

Nie każdy z nas masował, ale podczas tych wspólnie spędzonych dni wiele w sobie zrozumieliśmy, udało nam się przezwyciężyć część swoich ograniczeń. A to będzie procentować w codziennym życiu.
W kręgu kończymy nasze pięciodniowe warsztaty.    

Susan Painiu Floyd od 20 lat naucza huny, tradycyjnego masażu lomi lomi nui oraz tańca hula. Prowadzi kursy i warsztaty na całym świecie, głównie w Europie. Mieszka na Hawajach na wyspie Kauai. Jest dyrektorem naczelnym Aloha International, międzynarodowej sieci szamanów – uzdrowicieli, która poprzez
organizowanie kursów i seminariów propaguje hawajską tradycję uzdrawiania.

Lomi lomi nui Lomi to po hawajsku masaż. Słowo to oznacza także „naciskać, ugniatać, pocierać” oraz „dotykanie łapą zadowolonego kota”. Podwojenie słowa zwiększa jego znaczenie. Nui znaczy „ważny, jedyny w swoim rodzaju”. Lomi Lomi nui oznacza więc masaż dający uczucie błogości, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

Krok fregaty luźny i swobodny lot morskiego ptaka, fregaty, stał się inspiracją dla sposobu poruszania się masażysty, a ruchy skrzydeł powielane są, kiedy ręce ślizgają się po ciele pacjenta. Regularne wykonywanie kroków fregaty nadają ruchom płynności i lekkości, rozluźniają, odprężają i dotleniają ciało. Dzięki temu masażysta harmonijnie i tanecznie porusza się wokół stołu.

Oddech piko piko hawajskie słowo piko oznacza punkt siły na szczycie głowy i na pępku. W czasie oddychania punkty te łączą się. Masażysta wyobraża sobie wdychanie powietrza przez szczyt głowy i wypuszczanie go przez pępek. Przepływ powietrza przez centra energetyczne powoduje wzrost fizycznych i mentalnych energii.

Huna to starożytna wiedza duchowa przekazywana przez wtajemniczonych kapłanów hawajskich. Legendy mówią, że pochodziła z zaginionych cywilizacji Atlantydy albo od „przybyszów z gwiazd”. Wybitni kahuni, czyli uzdrowiciele potrafili dokonywać „cudów”: łączyli bez śladu złamane kości, skutecznie leczyli trudne do wyleczenia choroby ciała i duszy. Obecnie filozofia i praktyka Huny jest często wyjaśniania przy pomocy trzech poziomów Jaźni (kahuni uważali, że oprócz świadomego umysłu, człowiek posiada podświadomość i nadświadomość) oraz siedmiu zasad Huny, czyli skutecznego według nich działania. W oparciu o nie, a także techniki oddechowe, medytacyjne, uzdrawiające, pieśni w języku hawajskim, modlitwę Huny, oraz pracę z ciałem można uzdrawiać relacje z ludźmi, poprawić swoje zdrowie, uczyć się, jak osiągać lepsze efekty w pracy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy o psach - najlepsze produkcje dla miłośników czworonogów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Debiutanci", fot. BEW
Z reguły są wzruszające i nie dla każdego stanowią dobry pomysł na weekendową rozrywkę. Większość produkcji z psami to opowieści wyciskające łzy nawet największym twardzielom. Choć filmów z psami w roli głównej powstało całe mnóstwo, my polecamy Wam te szczególnie warte uwagi - mądre, wrażliwe i z przesłaniem.

”Lassie, wróć”

Film klasyk, który znają zapewne nie tylko wielbiciele psów i innych czworonożnych stworzeń. „Lassie, wróć” - zwłaszcza ten w oryginalne z 1943 roku robi ogromne wrażenie swoją prostotą i przekazem, który mimo upływu czasu się nie starzeje. Fabuła znana od lat - amerykańska rodzina zmuszona jest sprzedać ukochanego przyjaciela - suczka Lassie trafia więc do nowych właścicieli, czego nie może przeboleć zwłaszcza najmłodszy członek rodziny, mały Joe. Lassie - symbol wierności, przywiązania i bezinteresownej miłości aż po grób, również nie będąc w stanie przeżyć rozłąki z rodziną, ucieka z nowego domu, by pomimo wszelkich przygód i trudności znowu znaleźć się w ramionach ulubionych ludzi. „Lassie...” to film, który wzrusza i bawi bez względu na wiek. W oryginalne z 1943 r. zagrała Elizabeth Taylor, która dopiero zaczynała karierę.

„Mój przyjaciel Hachiko”

Jedna z ciekawszych ról Richarda Gere'a, który do tej pory znany był szerszej publiczności z roli amantów i uwodzicieli. Film opowiada historię profesora Parkera Wilsona wiodącego dość spokojne i nudnawe życie, który pewnego dnia spotyka małego akitę - psa, który wypadł z klatki tragarzowi przesyłek. Profesor decyduje się przygarnąć szczeniaka i znaleźć mu kochający dom. Z czasem pomiędzy nim, a zwierzakiem rodzi się wyjątkowa więź. Szczególnie wzruszające sceny to te, w których silna relacja między profesorem a Hachiko przejawia się w codziennych, wspólnych rytuałach. „Mój pies Hachiko” to obraz dość przewidywalny, ale na swój sposób piękny i podnoszący na duchu. Film umocnił tylko niezwykłą popularność psów rasy akita, które pokochał przed laty cały świat. Scenariusz filmu oparty został zresztą na prawdziwej historii japońskiego psa żyjącego 100 lat temu, który przez dziewięć lat wyczekiwał przy tokijskiej stacji w dzielnicy Shibuya na swojego pana. W związku z jego niespodziewaną śmiercią, nie powrócił już nigdy do czworonożnego przyjaciela, co stało się kanwą późniejszej opowieści.

„Debiutanci”

Choć nie jest to ckliwa opowieść o miłości człowieka z psem, warta uwagi także ze względu na ciekawą fabułę i słodko-gorzki wydźwięk, który zostaje z widzem na dłużej. Oto historia blisko czterdziestolatka, któremu ciężko uporać się ze śmiercią rodziców. Dodatkowo pod koniec życia ojca, ten wyznał mu że jest homoseksualistą i dopiero po śmierci żony może żyć w zgodzie ze sobą. Nieco skołowany, trochę zagubiony i introwertyczny Oliver w końcu poznaje kobietę, w której mógłby ulokować swoje uśpione uczucia i opowiedzieć o wszystkich paradoksach, które go męczą. W tle „Debiutantów” pojawiają się kwestie dotyczące zaufania, uzależnienia od rodziny i rodzinnych traum, a także chęć znalezienia życiowej przystani, równowagi i „normalności”, która w końcu dla każdego znaczy co innego. A gdzie w tym wszystkim pies? W tym wypadku jest to słodki maluch - Jack Russel. Główny bohater nie rozstaje się z nim na krok i w wielu samotnych chwilach to właśnie pies jest jego jedyną ostoją. Ewan McGregor, który wcielił się w postać Oliviera podkreślił nawet, że po „Debiutantach” wyszedł bogatszy o... psa. „Po tylu tygodniach spędzonych w towarzystwie Jack Russel teriera, który ze mną grał, wiedziałem, że nie będę potrafił już żyć bez psa. I przygarnąłem kolesia podobnego do tego z filmu” - powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

„Beethoven”

Klasyka kina familijnego w sam raz na niedzielne popołudnie dla całej rodziny. Młody bernardyn uciekający przed hyclami znajduje schronienie u niejakich Newtonów. Rodzina szybko zakochuje się w nowym członku ekipy, który z czasem zaczyna coraz bardziej się rozkręcać. „Beethoven” doczekał się kolejnych części, w których m.in. zakochuje się w suczce o imieniu Missy, bierze udział w zlocie rodzinnym, czy poddany zostaje tresurze.

„Był sobie pies”

Kwintesencja przekazu mówiącego nam o tym, jak silna i niezwykła jest więź łącząca człowieka z psem. Dla wszystkich nieprzekonanych o tym jeszcze na własnej skórze polecamy film „Był sobie pies”, który pokazuje, jak ważna jest ta relacja także w drugą stronę. Dla każdego czworonoga jego właściciel to najważniejsza postać, której chciałby przychylić nieba - na swój własny, psi sposób. Tak też jest z Baileyem - goldenem retrieverem, który całe życie spędza u boku Ethana. Początkowo, gdy oboje są mali, później w czasie dorastania chłopca aż ostatecznie w momencie, gdy Ethan jest dorosły - Bailey stara się zawsze być przy nim, a nawet pomagać w gorszych chwilach. Gdy w kolejnych latach Bailey odchodzi, jak się okazuje, wcale nie rozstaje się z ukochanym człowiekiem na zawsze. „Był sobie pies” to ciekawa, mądra i wartościowa opowieść o tym, co to znaczy mieć psa, jakie konsekwencje - również emocjonalne i uczuciowe się z tym wiążą także ze strony człowieka.

„O psie, który wrócił do domu”

Historia podobna, jak w poprzednich tytułach - opowieść o wiernym i oddanym piesku, który przebył setki kilometrów, by odnaleźć Lucasa - człowieka, którego kocha całym sercem. Historia słodkiej suczki imieniem Bella to miła, niezobowiązująca produkcja, która wyzwala pozytywne, pełne ciepła emocje.

„Czterej pancerni i pies”

Polski, kultowy serial, którego nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu. Pies Szarik jako jeden z załogi czolgu Rudy wpisał się na stałe do kanonu polskiej kultury. Historia dzieje się w czasach II wojny światowej, a serial - wraz z poprzedzającą go książką mocno wpłynął na wyobraźnię milionów Polaków, którzy z zapartym tchem śledzili kolejne przygody porucznika Jarosza, sierżanta Jelenia, kaprala Kosa i jego Szarika wielokrotnie oferującego swą pomoc w potrzebie. Choć wobec serialu wysuwano również liczne zarzuty twierdząc, że jest obrazem zbyt uproszczonym i nierealistycznym, warto odświeżyć go w pamięci także szukając ciekawych pozycji filmowych z psami.

  1. Styl Życia

Mentalność Belgów – dystans, pogodzenie z rzeczywistością i surrealistyczny dowcip

Gofry belgijskie to jedna z najpopularniejszych słodkich przekąsek, pochodzących z tego kraju. (Fot. iStock)
Gofry belgijskie to jedna z najpopularniejszych słodkich przekąsek, pochodzących z tego kraju. (Fot. iStock)
Belgowie mają do siebie dystans, są pogodzeni z rzeczywistością i zdolni do kompromisów. Może to właśnie sprawia, że choć żyją w niewielkim w porównaniu do sąsiadów kraju, który na dodatek od lat zmaga się z ryzykiem rozpadu – to właśnie w ich stolicy decydują się losy Europy.

Usłyszałam kiedyś rymowankę: „pluie en Novembre, Noël en Décembre”, co w wolnym stylizowanym przekładzie mogłoby zabrzmieć: „kiedy w listopadzie pada, w grudniu Boże Narodzenie przypada”. To tzw. blague belge, czyli francuski dowcip o sąsiadach z północy, z serii: „a wiesz, że w Belgii…?”. Cały smaczek w tym, że opowiedziała mi go przyjaciółka z Brukseli, której z kolei opowiedział znajomy Belg.

I w tej opowiastce zawiera się zespół pożytecznych cech, które warto brać za przykład: poczucie humoru, dystans do siebie i pogodzenie z faktami.

Mentalność Belgów – surrealizm i zwanze

Ola Chirowska mieszka w Brukseli od 30 lat z niewielkimi przerwami, więc to ją poprosiłam o podpowiedzi do tego tekstu. „Od razu przychodzi mi do głowy filozoficzne podejście do pogody i surrealistyczny dowcip” – powiedziała.

O nienarzekaniu na klimat będzie później, bo wpisuje się to w dużo szerszy kontekst, zacznę od specyficznego poczucia humoru. Benoît Poelvoorde, najbardziej popularny belgijski – i zdaniem Michela Hazanaviciusa, reżysera „Artysty”, najlepszy francuskojęzyczny – aktor (u nas znany m.in. z roli Brutusa w „Asteriksie na olimpiadzie” i boga w absurdalnej skądinąd komedii „Całkiem nowy testament”) upatruje jego źródła w tym, że Belgowie mają właściwie trochę „wywalone” na wszystko. „Nie nosimy na ramionach płaszcza z gronostajów jak Francja, która ma wielką historię. Belgia jest jak ziarno groszku. Przy obiedzie możemy obrażać króla, bo mamy to w nosie” – odpowiedział na pytanie, co dla niego oznacza być Belgiem.

Z kolei brukselski dziennikarz Jean-Pierre Stroobants uważa, że belgijski humor to przede wszystkim zdrowe połączenie autoironii, skromności i kpiarstwa. I bez kompleksów przywołuje wpadkę premiera Yves’a Leterme’a sprzed kilkunastu już lat, który na zaproszenie do odśpiewania hymnu państwowego zaintonował… „Marsyliankę”.

Belgijskie poczucie humoru ma wiele twarzy. Przede wszystkim pojawia się podział na bardziej dosadny dowcip waloński i raczej autoironiczny model flamandzki, oraz zupełnie odrębne zwanze w Brukseli, wywodzące się od bajdurzenia czy opowiadanie bzdur. Zwanze ma specyficzny słodko-gorzki koloryt, ale podobno za takie dowcipy obrażają się tylko zrzędy. Jest też ten wspomniany już humor surrealistyczny, którego najlepszym współczesnym przykładem jest Le Chat de Geluck, czyli rysunkowa postać kot autorstwa Philippe’a Gelucka. Znany po prostu jako „Kot” ma wszelkie ludzkie przywary oraz cierpi na otyłość. Poza kilkunastoma komiksami na koncie Kot ma swoją gazetę, profile w mediach społecznościowych i należy do czołówki belgijskich celebrytów.

Dziś jest nawet bardziej popularny niż jego rodak René Magritte, jeden z najwybitniejszych malarzy surrealistów, który wypracował niezależny od paryskiej bohemy styl. Kilka lat temu Magritte doczekał się własnego muzeum w ojczyźnie, które warto odwiedzić niezależnie od fascynacji czy nie awangardą. Nieco ciemne i utrudniające obejrzenie ekspozycji oświetlenie traktuję jako surrealistyczne mrugnięcie oka…

Płaski kraj

Mój płaski kraj z niekończącymi się mgłami, strugami deszczu na dobranoc i niebem tak szarym, że aż trzeba mu przebaczyć – śpiewał Jacques Brel. Rzeczywiście, Belgia ma dość jednostajny klimat, a wycieczkę do Ostendy lepiej zaplanować z myślą o zdrowotnych spacerach po pięknej promenadzie niż wylegiwaniu się na plaży i kąpielach, bo Morze Północne jest sporo chłodniejsze nawet od Bałtyku. Jednak Ola z rodziną spędziła na belgijskim wybrzeżu niejedne wakacje.

To niewątpliwie wpływ jej męża Serge’a, który wspomina, że przed pierwszym zimowym przyjazdem do Polski uprzedzano go, żeby się dobrze ubrał, bo będzie zimno. Nie widział w tym nic nadzwyczajnego, skoro śnieg i mróz, i posłusznie spakował grube swetry. No i mocno tego żałował, bo – jak opowiadał później – Polacy dramatycznie przegrzewają mieszkania. Zatem wożony równie przegrzanym samochodem między domostwami różnych członków rodziny i przyjaciół raz na stracił zaufanie do polskiej percepcji temperatury. (I kiedy podczas pewnej wizyty u nich powiedziałam, że w domu jest zdumiewająco ciepło, Serge przyznał, że to ze względu na mnie…). To prawda, w Belgii jest niby cieplej, ale za to bardziej wilgotno, więc koniec końców wychodzi na jedno.

Mam teorię, że to filozoficzne, a może raczej realistyczne podejście do pogody to element belgijskiej tożsamości, która każe akceptować fakty. I skoro kraj leży akurat w tym miejscu, trzeba to przyjąć do wiadomości. Il faut vivre avec... (fr. trzeba z tym żyć) i jak najwięcej skorzystać. Sądzę, że właśnie dlatego Belgowie chętnie spędzają czas w plenerze i cenią naturę. Nie bez powodu znajduje się tu kilkanaście tysięcy kilometrów ścieżek rowerowych, m.in. ciągnący się ponad 1400 km szlak Ravel, dostosowany także dla spacerowiczów, amatorów jazdy konnej i piechurów, również użytkowników niepełnosprawnych.

Bruksela leży w ścisłej czołówce najbardziej zielonych stolic na świecie, a od 1971 roku co dwa lata na tutejszym Grand-Place, który jest historycznym rynkiem, wykwita dywan o wymiarach 70 x 24 m. Składa się z tysięcy kwiatów begonii i dalii, traw oraz kory, których ułożenie – za każdym razem jest to inny motyw – zajmuje około ośmiu godzin i towarzyszy mu akompaniament muzyczny. Najbliższy dywan jest zaplanowany na 11-15 sierpnia 2022 roku. I jak zwykle na pewno ściągnie masę turystów.

Wśród samych Belgów niezwykle popularny jest też festiwal hiacyntów w lesie Hallerbos. Trwa przez trzy tygodnie i według statystyk kwitnące kwiaty – a mówimy o całych hiacyntowych łąkach – podziwia blisko 10 tys. osób dziennie. Z powodu pandemii już drugi rok z rzędu odwołano oficjalne wydarzenie, tj. nie ma np. specjalnej linii autobusowej, jednak natura nic sobie nie robi z lockdownu i kwiatowe połacie są równie spektakularne jak zawsze.

Warto ustąpić

Z belgijskiego poczucia rzeczywistości wynika również granicząca ze sztuką umiejętność kompromisu. I choć dziś w biznesie promuje się raczej zasadę win-win, to Belgowie – może właśnie dlatego, że tak realistyczni – trzymają się swojej strategii. Nie wiadomo, jaki byłby w innym przypadku los Belgii, która w 1830 roku oderwała się od Królestwa Niderlandów z względu na brak wolności religijnej, a dziś religia katolicka nie jest już żadnym spoiwem dla tak bardzo różniących się od siebie Walonów i Flamandów. Po każdych wyborach w Brukseli długo negocjuje się powstanie rządu federalnego. To właśnie tutaj trwał najdłuższy w Europie, blisko 1,5-roczny, kryzys rządowy. A jednak Belgia wyszła z niego zwycięsko, podczas gdy podobnego rodzaju, choć zdecydowanie krótsze, problemy w Libanie doprowadziły to zwane kiedyś Szwajcarią Bliskiego Wschodu państwo na skraj bankructwa.

Federacyjna struktura (Flandria, Walonia i Region Stołeczny), trzy języki, pałac królewski w pobliżu międzynarodowych organizacji, wielu zagranicznych urzędników w Brukseli – pogodzenie tego wszystkiego wymaga chodzenia na ustępstwa. Ale i stwarza wiele możliwości, a także ciekawych mieszanek kulinarnych.

Należy do nich danie moules-frites, czyli małże z frytkami. I o ile o pochodzenie frytek toczy się spór między Francją a Belgią, to ojczyzną moules-frites jest bezdyskusyjnie ta ostatnia, a dokładniej walońskie miasto Liège, gdzie ponoć zostały podane po raz pierwszy w 1875 roku.

„Niepasujące” do siebie składniki można znaleźć w innym belgijskim specjale, mort subite (fr. nagła śmierć) – nazwijmy go drinkiem na bazie piwa – w którym do charakterystycznego w smaku gueuse dodaje się syrop z owoców granatu. Dziś nie jest to może nic nadzwyczajnego, ale receptura powstała na długo przed aktualną modą na piwa kraftowe i smakowe.

Oba te przykłady bledną jednak wobec połączenia, na pomysł którego wpadł farmaceuta Jean Neuhaus w połowie XIX w. – postanowił mianowicie zabić gorzki smak leków... oblewając je warstwą czekolady. Jego innowacyjność zrobiła z Belgów pierwszych na świecie czekoladziarzy (a Neuhaus należy nadal do najpopularniejszych marek pralinek); to na stołecznym lotnisku Zaventem sprzedaje się najwięcej czekolady na świecie. Ola przysłała mi kiedyś rysunkowy dowcip ze zdaniami, które irytują poszczególne europejskie nacjie. W przypadku Szwajcarów brzmi ono: „belgijska czekolada jest najlepsza”. I nawet trochę ich rozumiem, bo Jean Neuhaus przeprowadził się do Brukseli z... okolic Berna.

  1. Psychologia

Uchylić kimono. O życiu na pokaz i udawanym szczęściu nie tylko na Instagramie. Rozmowa z Joanną Heidtman

Joanna Heidtman (Fot. Marek Szczepanski/Forum)
Joanna Heidtman (Fot. Marek Szczepanski/Forum)
„Każda idealizacja naszego życia prędzej czy później rozbije się, roztrzaska o rzeczywistość – nie ma mocnych. Im bardziej nadmuchamy tę bańkę szczęśliwości, tym bardziej będzie bolało, kiedy pęknie. Droga do spokoju, spełnienia i szczęścia prowadzi przez zaakceptowanie tego, że jesteśmy jednocześnie i „piękną” i „bestią”, mówi psycholog Joanna Heidtman.

Jeśli zajrzeć na przykład do mediów społecznościowych, profile większości ludzi ociekają radością, sukcesem – istne eldorado. A przecież wiadomo, że nie jest możliwe, by życie tak wyglądało, bo każdy z nas przeżywa również ból, wszyscy mamy problemy, itd. Dlaczego tak wielu z nas przykrywa lukrem idealnego obrazka, idealnej opowieści to, co w rzeczywistości, realnie dzieje się w naszym życiu?
Pierwszy powód jest bardziej banalny – mamy część takich kontaktów i interakcji towarzyskich, w których nie chcemy się odsłaniać ze wszystkim, za to chcemy, żeby interakcja przebiegła płynnie i bez zakłóceń, choć powierzchownie. To są tzw. „gry interpersonalne”, o których pisał Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Tak zazwyczaj wygląda znacząca część sieci znajomości zawodowych czy kontaktów z tzw. dalszymi znajomymi. „Wszystko dobrze?” „Tak, dobrze” idziemy dalej. To nie są relacje, w których skłonni jesteśmy opowiadać prawdę o sobie, pokazujemy więc jedynie swoją „jasną stronę”, utrzymujemy dobre wrażenie, nie wpędzamy nikogo w zakłopotanie opowieścią o tym jak jest naprawdę.

Jasne, ale rozumiem, że to świadomy zabieg – nie chcę „obcym” zwierzać się ze swoich słabości i kłopotów.
Tak, ale co jeśli to będzie jedyny dostępny nam sposób pokazywania siebie? Wyobraźmy sobie, że ktoś niemal cały czas prowadzi taką „grę towarzyską” – w relacjach zawodowych, w różnych gronach związanych z karierą. Siłą rzeczy zaczyna się to w końcu odbywać kosztem relacji bliższych, przyjaźni, związków, czyli takich relacji, w których jesteśmy „odsłonięci”, jesteśmy sobą. Chcę tylko powiedzieć, że granica jest dość płynna i możemy „obudzić się” nagle, kiedy większość naszych kontaktów międzyludzkich będzie już wspomnianą grą, w której zakładamy maskę towarzyską. Jak w świetnym filmie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, gdzie nic nie jest pięknie, jak starają się to utrzymać bohaterowie, bo są zdrady, choroby, słabości, ale wszyscy ukrywają to przed sobą. Więc utrzymywanie iluzji odbywa się kosztem bliskości. A trzeba powiedzieć jasno – nie da się być z kimś blisko pokazując jedynie tę uśmiechniętą, „udaną” i ładną stronę siebie. Taki mechanizm, może prowadzić nawet do stanów depresyjnych, bo oto w prawie żadnej przestrzeni nie funkcjonujemy jako „prawdziwi my”, tylko jako nasza „persona”, maska. Więc, wszystko jest dobrze, kiedy takie „polukrowane” towarzyskie pogawędki stanowią jedynie jakąś częścią naszego życia, jeśli zaś z nich składa się jego większość, mamy kłopot.

A czy my lgniemy do tych, u których wszystko „lśni”? Z jednej strony psychologowie przekonują, że wybieramy te uśmiechnięte osoby, ładne bardziej lubimy, atrakcyjne bardziej cenimy, itd., z drugiej strony wyczuwamy sztuczność, kiedy ktoś opowiada czy pokazuje, że u niego zawsze wszystko jest idealnie. Lgniemy do nich czy od nich stronimy?Lgniemy, ale do pewnego momentu, a właściwie zbliżamy się na konkretną odległość. Lgniemy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze po to, żeby trochę ogrzać się w cieple zwycięzcy – „Mnie tak dobrze nie idzie, więc poświecę odbitym blaskiem”. Po drugie lgniemy dlatego, że to nas fascynuje – „Co on/ona takiego w sobie ma, że wszystko się mu w życiu układa?” Pomimo, że wychodzimy z wieku dziecięcego, kiedy to uczymy się przyglądając się innym, jako dorośli nadal to robimy – patrzymy na tych, którzy są dla nas atrakcyjni i aspirujemy by być takimi jak oni.
Zatem lgniemy, czyli podchodzimy bliżej, ale… proszę sobie teraz wyobrazić sytuację, w której z kimś takim chcemy się zaprzyjaźnić i wejść w głębszą relację.

Niemożliwe?
Będzie ciężko. Bliskość polega na tym, że mówimy sobie także te rzeczy, które są w naszym życiu niefajne i trudne. Szczególnie dotyczy to kobiet – czujemy, że przyjaźnimy się na serio, kiedy wiemy o sobie na wzajem to, czego nie chciałybyśmy żeby wiedzieli o nas inni, czyli głównie chodzi o sprawy na różne sposoby wstydliwe – to właśnie oznacza pełnię akceptacji i zaufania. Jeśli zaś chcemy być z kimś bliżej i wciąż słyszymy od niego, że jest tylko „świetnie”, tylko „idealnie”, to zaczynamy wyczuwać oszustwo, coś nam „nie gra” i z przyjaźni nici.

To jest właśnie cena prowadzenia „idealnego życia na pokaz” – mamy wielu „znajomych”, tzw. publiczność w mediach społecznościowych, jest wokół nas pewien szum, może nawet podziw, ale pozbawiamy się prawdziwych przyjaźni! Mój amerykański przyjaciel, który zajmuje się terapią rodzin zwykł mawiać, że w przypadku każdej bliższej relacji musimy zrobić pewien konieczny krok, do którego potrzeba odwagi. Nazywa to: „open your kimono”, czyli „uchylić kimono”. W Japonii samokontrola jest bardzo wyraźna, więc to „uchylenie kimona” oznacza zrezygnowanie ze zbroi, z idealnego wizerunku na pokaz.

A czy osoba, która uprawia taki rodzaj teatru, żyje na pokaz, chce oszukiwać świat zewnętrzny, czy może tak naprawdę chodzi o oszukiwanie samego siebie, uciekanie od prawdy o sobie, a zakładanie maski przed innymi jest wtórne?
Często dochodzi tu jednak do wyparcia, czyli szczególnego oszukiwania samego siebie, a to bywa niebezpieczne. Dokonując oszustwa doskonałego przed samym sobą tracimy z pola widzenia wszystko co w naszym życiu trudne, co napawa lękiem, niepokojem. Z obawy przed utratą iluzji zaczynamy tego nie zauważać. Przykładem może być własny wygląd, uroda. W naszej kulturze, młody wygląd jest ważny, został powiązany z samooceną. Zatem zaczynamy zaprzeczać temu, że czas upływa, nie widzieć, że się starzejemy i już nie jesteśmy zdolni do tego by biegać maratony. Biegniemy dalej, choć tracimy oddech. Podobnie możemy „grać” w przypadku szwankującego związku – między nami a partnerem nie jest dobrze, ale my dokonujemy samooszukiwania i wypieramy wszystkie sygnały świadczące o tym, że nie jesteśmy już tą umiłowaną ukochaną osobą dla naszej żony czy naszego męża. Dzięki temu unikamy lęku, ale mimo wyparcia problem nie znika, możemy zacząć doświadczać rozmaitych dolegliwości psychosomatycznych – „nagle” zaczyna boleć nas głowa, brzuch, mdlejemy, mamy ataki paniki. I zaczyna się dochodzenie, skąd właściwie te objawy?

Oczywiście, mechanizmy obronne służą temu, żebyśmy czuli się lepiej, ale łatwo można się tu zatracić, i przed światem zewnętrznym – wypisując na przykład na instagramie, że nasze życie jest bajką, ale i przed samym sobą – nie widząc rzeczywiście, że nasz związek właśnie zawisł na włosku. Dlatego na przykład psychoterapia polega między innymi na „obieraniu” człowieka z kolejnych mechanizmów obronnych jak obiera się cebulę z kolejnych warstw.

Często w podobny sposób idealizujemy też nasze dzieciństwo: „Jak było w moim domu rodzinnym? Było świetnie!”. A po „obraniu cebuli” okazuje się, że było bardzo różnie, ale to, co traumatyczne zostało wyparte… I dochodzimy w końcu (zwykle jednak z pomocą psychoterapeuty) do bardzo trudnego, ale uwalniającego momentu, kiedy zaczynamy sobie przypominać jak było naprawdę albo jak jest naprawdę w moim życiu, w moim związku, itd. To zdjęcie maski jest chwilą, kiedy konfrontujemy się z tym jak jest, ale też wreszcie możemy zacząć coś z tym robić, możemy zacząć proces zdrowienia, czy rzeczywistego poprawiania naszego życia.

Co zrobić, żeby nie dopuścić do przyrośnięcia tej maski do twarzy?
Zdrowsze od idealizowania jest urealnienie. Dostrzeżenie i akceptacja faktu, że jest różnie, jest i pięknie, i ciężko, śmieję się i smucę. Są chwilę, kiedy mogę przenosić góry i takie, kiedy doświadczam porażki, smutku czy bólu. Od pewnego czasu regularnie prowadzę z Markiem Kamińskim (podróżnikiem) webinary, na tematy psychologiczne, filozoficzne. Zawsze chętnie słucham Marka, bo on wydaje mi się właśnie osobą urealnioną. Wielu chce widzieć w nim tylko zwycięzcę, zdobywcę biegunów, nadczłowieka, ale Marek mówi też o porażkach, o niepowodzeniach, o trudnościach, o niepokojach. I właśnie dlatego, że ma te wszystkie strony siebie w polu widzenia jest naprawdę silnym człowiekiem.

No właśnie, bo chyba jest tak, że to ciągłe udawanie szczęścia, tak naprawdę bardzo nas od tego szczęścia oddala…
Tak, każda idealizacja prędzej czy później rozbije się, roztrzaska o rzeczywistość – nie ma mocnych. Im bardziej nadmuchamy tę bańkę szczęśliwości, tym bardziej będzie bolało, kiedy pęknie. Droga do spokoju, spełnienia i szczęścia prowadzi przez zaakceptowanie tego, że jesteśmy jednocześnie i „piękną” i „bestią”.

Wtedy przede wszystkim możemy też czuć, odczuwać! Bo siedząc w bajce, w iluzji przestajemy czuć. Wchodzimy w nią, by nie czuć bólu, lęku, ale – jak pisała Brené Brown – nie da się nie czuć wybiórczo, więc skazujemy siebie jednocześnie na odcięcie się także od tych „jasnych” uczuć – szczęścia, spełnienia, radości, itd. Zamrażamy w sobie dokładnie wszystko, dlatego wspomniałam, że zakładanie maski może prowadzić również do stanów depresyjnych.

Bo nie możemy wybrać, co chcemy czuć, mamy za to inny wybór – możemy zdecydować czy chcemy czuć czy nie.
Dokładnie tak, ale w pakiecie jest wszystko! Wtedy mamy szansę czuć smak naszego życia realnego. Nie ma innej drogi – trzeba uchylić kimono.

Przypomina mi się pewna historia, która bardzo dobrze obrazuje, co sobie zabieramy żyjąc w bańce iluzji. To opowieść o dwóch kobietach, które przyjaźniły się ze sobą od czasów liceum. Przechodziły wspólnie przez dorastanie, studia, pierwsze związki, itd. W pewnym momencie jedna z nich zaczęła przychodzić na kolejne spotkania z takim samym, stale pozytywnym komunikatem: „U mnie wszystko świetnie.”. A druga, wiedząc nieco z innego źródła, że u jej przyjaciółki wcale tak dobrze nie jest, że jej związek przechodzi trudności, smutniała coraz bardziej widząc, że ta utrzymuje przed nią barierę samych dobrych wieści. Aż w końcu zadała jej pytanie: „Czy jesteś szczęśliwa?”. W odpowiedzi usłyszała szybkie: „Oczywiście, tak”. I… już więcej się do niej nie odezwała. Bo ta „bańka sztuczności” stanęła między nimi jak mur. Wieloletnia przyjaźń skończyła się wtedy na dobre. Niech ta historia będzie źródłem refleksji dla tych z nas, którzy nie chcą uchylić swojego kimona…

  1. Kuchnia

Pudding z nasionami chia

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej, to baza popularnych deserów w słoiczkach. Mają łagodny smak dlatego dobrze podawać je z wyrazistymi dodatkami, na przykład z owocami. Oto przepis na domowy puddding z chia.

Pudding z chia i jagodami

na 2 porcje

mała puszka/200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki nasion chia
1 łyżeczka syropu klonowego lub miodu
szczypta startej laski wanilii
owoce do dekoracji i zaostrzenia smaku
50 ml napoju roślinnego

Do miski wlewamy dwa rodzaje mleka, wsypujemy nasiona chia. Dodajemy syrop klonowy i wanilię. Mieszamy intensywnie trzepaczką. Przelewamy do małych naczynek i odstawiamy do lodówki na noc.

Rano dekorujemy owocami.

  1. Psychologia

Złamane serce - jak pomóc komuś, kto źle znosi rozstanie?

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Często bardzo trudno jest wesprzeć osobę tuż po rozstaniu. Nigdy nie wiadomo, co powiedzieć ani jak się zachować: czy nie angażuję się za dużo albo za mało? Czy jestem złym przyjacielem, jeśli zdystansuję się nieco od tego smutku? Oto kilka podpowiedzi, jak najlepiej towarzyszyć bliskiej osobie w tym doświadczeniu.

Często otoczenie nie wie, co zrobić, żeby pomóc bliskiemu, który jest chory z miłości . W gruncie rzeczy to stracona sprawa. Nie możesz mu pomóc ani sprawić, żeby poczuł się lepiej lub zapomniał o eks. Jednak możesz zrobić coś, żeby nie poczuł się gorzej!

Sześć przykazań

Jest kilka reguł, które wskazują, jak komunikować się z kimś, kto niedawno został opuszczony przez partnera:

  1. Nigdy nie banalizuj jego cierpienia. Niezależnie od tego, ile ma lat, ile czasu trwał związek, nigdy nie mów bliskiej osobie zdań w rodzaju: „Nie przejmuj się, to idiota!” albo: „Ktoś tak żałosny jak ona nie jest wart, żeby się tak pogrążać...”. Nawet jeśli to robisz w najlepszych intencjach, bo starasz się
    oddramatyzować problem albo sprowadzić go do właściwych proporcji, ta osoba poczuje się tylko zupełnie niezrozumiana i jeszcze bardziej zdana na siebie. Musisz wykazać empatię, żeby poczuła się jak najmniej samotna w swoim cierpieniu. Jeśli nie weźmiesz pod uwagę jej bólu, może się izolować, zachowywać agresywnie, a nawet wpaść w czarnowidztwo.
  2. Zsynchronizuj wasze emocje. Twoja córka, przyjaciółka, twój brat będą na pewno przechodzić od smutku do wzburzenia, od beznadziei do waleczności . Dopasuj się do emocji bliskiego. Jeśli chce płakać i szuka pocieszenia, bądź przy nim . Jeśli czujesz, że chce wyjść i więcej o tym nie mówić, nie
    wymuszaj rozmowy. Rezonuj z jego nastrojem i stanem duszy: to pozwoli mu poczuć wsparcie i towarzyszenie w procesie żałoby.
  3. Unikaj tych wszystkich: „A mówiłam, że tak to się skończy...”! Nawet jeśli ci się ulewa, powstrzymaj się. Bliska osoba już dość cierpi i czuje się wystarczająco beznadziejnie, nie musisz jej dokładać.
  4. Proponuj rzeczy, które wzmacniają samoocenę. Pomóż bliskiej osobie rozwijać się i odzyskać zdrowe poczucie wartości.
  5. Zachowaj cierpliwość. Wiem, łatwo powiedzieć, jednak każdy ma własny rytm odporności psychicznej. Nawet jeśli nie rozumiesz, dlaczego po roku Julien jest nadal tak zakochany w Samancie, choć byli razem tylko przez sześć miesięcy, przyjmij to do wiadomość. Jeśli będziesz go ponaglać albo zachęcać do nowego związku, zanim będzie do tego gotowy, spowolnisz proces żałoby, przez który przechodzi. Uważaj jednak, żeby nie utknął w bezproduktywnych rozmyślaniach. Jeśli do tego dojdzie, może warto trochę nim potrząsnąć.
  6. Zachowaj ostrożność. Już rozumiesz, że rozstania nie można traktować lekko. Pozostań w trybie alarmowym, aby twój bliski nie pogrążył się zbyt głęboko w smutku.

A jeśli już nie dajesz rady?

Może się również zdarzyć, że nie będziesz w stanie dłużej pomagać bliskiej osobie. Bo nie możesz już słuchać o tym, jak opowiada o eks, bo nie możesz znieść jej przygnębienia, bo masz wrażenie, że delektuje się swoim cierpieniem, głosząc wszem wobec, że życie jest okrutne i niesprawiedliwe.
Mówiąc krótko, strasznie cię to denerwuje, ale poczucie winy sprawia, że godzinami wysłuchujesz zwierzeń przez telefon, choć marzysz tylko o jednym: spać albo w spokoju obejrzeć film. Poszanowanie swoich granic jest ważne. Jeśli nie będziesz tego robić, możesz zacząć zachowywać się agresywnie albo stracić empatię, a to w żaden sposób nie pomoże tamtej osobie. Zachęcam zatem, żeby powiedzieć jej w uprzejmy sposób, że potrzebujesz przerwy.

Oto kilka sposobów wyrażania krytyki w taki sposób, żeby druga strona nie zamknęła się w sobie:

  1. Zacznij od zdania empatyzującego („Rozumiem, że jest ci smutno i ciężko...”).
  2. Krytykuj zachowanie a nie osobę. Wyjaśnij, jak wpływa na ciebie zachowanie bliskiej osoby . Na przykład zamiast mówić: „Jesteś upierdliwa z tym dzwonieniem o drugiej w nocy, zejdę przez ciebie”, powiedz: „Rozumiem, że jest ci smutno i jesteś zdenerwowana, ale jeśli dzwonisz o drugiej w nocy, wybijasz mnie ze snu. Nie mogę potem zasnąć i rano jestem wyczerpana”
  3. Proponuj alternatywne rozwiązanie: „Lepiej pisz SMS-y. Jeśli się obudzę, od razu zadzwonię. A jeśli nie, to następnego dnia”.

Jeżeli zachowasz się w ten sposób, druga strona poczuje się zrozumiana mimo krytyki; przede wszystkim nie będzie miała wrażenia, że podważasz wszystko, co robi. Jeśli nie chodzi o jakieś konkretne zachowanie, a o to, że masz już dość całej sytuacji, możesz wyrazić to w następujący sposób:
„Rozumiem, że cierpisz i
potrzebujesz o tym rozmawiać, bo to dla ciebie najważniejsze i trudno ci myśleć
o czymkolwiek innym (empatia), ale fakt, że od tygodni o niczym innym nie rozmawiamy, zaczyna mnie wyczerpywać. Czuję bezradność i frustruje mnie to, że nie mogę więcej ci pomóc („tak wpływa na mnie twoje zachowanie”). Myślę, że muszę trochę odpocząć i nabrać sił, żeby znów być dla ciebie za kilka tygodni (propozycja rozwiązania). Uwielbiam cię, nie miej do mniej pretensji, ale teraz muszę zrobić sobie
przerwę, bo czuję, że nic ci nie pomagam.

Przedstawione w tym rozdziale porady mają charakter ogólny. Jeśli bliska ci osoba ma jakieś bardziej szczególne cechy osobowości, być może musisz reagować w bardziej subtelny sposób.