1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Miles Davis "Kind of Blue 50th Anniversary Collector’s Edition"

Miles Davis "Kind of Blue 50th Anniversary Collector’s Edition"

W zgodnych ocenach najważniejszy album jazzowy XX wieku. Dziś to, że wielki Miles Davis zastosował tu skale modalne, i to, że do jego czarnego jak heban sekstetu dołączył grający na fortepianie biały muzyk (sam Bill Evans), to sprawy niemal drugorzędne.

Najważniejsza jest zaklęta pod postacią jazzu magia muzyki. Mija pół wieku od wydania albumu i Columbia funduje nam niezwykłą edycję. Dwa dyski z bonusami, dokumentalne DVD, album książkowy, książeczka z oryginalnego wydania, pakiet czarno-białych fotosów z sesji, plakat i piękny, granatowy winyl. Oprócz klasycznych utworów – „So What”, „Freddie Freeloader” – znajdziemy standardy, jak „Love for Sale” czy „Stella by Starlight”. Obok Milesa grają m.in. John Coltrane, „Cannonball” Adderley i Paul Chambers. Czysta ekstaza!

Columbia (2 CD + DVD + winyl)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Gałkowo Masters – wyjątkowe zawody konne i luksusowa pielęgnacja

Gałkowo Masters to jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. (Fot. materiały partnera)
Gałkowo Masters to jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. (Fot. materiały partnera)
W miniony weekend w stadninie koni w Gałkowie odbyły się wyjątkowe zawody jeździeckie Gałkowo Masters. To nie tylko wielkie święto tego pięknego sportu, ale również seria imprez towarzyszących z udziałem gwiazd, wyścigi samochodowo-konne, koncerty czy słynny konkurs kapeluszy.

Gałkowo Masters to prestiżowe zawody konne w skokach odbywające się w Stadninie Ferensteinów. To jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. Historia wydarzenia sięga ponad 15 lat. Ekscytujące zawody konne, luksusowa pielęgnacja i... zapierający dech w piersiach lot balonem. To wszystko wydarzyło się podczas tegorocznej edycji konkursu, którego sponsorem była między innymi marka Biotaniqe. Nagrodę dla zwyciężczyni, Heleny Chełchowskiej, w konkursie Rundy Srebrnej o puchar Biotaniqe, wręczyła osobiście twórczyni marki - Małgorzata Ostrowska.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Podczas wydarzenia Marka Biotaniqe zaprezentowała najnowszą linię kosmetyków z czarnym kawiorem CAVIAR Luxury Anty-Aging. To linia kosmetyków stworzona z myślą o wszystkich dojrzałych kobietach, które cenią jakość i luksusową pielęgnację. Goście wydarzenia mieli okazję skosztować czarnego kawioru i popijać szampana w ramach Pikniku Piękna organizowanego przez Biotaniqe i Tribu Club. Kulminacją wydarzenia był lot balonem, który inaugurował początek współpracy marki z organizatorem wyjątkowych podróży szytych na miarę Tribu Club.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Biotaniqe to marka kosmetyków prosto z polskich laboratoriów. Jest synonimem skuteczności i wyrafinowanej pielęgnacji, naturalnych, wyselekcjonowanych składników i luksusowych formuł. Marka Biotaniqe została zrodzona z połączenia wiedzy i doświadczenia specjalistów z różnych dziedzin, aby zapewnić kobietom w różnym wieku profesjonalną pielęgnację jakiej potrzebują i na którą zasługują.

  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Seks

Seks na ekranie – jak aktorzy grają sceny łóżkowe i na czym polega koordynacja intymności?

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Normalni ludzie" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)
Koordynator intymności uczy aktorów mówienia o swoich granicach, ale i potrzebach. O tym, co jest dla nich trudne i nie do przyjęcia, a co chętnie by przećwiczyli i oswoili. Taka edukacja przydałaby się chyba nam wszystkim. Rozmawiamy z Kają Wesołek i Anną Zabrodzką, pracującymi przy nowym serialu Netflixa „Sexify”.

Jak się robi całowanie na ekranie? Na czym polega koordynacja intymności?
Kaja Wesołek:
Przede wszystkim na tym, że kręcimy sceny w sposób bezpieczny dla aktora. Jeżeli on lub ona czują się niekomfortowo z głębokim pocałunkiem, to kręcimy to w taki sposób, żeby oszukać trochę kamerę i żeby pocałunek wydawał się głębszy niż jest w rzeczywistości. Wcześniej tego typu sceny były kręcone na zasadzie: „Skoro mamy w scenariuszu pocałunek, to całujcie się, i już”. Najczęściej nie było nawet żadnych prób.

Koordynacja intymności to budowanie zaufania i oswajanie aktorów ze sobą. Ważne jest, aby poczuli się bezpiecznie, wypracowali komunikację, nauczyli się wzajemnego słuchania, obserwacji i dbania o siebie nawzajem. Kolejnym elementem koordynacji jest świadoma zgoda. Na próbach korzystam z ćwiczenia autorstwa Ity O'Brien, w którym aktor zadaje pytania: „Czy mogę cię dotknąć i położyć rękę na twoim ramieniu?”. A druga osoba mówi: „Tak” albo: „Nie, jeszcze tego nie czuję”. To jest właśnie budowanie świadomej zgody. Bo dla każdego aktora czy aktorki „intymność” oznacza co innego. To może być pokazanie pośladka, piersi, przytulenie się, seks symulowany czy głęboki pocałunek.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Anna Zabrodzka: Dlatego pracę zawsze trzeba zacząć od definicji intymności i wyznaczenia jej komfortowych granic. Określenia tego, co jest dla mnie trudne i nie do przyjęcia, a co chciałabym przećwiczyć i omówić. Czy wolałabym się oswoić i przećwiczyć pocałunki, czy pójść na żywioł przed kamerą.

Ważne jest to, że w każdym momencie sceny intymnej można to jeszcze zmodyfikować, jeśli ktoś nie czuje się jednak komfortowo. Bo nie chodzi o przekraczanie swoich granic, tylko o to, żeby te granice w sobie oswajać. Uczymy aktorów mówić o tym, czego potrzebują. Bo najczęściej są przyzwyczajeni do tego, że skoro tak jest napisane w scenariuszu, to przychodzą na plan i muszą to zrobić. A my odwracamy tę sytuację: „Aktorze, spójrz na siebie, z czym czujesz się OK?”.

Na co dzień zajmuję się psychoterapią osób dorosłych i myślę, że pierwsze spotkanie to dokładnie to samo, co się dzieje w gabinecie terapeutycznym. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, kim jesteśmy, z jakiego powodu i po co tu jesteśmy, czym się zajmujemy, jaka jest nasza rola i zadania. Razem z Kają zbierałyśmy też informacje o potrzebach i oczekiwaniach aktorów, o tym, jak sobie wyobrażają naszą pracę.

I jak sobie wyobrażali?
A.Z.: Pojawiało się bardzo dużo obaw, bo to, co nieznane, zawsze budzi lęk. Naszym zadaniem była praca z tym lękiem.

K.W.: Serial „Sexify” to pierwsza produkcja, która tak intensywnie zaangażowała koordynatorki intymności w Polsce. Uczyłyśmy się tego zawodu w trakcie, łącznie z reżyserami, producentami i aktorami. Na Zachodzie funkcjonują procedury, których w Polsce jeszcze nie mamy i dopiero je tworzymy. Poza głównymi aktorkami – Sandrą Drzymalską, Marią Sobocińską i Aleksandrą Skrabą – pracowałyśmy również z epizodystami i statystami. Co ciekawe, żadna aktorka czy statysta nie zgłosili nagości jako sceny intymnej.

Dla mnie scena nagości również jest intymna. Zresztą najlepsza według mnie taka scena w serialu „Sexify” to ta, gdy jedna z bohaterek pokazuje swoje nieperfekcyjne kompletnie nagie ciało.

K.W.: Dla ciebie nagość mogłaby być intymnością, a aktor może powiedzieć, że to zadanie aktorskie. Spotykałyśmy się z różnymi postawami, od „zagram wszystko" po „ale tylko podniosę sukienkę, żeby było widać kolano, i nie pozwalam na odsłonięcie moich piersi”.

Pamiętajmy, że intymna scena rozgrywa się zwykle z udziałem dwóch osób, tak że ktoś może się czuć komfortowo, ale druga strona może powiedzieć: „Hej, a ja nie czuję się dobrze z twoją otwartością”.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

A.Z.: Uczymy aktorów i aktorki otwartej komunikacji i asertywności. Mówienia: „Nie zgadzam się na to, żebyś teraz był tak blisko mnie, potrzebuję chwili, by się z tobą oswoić”. Na planie byłyśmy mediatorami pomiędzy aktorami a innymi członkami ekipy w zakresie potrzeb i komfortu aktorów.

Dobrym przykładem jest tu współpraca z pionem kostiumów, który przedstawia możliwe zabezpieczenia stref intymnych. Dla kobiet jest cielista bielizna, stringi czy naklejki wysłaniające miejsca intymne, a dla mężczyzn również cielista bielizna, stringi i sakiewka na genitalia. Aktorzy mogą wybrać, w czym gra się im najwygodniej.

Jakie trzeba mieć doświadczenie, żeby zostać koordynatorką intymności?
K.W.: Certyfikaty do pracy w roli koordynatorów intymności na planach zdjęciowych w Europie wydaje Intimacy for Stage & Screen w Wielkiej Brytanii. Kiedy podczas jednego z treningów online z Lizzy Talbot, która razem z Itą O'Brien pracowała m.in. przy serialach „Normalni ludzie”, „Sex Education” czy „Bridgertonowie” – zapytałam, czy jest szansa, by taki kurs ukończyła osoba z Polski, usłyszałam, że na razie nie. Koordynacja intymności jest mocno osadzona w danej kulturze i języku. Ktoś, dla kogo język angielski jest drugim językiem, może nie zrozumieć kontekstu kulturowego. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni, teraz doszkalamy się online i pracujemy na planach zdjęciowych jako psychologowie od „trudnych scen”. Tak było przy „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, gdzie jest wiele scen przemocy i wykorzystania dzieci, czy „Królu” Jana P. Matuszyńskiego. Czerpiemy więc wiedzę z wcześniejszych doświadczeń z planów zdjęciowych, na których byłyśmy w roli psychologów.

A.Z.: Jestem certyfikowaną psychoterapeutką i diagnostką kliniczną, ale zdarzało mi się pracować też przy produkcjach telewizyjnych, na przykład przy „Big Brotherze”. Dobrze wiem, jak wygląda proces tworzenia filmu – od przygotowań do premiery. Moja mama jest montażystką, mój tata był scenografem. W przeszłości stawałam przed kamerą i na scenie teatralnej. W pracy koordynatorki intymności, w duecie z Kają, to ja jestem od przygotowania psychologicznego aktorów do roli. By byli w niej, a nie grali sobą. Po to właśnie wykorzystuję techniki z psychologii i psychoterapii.

K.W.: A ja zajmuję się pracą z ciałem aktora i ćwiczeniami, które to ciało oswajają. Jako dziecko byłam tancerką, później dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie, miałam angaż w Teatrze Narodowym, tak że 15 lat spędziłam na scenie, jednocześnie studiując psychologię. Dlatego wiele technik do pracy nad intymnością zaczerpnęłam z improwizacji charakterystycznej dla tańca współczesnego.

Rozpisujecie sceny na zasadzie ruchu tańca albo sztuk walki? Tak było w serialach „Euforia”, „Sex Education” czy „Normalni ludzie”. Dzięki temu aktorzy wiedzą, w którym dokładnie miejscu znajdzie się ręka, noga przy kolejnym ruchu ciała, a to zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
K.W.: To, o czym mówisz, to choreografia intymności, czyli ostatni etap koordynowania intymności. Przy „Sexify” tej choreografii nie układałyśmy, dlatego że scenariusz był wcześniej konsultowany z seksuologami i dostałyśmy już gotowe storyboardy, które omawiałyśmy z aktorami. Pytałyśmy, czy taka pozycja seksualna jest spójna z ich wizją postaci, którą mają zagrać. Na pewnym etapie to aktorzy wiedzą, a właściwie czują swojego bohatera lepiej niż sam reżyser.

Ważne jest to, że wszystkie próby na planie odbywają się w ubraniach. Dopiero gdy filmujemy scenę, aktorzy zdejmują ubrania, a obok zawsze stoi ktoś gotowy, by ich okryć.

Kadr z serialu 'Euforia' (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Euforia" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)

Jakie są wytyczne do pracy dla koordynatora intymności?
K.W.: Przede wszystkim nigdy nie pokazujemy nagich genitaliów aktora z przodu, jedynie od pasa w górę lub z tyłu, tak że widać nagie pośladki. Umawiamy się też na to, jakim językiem posługujemy się na planie, które sformułowania są dopuszczalne. Nie ma miejsca na żarciki z intymności. Nie mówimy kolokwialnym językiem: mineta, tylko: seks oralny. Nie rozmawiamy z aktorem, który jest nagi, reżyser podchodzi do aktora, dopiero gdy ten jest już okryty. Aktor zgłasza gotowość do nakręcenia sceny.

Co to w ogóle znaczy dobra scena seksu?
K.W.:
Dobra scena seksu to taka, która prowadzi dalej historię w filmie. Ona musi być po coś, opowiadać i wnosić coś do filmu. Jeżeli scena seksu jest tylko dla seksu, to się nie uda. W „Nimfomance” Larsa von Triera każda scena jest po coś, nawet ta ekstremalna. Poza tym jeżeli aktor nie czuje się komfortowo z reżyserem, wiadomo, że na planie będzie napięcie i to właśnie intymne sceny szczególnie się opóźnią. Sceny w „Sexify" były kręcone o czasie, bo aktorzy byli gotowi psychicznie.

A.Z.: Ja bym to nazwała autentycznością w roli. Seks na ekranie musi być autentyczny. Dlatego najpierw potrzebne jest wejście aktora w rolę, ale i świadome wyjście. Ciało pokazuje, kiedy nie czujemy się komfortowo, dlatego ważne, żeby ten sygnał zauważyć. Bo jeśli nie dostrzegam tego napięcia w ciele, tylko gram dalej, to scena nie będzie autentyczna.

Dobra scena seksu musi być autentyczna, ale nie musi być seksem w realu?
K.W.: Lars von Trier chyba jako jeden z pierwszych pokazał prawdziwy stosunek w „Nimfomance”. Pytanie, co na to koordynator intymności. Czy to już przemysł soft porno? Czy aktor świadomie przekracza swoją granicę i granice innych? Istnieją produkcje, w których koordynatorzy nie są potrzebni, bo twórcy nie chcą dbać o zachowanie tych granic. Mam szacunek dla każdego widza, także tego, który potrzebuje na ekranie czegoś więcej. Ale i tego, który będzie się czuł lepiej, wiedząc, że ogląda sceny kręcone bezpiecznie.

Koordynatorzy intymności dbają także o bezpieczeństwo widza, żeby nie poczuł się niekomfortowo, oglądając scenę intymną?
A.Z.: W pewnym sensie tak. Jeżeli produkcja angażuje koordynatorów intymności, daje widzowi pewność, że sceny były kręcone z szacunkiem dla granic aktorów.

Kadr z serialu 'Sex Education' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sex Education" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Co jako koordynatorki intymności poleciłybyście wszystkim, nie tylko aktorom, by seks nas nie krępował i byśmy czuli się w nim bezpiecznie?
A.Z.:
Dla mnie dużym autorytetem jest psychoterapeutka Esther Perel, która napisała poradnik „Inteligencja erotyczna”. Pisze o namiętności i pożądaniu. O podstawach szacunku do siebie i świadomości tego, na ile daję sobie do czegoś prawo.

K.W.: Naszym aktorom dawałyśmy ćwiczenie, które każdy może odnieść do siebie. „Spisz, co robi ta postać, jakie ma przekonania na temat tego, co powinna robić w życiu. Czym jest dla niej seks. Co lubi, a czego nie. Co czuje w trakcie seksu”. Jako koordynatorka najbardziej korzystam z nurtu humanistycznego, czyli: czego potrzebujesz?

A.Z.: Sesja terapeutyczna również jest rozmową o intymności. Bo jeśli ktoś przychodzi do mnie po pomoc, to mówi o swoich intymnych sprawach. A moim zadaniem jest zadbać o jego poczucie bezpieczeństwa i szacunek do siebie nawzajem. To według mnie podstawa udanego życia, również tego seksualnego.

A co poradziłybyście parom, które dopiero się poznają? Jak komunikować swoje granice jasno, ale jednocześnie tak, by druga strona nie poczuła się odrzucona?
A.Z.: Uważam, że w każdej relacji, na każdym etapie, ważna jest umiejętność słuchania oraz empatia. Myślę tu o obydwu stronach. Jeśli słucham siebie, to wiem, czego mi potrzeba, ale dopuszczam, że moje potrzeby nie muszą zostać w pełni zaspokojone przez drugą stronę, bo ona może mieć inne. Jeśli potrafię prawdziwie słuchać rozmówcy, poznaję jego potrzeby, sposób myślenia, oczekiwania, daję przestrzeń, to przyjmuję go takim, jakim jest. To wcale nie oznacza, że to mnie zobowiązuje do tego, aby zawsze w pełni spełniać jego oczekiwania, bo nie muszą one iść w parze z moimi. Ważną umiejętnością jest wspólne poszukiwanie rozwiązań, w których każdy jest gotowy pójść na jakieś ustępstwo. Innymi słowy: znaleźć to, co może nas łączyć, czyli wspólny cel oraz być gotowym z czegoś zrezygnować, zyskując relację.

Anna Zabrodzka, psychoterapeutka, psycholożka, pracuje w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych, także psychoterapię online.

Kaja Wesołek, trenerka aktorstwa dziecięcego, koordynatorka intymności i konsultantka scenariuszy. Z wykształcenia psycholożka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

  1. Kuchnia

Muffiny z białą czekoladą i truskawkami

Fot. iStock
Fot. iStock
Sezon na truskawki trwa zdecydowanie zbyt krótko. Ledwie się rozpocznie, a już za chwilę nieubłagalnie ma się ku końcowi. Co roku uwijam się, by zdążyć zrealizować wszystkie swoje truskawkowe zachcianki i.. jeszcze nigdy mi się nie udało.

Lista ciast i deserów wciąż niebezpiecznie się rozrasta. Chciałabym to i.. to i jeszcze.. tamto. Zatem, drogą bezlitosnej selekcji trafiają dziś do was moje muffinki z białą czekoladą i truskawkami.

Składniki na 10-15 sztuk (w zależności od wielkości użytych papilotek):

  • 2-2,5 szklanki mąki pszennej
  • 0,5 szklanki cukru
  • 150g białej czekolady
  • 250 ml maślanki lub kefiru
  • 0,5 szklanki oleju rzepakowego
  • 2 jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • truskawki (po 1 dorodnej sztuce na babeczkę)

Czekoladę siekamy na drobne kawałeczki. Truskawki kroimy w półplastry lub grubszą kostkę. Bierzemy 2 miski. W jednej mieszamy łyżką wszystkie mokre składniki (olej, maślankę lub kefir, jaja) a w drugiej wszystkie pozostałe czyli suche. Następnie suche przekładamy do mokrych i krótko mieszamy (tylko by się połączyły). Formę do muffinów wykładamy papilotkami, które wypełniamy ciastem do 3/4 ich wysokości. Pieczemy 20-25 min w temp. 180C.